sobota, 5 listopada 2016

Ulubieńcy października.

Ulubieńcy października.
Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta! Czas leci nieubłaganie, zawsze za szybko, staram się jednak z każdego dnia wycisnąć jak najwięcej, dobrze go spożytkować nie narzekać na pogodę, nieprzespane noce, pobazgrane ściany czy inne przeciwności losu. Czekam na święta, na choinkę, na atmosferę do grudnia, kompletnie nie ruszają mnie choinki w listopadzie czy październiku.
Tymczasem opowiem Wam trochę o ulubieńcach kosmetycznych minionego miesiąca. Miałam problem z ich wyborem do posta, bo sprawdza mi się na prawdę wiele rzeczy. Ogólnie rzecz ujmując bardzo pasuje mojej cerze, skórze obrany schemat pielęgnacyjny.  Pokażę więc Wam dzisiaj produkty naj, najlepsze.

Missha The First Treatment Essence, czyli koreańska pięlegnacja, w którą wsiąkam coraz bardziej. Póki co szukam źródeł godnych zaufania do jej zakupu. Polski rynek oferuje dość ciekawą ofertę w tym obszarze, ten angielski wydaje mi się, że jest ubogi jeśli chodzi o koreańskie kosmetyki. Wracając do esencji, to produkt oparty jest w aż 80% na esktrakcie z drożdży, który wykazuje znakomite działanie na cerę. Swoją drogą przypomniały się smarkate lata, pierwsze pryszcze i maseczki z drożdży właśnie. Esencja Missha jest o wiele przyjemniejsza w użyciu, wykazuje wprawdzie delikatny zapach drożdży, który zupełnie mi nie przeszkadza. Wszystko co należy z nią zrobić, to nałożyć najlepiej za pomocą dłoni na buzię i wklepać. I tu zaczyna się magia, pięknie nawilżona, miękka, gładka cera. Produkt błyskawicznie się wchłania, koi i rozświetla. Dla mnie to produkt bez wad!  Nie jest to tania impreza, bo na Amazonie kupiłam ją za jakieś 30 funtów, ale polecam, warto.

Odkąd mieszkam w Korwalii musiałam nieco zmienić niektóre nawyki pielęgnacyjne. Tutaj jest bardzo wilgotno, nawet jeśli nie pada, dłuższy czas, ciągle czuć tę wilgoć w powietrzu. To co dzieje się z moimi włosami pozostawię bez komentarza. Moja cera koszmarnie zareagowała na tę zmianę klimatu. Naturalne kremy z najczęściej dużą zawartością olei kompletnie przestały mi służyć. Miałam wrażenie, że cera się dusi, makijaż nie trzymał się kompletnie. Potrzebowałam czegoś na prawdę lekkiego ale i nawilżającego. I tak kupiłam krem mojej ulubionej aptecznej marki, czyli La Roche Posay Hydrapahase Intense Legere. To nie jest krem, który zrobi nie wiadomo co z waszą cerą, nie obiecuje tego. To jest krem, który ma zapewnić skórze głębokie nawilżenie. I robi to znakomicie. Leciutka konsystencja prawie jak w emulsjach błyskawicznie się wchłania. Potem jest wspaniale, czuję że buzia oddycha, jest miękka i elastyczna. Idealny produkt pod makijaż. Mam wersję dla cer normalnych i mieszanych, jest jeszcze wersja dla cer suchych.

Balancing Cleasner With Aloe Vera, australijskiej firmy Alpha-H, to produkt którego nie trzeba przedstawiać, mój absolutny pewniak i ulubieniec od wielu miesięcy. Moja cera wreszcie nie jest tłusta, nie jest mieszana, jest normalna. To w tym produkcie upatruję sukces. Krótki, prosty skład a tyle korzyści. Mleczko zmywa zanieczyszczenia bez absolutnie żadnych podrażnień. Nigdy ale to nigdy nie odczuwałam lepszego komfortu po  żadnym produkcie oczyszczającym. Spróbuję jeszcze dla porównania żelu Oskia. 

Avene Cold Cream, to żel zawierający wodę termalną z Avene przeciwdziałajacą podrażnieniom. Jego gładka, mleczna konsystencja myje ciało i twarz bez wysuszania. To produkt, którego używamy całą rodziną. 

W kwestii makijażu zaskoczyły mnie dwa produkty. Pierwszy to podkład Rimmel Fresher Skin, uwielbiam go absolutnie. W promocji można go kupić za 5 funtów, a naprawdę przerasta niejeden produkt z wyższej półki za którego trzeba zapłacić miliony monet. Lekka musowo- żelowa kosnystencja daje lekkie do średniego krycie. Pięknie rozświetla, ożywia i daje to glow, którego tak wszystkie szukamy w produktach do makijażu. Buzia wygląda świeżo cały dzień, ja nie używam żadnego pudru. Mój kolor to 100 Ivory. Drugim produktem jest tusz Lily Lolo, kocham absolutnie. Miałam kilka razy naturalne tusze do rzęs, jednak nigdy nie byłam zadowolona. Ten tusz jest inny, pogrubia, wydłuża rzęsy, dodaje im objętości. Prawdziwie czarny, daje piękny efekt a do tego zawiera składniki, które pielęgnują rzęsy. Tusz nie kruszy się, pozostaje w idealnym stanie cały dzień. Pięknie podkreśla oko.

A jak Wasi ulubieńcy?

Ściskam.





czwartek, 20 października 2016

Anastasia Beverly Hills Concealer.

Anastasia Beverly Hills Concealer.

Mocno kryjące podkłady towarzyszyły mi przez lata. Byłam zabawna sądząc, że nałożenie szpachli na buzię rozwiąże moje trądzikowe problemy. W rezultacie nie dość, że wyglądałam komicznie to stan mojej cery w dłuższym odstępie czasu uległ pogorszeniu, wypryski nie chciały znikać, a cera stała się poszarzała. Chyba każda nas musi przejść przez ten etap, kiedy to wydaje nam się, że kamuflaż załatwi wszystkie problemy, aby potem w miarę zaakceptować swój stan, swoje niedoskonałości. Nie ma ludzi, nie ma cer idealnych! Cenię sobie bardzo lekki makijaż, taki w którym wyglądam normalnie. Nie znaczy to jednak, że moje problemy z cerą się skończyły, jest raz lepiej raz gorzej, częściej jednak gorzej... Do lekkich, średnio kryjących podkładów potrzebuję korektora, tak aby punktowo zakryć niedoskonałości. Szukałam długo, dość często korektory nie współgrały z podkładami, pięlęgnacją, tworząc ciasteczko.
Kim Kardashian, Megan Fox,Penelope Cruse, Heidi Klum, Claudia Shiffer ( uff!) kochają ponoć produkty Anastasia Beverly Hills, dołączam do tego grona. Mam jeszcze kredkę do brwi, dziś będzie o korektorze. Concealer dostępny jest w aż szesnastu odcieniach. Super, pełen profesjonalizm, dla każdego coś dobrego. Ja wybrałam ten w odcieniu 1.5 to taki jasny beżyk, idealny na większą część roku, robi się zbyt jasny jedynie kiedy jestem mocno opalona. Korektor ma służyć do zakrywania niedoskonałości, Anastasia podpowiada iż tego osobnika można używać do konturowania czy też tuż pod brwiami, w celu zwiększenia 'ostrości' łuku i tym samym nadania im schludnego, idealnego wyglądu. Nie wiem, nie próbowałam, nie preferuje tego typu wyglądu brwi. Korektor służy mi tylko do tuszowania wyprysków, nie zakrywam nim popękanych naczynek, jakoś mi one nie wadzą. Korektor w słoiczku ma zbitą konsystencję, obawiałam się więc trudnej aplikacji. Nic bardziej mylnego, bo w kontakcie z dłońmi czy skórą staje się niezwykle kremowy, zapewniając bardzo przyjemną, precyzyjną pracę. Ja osobiście nakładam go palcami, nie mam pędzelka, a nie widzę sensu kupować, skoro tak nakłada się go bez problemu. Myślę, że znakomicie do wklepania go nadał by się Beautyblender. Też nie posiadam :). 
Korektor pięknie stapia się z podkładem czy skórą, zakrywając to co ma zakryć bez efektu maski. Trzyma się dzielnie więkoszość dnia, oczywiście jeżeli mam go na przykład w okolicy szyi, zetrze się od ubrań. Cierpię też na fajnie nazwany 'syndrom wędrujących rąk' także jeżeli wędrują zbyt często po mojej buzi, ani podkład ani korektor nie wytrzyma całego dnia. Co bardzo istotne, podkład nie robi mi ciastoliny z podkładu. I co jeszcze ważniejsze, zupełnie mnie nie zapycha,choć ja jestem raczej z gatunku tych co sądzą, że problematyczna cera ze względu na zaburzenia, zapycha się sama z siebie, rzadko robi kosmetyk. U mnie kłopotliwe jedynie są olejki. Wreszcie jestem zadowolona z produktu kamuflującego. 
Korektor ma trochę dziwny, chemiczny zapach, no ale nie umówmy się nikt tak normalnie nie wącha korektora. Jego przydatność to 12 miesięcy, przy normalnym codziennym użytkowaniu nie da się go zużyć. 

Znacie produkty Anastasia Beverly Hills? 

Ściskam. 



sobota, 15 października 2016

Beauty Elixir- Caudalie.

Beauty Elixir- Caudalie.

Beauty Elixir Caudalie, to produkt oparty na recepturze wody Królowej Węgier. Mieszanka stworzona z rozmarynu i tymianku zatopionych w spirytusie służyła królowej jako woda toaletowa a także tonik, bo ponoć miała ona problemy z cerą. Legenda mówi, iż to dzięki tej mieszance Królowa Ela, wyglądała 20 lat młodziej niż wskazywała by na to metryka. Świat zachwycił się miksturą, zaczęto ją więc modyfikować, dodawać różne substancje, tak aby jeszcze bardziej ubogacić, podkręcić jej działanie, aż do dziś. W moim posiadaniu wcześniej znalazła się woda Quenn of Hungary Mist Omorovicza, po użyciu której, stwierdziłam, że świat się pomylił, bo woda absolutnie nie zrobiła na mojej cerze żadnego wrażenia. Niestety w moim odczuciu  Omorovicza nie dała rady zmierzyć się z historią. Królowa Elżbieta zrobiła by wielkie oczy na cenę tegoż produktu (48 funtów/100lml)
Końcem końców postanowiłam dać szansę rozświetlającej wodzie Caudalie. Markę można powiedzieć darzę wielką sympatią, nie przypominam sobie aby coś w ofercie marki mnie zawiodło. Kupiłam mniejsze opakowanie o pojemności 30 militrów, w limitowanej edycji z niezmienionym składem, a jedynie innym opakowaniem stworzonym we współpracy z Jasonem Wo. Na dniach skończę moją buteleczkę i cholera, kupię znowu! Ja nie wiem jak Caudalie to zrobiło, ale udało im się stworzyć produkt znakomity. Kosmetyk ma jak przystało na Caudalie znakomity skład, oparty na ekstrakcie z winogron, mamy tu także: miętę, szałwię, hydrolat pomarańczowy, melisę, różę czy rzadziej spotykaną mirrę. Wszystko w formie olejków, to widać bo się wytrącają, dlatego przed każdym użyciem produkt należy wstrząsnąć. 
To co robi ta woda z moją najczęściej wymykającą się spod kontroli buzią to jest bajka! Stosuję ją zawsze rano po oczyszczeniu i zastosowaniu wody termalnej. Genialnie, po prostu genialnie ściąga pory, rozpromienia, dodaje blasku a także matowości. Wodę stosuję także w ciągu dnia, kiedy to po kilku godzinach od nałożenia makijaż zaczyna gorzej wyglądać, przez nadmierne wydzielanie sebum. Przykładam chusteczkę lub bibułkę matującą a następnie psikam mgiełką buzię, która zaczyna wyglądać znowu promiennie i zdrowo. Woda przez zawartość mięty daje przyjemne uczucie chłodu. 
Zatrzymać się muszę chwilę na zapachu, to na prawdę mocna ziołowa mieszanka. Nie przypominam sobie, abym kiedykolwiek używała tak intensywnego mocnego zapachu. Ja kocham, działa na mnie niezwykle pobudzająco. Zdaję sobie jednak sprawę, że może on nie każemu nosowi przypaść do gustu.
Podsumowując, |Beauty Elixir Caudalie to produkt, który zawsze znajdzie miejsce w mojej kosmetyczce.

Znacie ten produkt?

Ściskam.

środa, 12 października 2016

Essie- Lollipop

Essie- Lollipop
 Pomyślałam, że kolejny wpis na moim blogu poświęcę lakierowi do paznokci. Mimo, że nie rozstaję się z nim od blisko dwóch miesięcy, zupełnie zapomniałam umieścić go w ulubieńcach. Ostatni paznokciowy post był nawet nie wiem kiedy, zupełnie  nie wiedziałam jak sfotografować swoje dłonie, żeby wyszło okej. I tak to co miało być przyjemnością, bo lubię lakierowe wpisy tym razem przysporzyło mi trochę kłopotów. Wybaczcie więc wszelkie nieodciągnięcia.
Lollipop kupiłam przez zupełny przypadek, po prostu zaczęłam przeglądać paletę kolorów lakierów Essie na Lookfantastic, wpadłam na ten kolor ( chyba pierwsze na co zwróciłam uwagę to jednak nazwa). Ogólnie mówiąc po wyprowadzce z Polski, ilość buteleczek ograniczyłam do minimum. Mam dosłownie kilka uniwersalnych kolorów plus jedna mięta, wszystkie Essie. W tamtym momencie szukałam akurat czerwieni i mam. Idealną! Na każdą okazję, wspaniale wyglądała do letniej opalenizny, pięknie wygląda teraz do grubych szarych i czarnych swetrów i dżinsów czy getrów. I co nie zawsze jest oczywiste, pasuje i krótkim i długim paznokciom. Ten kolor ma jeszcze jedną zaletę, najpiękniej błyszczy spośród wszystkich Essiaków jakie miałam do tej pory. Lakier pokrywa płytkę już jedną warstwą, jednak jak zawsze kolor wygląda najlepiej po dwóch. Na prawdę, jeśli lakiery długo trzymają się Waszej płytki nakładanie top coatu nie jest konieczne, bo lakier jak już wspominałam wcześniej błysk ma niesamowity. Ja muszę to robić, bo no cóż, zarobiona jestem i lakiery szybko kończą swój żywot na moich paznokciach. Zresztą mam małą fobię - odpryski, nie znoszę ich !
Jak prezentuje się kolor na moich paznokciach, pokazuję poniżej. Chciałam napisać, że to najpiękniejsza czerwień jaką mam, problem w tym, że mam tylko tę :D.





niedziela, 9 października 2016

Masło do demakijażu- Biotherm.

Masło do demakijażu- Biotherm.


Myślę, że zbytnio odkrywcza nie będę, jeśli powiem, że demakijaż, to podstawa każdej rozsądnej pielęgnacji bez względu na rodzaj cery. Oczywiście, zdarzały mi się kiedyś w przeszłości takie sytuacje, kiedy to wracałam nad ranem 'bardzo zmęczona ' i jedyną rzeczą o jakiej myślałam, to znaleźć łóżko a nie łazienkę, żeby zmyć resztki imprezy. Stety/niestety ten czas mam za sobą, aktualnie o demakijażu nie zapominam nigdy. Przy czym zaznaczyć muszę, że demakijażu nie traktuję jako przykrego obowiązku, wręcz przeciwnie, na moje małe rytuały pielęgnacyjne staram się poświęcić trochę czasu.  Cały swój czas i energię zajmują mi dzieci, z czego jeden jest bardziej pomysłowy od drugiego ( prym wiedzie młodszy!), tak więc te minuty, które zajmuje mi  demakijaż i cała pielęgnacja pozwalają mi się wyciszyć, rozładować emocje. Bardzo to lubię! 
Długi czas mój demakijaż zdominowany był przez płyny micelarne, potem przyszedł szał na wszelkiego rodzaju olejki, któremu a jakże ulegałam. Olejki są spoko, pod warunkiem, że mają przyzwoity skład, dobrze rozpuszczają makijaż oczu i buzi, super jeśli nie pozostawiają tłustej warstewki a jeśli emulgują się z wodą i nie trzeba do ich zmywania używać ściereczki muślinowej, która moim zdaniem zbiera niepotrzebne mi bakterie, moje szczęście nie zna granic. 
Biotherm to marka, która nie jest mi szczególnie znana, przygotowując wpis, poczytałam trochę o niej. I tak, marka swoje pierwsze kroki w tworzeniu kosmetyków postawiła w latach pięćdziesiątych. Produkty Biotherm bazują na właściwościach wód termalnych, minerałów i innych substancji bioaktywnych. Jako pierwsza marka w historii wprowadziła krem ujędrniający biust. Obecnie została wchłonięta przez jednego z największych graczy na rynku kosmetycznym- koncern L'oreal.
Spośród całej oferty Biotherm moją uwagę przykuł balsam do demakijażu, czyli posługując się jego pełną nazwą Biousorce Balm-to-oil Deep Cleasner &Make-up Remover. Podobny produkt, ma w swojej ofercie Clinique czy Lush, z czego ani jeden ani drugi kompletnie nie przypadł mi do gustu, między innymi za wrażenie tłustości po całym zabiegu zmywania makijażu. Biotherm za to spełnił moje wszystkie oczekiwania dotyczące produktu do zmywania makijażu. Po odkręceniu wieczka naszym nozdrzom jawi się przyjemny, relaksujący zapach. Produkt bazuje na maśle shea, w jego składzie znalazł się także składnik, który stosuje właśnie Biotherm a mianowicie plankton termalny pozyskiwany ze źródeł górskich, wykazujący działanie przeciwzapalne a także przeciwutleniające a także oleje mające przy okazji pielęgnować cerę. Masło w kontakcie z dłońmi błyskawicznie się topi, teraz wystarczy nałożyć go na suchą skórę i wykonać masaż całej buzi a także oczu. W końcowym etapie olejek trzeba zemulgować dodając do niego wody. Zmienia się wtedy w przyjemną lekko pieniącą się emulsję, aby dokładnie oczyścić buzię z resztek makijażu i sebum. Po całym zabiegu czuję, że moja buzia zaczyna oddychać, jest czysta i odświeżona. Olejek nie zostawia ni kszty tłustej warstewki, której szczerze nie znoszę, nie pozostawia też uczucia ściągnięcia. Równie przyjemnie zachowuje się wobec wrażliwej sfery jaką są oczy, zero szczypania, zamglenia, czy pozostawionych resztek makijażu oczu. Masło jest oczywiście bardzo wydajne, nie napiszę Wam na ile mi dokładnie wystarczył, bo używałam go  z małymi przerwami, ale było to wiele miesięcy

Znacie masło Biotherm? 

Ściskam.

środa, 5 października 2016

Wrześniowi ulubieńcy.

Wrześniowi ulubieńcy.


Piąty październik i tak się złożyło, że również pięć ulubionych produktów miesiąca września. Nasza główna uwaga we wrześniu skupiała się na Janku, który  rozpoczął naukę w angielskiej szkole. Moje nerwy i nieprzespane noce okazały się niepotrzebne, bo Junior świetnie daje sobie radę :)
Kosmetyczne podsumowanie zacznę może od produktu, który najbardziej w sensie pozytywnym mnie zaskoczył. Balsam Palmer's, Cocoa Butter Firming Butter Q10, kupiłam będąc jeszcze w Polsce. Szukałam w Hebe czegoś nawilżająceo dla mojej kapryśnej mocno przesuszonej skóry i Pani zaproponowała mi właśnie ten. Zapłaciłam za niego około 17 złotych. Muszę powiedzieć, że było to dobrze wydane 17złotych. Balsam ten ma zadanie ujędrnić skórę po ciąży czy też utracie wagi. Specjalne połączenie masła kakaowego, kolagenu, elastyny masła shea, ma wygładzić skórę a także ją uelastycznić. Żeń szeń i witamina E to składniki odpowiedzialne za nadanie życia zmeczonej skórze. Balsam zaopatrzono w koenzym Q10, który jest antyoksydantem. Balsam spełnia wszystkie te a także moje oczekiwania. Jego dosyć treściwa konsystencja szybko się wchłania, przepiękny zapach trwa długie godziny. Przy regularnym stosowaniu poprawia sprężystość i elastyczność skóry. Pomógł mi także złagodzić suchą łuszczącą się skórę na kolanach i łokciach. Bardzo udany produkt, który świetnie się łączy z moim kolejnym ulubieńcem czyli kropelkami samoopalającymi Clarins  Radiance Plus Golden Glow Booster. Mam je od kilku miesięcy, wróciłam do nich ponownie we wrześniu, bo moja skóra kompletnie straciła letnią opaleniznę, której uważam nie jest w stanie zastąpić żaden sztuczny produkt. Na mojej jasnej skórze produkty samoopalające najczęściej wyglądają komicznie. Kropelkom Clarins najbliżej jest do ideału. Uwielbiam je za sposób aplikacji, mieszanie z balsamem zaoszczędza sporo czasu no i trudniej zrobić sobie smugi. Nie znaczy to jednak, że nie da się ich zrobić :D. Kropelki dają naturalną, bardzo ładną opaleniznę a ta jak wiadomo przyczynia się do ogólnej poprawy wyglądu skóry i ciała. Produkt niestety mimo zapewnień producenta ma delikatny nieprzyjemny zapch charakterystyczny dla samoopalaczy. No cóż, tego chyba nie da się wyeliminować. Wkrótce zrobię obszerną recenzję kropelek Clarins, bo mam także wersję do twarzy.
Dwa, trzy razy w tygodniu na włosy nakładam maskę Insight  Restructurizing Mask, naturalna pozbawiona silikonów, konserwantów, parabenów bogata w składniki, które mają pomóc zniszczonym włosom w regeneracji, czyli w tym przypadku ekstrakt z kiełków pszenicy, masło z oliwek, olej arganowy, olej z otrębów ryżowych. Oczywiście nie ma się tu co oszukiwać mocno zniszczonym włosom nic prócz ciach ciach często nie pomoże. Bardzo trudno odbudować zniszczenia jakie daje nieodpowiednia pielęgnacja, częste suszenie, prostowanie czy nadużywanie środków stylizujących. Jak wszędzie ważna jest profilaktyka, czyli zapobieganie suchym końcówkom dobrze dobranymi, wartościowymi produktami. Włosy myję codziennie, suszę je i stosuję spreje tekstuyruzujące czy suche szampony. Regularne stosowanie maski Insight utrzymuje moje włosy w dobrej kondycji, ułatwia rozczesywanie, włosy są miękkie i sprężyste. Maskę nakładam tylko na końce w małej ilości. W przeciwnym razie potrafi je obciążyć. Umiar wskazany szczególnie gdy ma się cienkie włosy i bardzo prztełuszczającą się skórę głowy.
Czas na makijaż,  w tej kwestii wieje u mnie totalną nudą. Ale mnie to nie przeszkadza, nie chce wydawać swoich pieniędzy na chwilowy kaprys, coś co będzie leżało aż w końcuu wyrzucę, bo dojdę do wniosku, że mam to nie wiadomo ile lat. Przed przeprowadzką do Anglii ilość róży zmniejszyłam do czterech sztuk ( powtórzę- cztery!) i jest fajnie. Kolejny zakup planuję jak coś z tej czwórki skończę. Generalnie do podkreślania policzków lubię produkty brązujące, w nich moja buzia wygląda najlepiej, tak mi się wydaje...Czasem jednak chce mi się odmiany i tak z przyjemnością we wrześniu używałam różu Mac odcieniu Melba. Piękny brzoskwiniowy, nie rzucający się w oczy, nie podkreślający naczynek kolor. Trwa na buzi wiele godzin. Sądząc po tym jak jest popularny, pasuje wielu karnacjom.
Nigdy nie rezygnuję z podkreślenia brwi, delikatnego podkreślenia. Od wielu wielu miesięcy jest ze mną kredka Anastasia Beverly Hills Perfcet Brow Pencil, mój odcień Granite, bardzo ciemny brąz, bez rudości. Wybór w ciemno okazał się strzałem w dziesiątkę. Kredka zaopatrzona jest w świetną szczoteczkę do wyczesywania. Sam produkt daje bardzo naturalny efekt, tak jak lubię, bez problemu można nią uzupełnić prześwity na linii brwi. Do jej temperowania mam temperówkę Anastasia więc nie wiem jak by to było z czymś innym.

To tyle na ten miesiąc. Sporo mam nowości, które pokazywałam w poprzednim poście, mam nadzieję, że znajdę w nich kolejnych ulubieńców i się Wam nimi pochwalę :)

Ściskam.



środa, 28 września 2016

Wrześniowe nowości.

Wrześniowe nowości.



We wrześniu odwiedziłam kilka sklepów online. Moja obecna miejscówka znajduje się kawałek od miasta, do którego żeby dojechać trzeba przebić się przez korki i remonty,  doprowadza mnie do szewskiej pasji. Wolę wkładać produkty do wirtualnego koszyka a zaoszczędzony czas przeznaczyć na przyjemniejsze rzeczy, na przykład spędzić go z dzieciakami. Zakupy były konieczne, moja łazienka zaczęła na prawdę wyglądać skromnie. Zobaczcie co nabyłam:)

 Missha The First Treatment Essence Intensive, to produkt który już od dłuższego czasu zaprzątał mi głowę. Nie czytałam wprawdzie 'sekretu urody Koreanek', ale postanowiłam trochę odejść od stosowania jednego treściwego produktu na przykład kremu, na rzecz kilku lżejszych produktów. Taka esencja to świetny pomysł. Na prawdę byłam zabawna, myśląc, że kupując produkt, którego główny składnik-drożdże w ilości 80%, nie będzie nimi śmierdział zalatywał. No nic zniosę to, bo produkt ma być świetny dla cer wrażliwych, ma regulować sebum, nawilżać, rozjaśniać, odświeżać a także ujędrniać. Używam go do jakiś dwóch tygodni i naprawdę go lubię. Oczywiście po tak krótkim czasie nie będę się rozpisywać co zrobił z moją buzią. Powiem tylko, że produkt fajnie odświeża, zmiękcza i koi cerę. Świetny i na dzień i na noc. ( 150ml/ 30£. Amazon)


Kolejne produkty to efekt mojego ostatniego przesiadywania na blogu Ziemoliny. Kilka lat temu właściwie tylko kupowałam produkty apteczne. Z perspektywy czasu myślę, że dobierałam je trochę nieumiejętnie, ale wtedy nie znałam blogów. Moja pielęgnacja to było zamknięte koło, za dużo wysuszających produktów, za mało nawilżenia. W gruncie rzeczy robiłam sobie krzywdę.  La Roche Posay to jedna z moich ulubionych aptecznych marek. Tym razem skusiłam się wodę Serozinc dla problematycznych cer. Mniej znaczy więcej,w składzie tylko woda i cynk aby pomóc w regeneracji tego typu cery.  Jeżeli zastanawiacie się po co Wam woda termalna, użyjcie, przestaniecie zadawać  tego typu pytania. Woda w spreju to mój punkt wyjścia do dalszych kroków pielęgnacyjnych, jakie stosuję po umyciu buzi. Niezastąpiona rano, budzi mnie do życia, podobnie jak kubek dobrej kawy. ( 150ml/ 9 funtów Lookfntastic)
Skończył mi się krem Fitomedu, kupiłam więc  Hydraphase Intense Light. To produkt głęboko nawilżający o przedłużonym działaniu. Przyzwyczajona do naturalnych kremów, które z reguły na zawartość olei bywają ciężkie, z radością przyjęłam tę leciutką, niemal emulsyjną konsystencję. Bardzo przyjemny produkt, idealny na dzień pod makijaż. Błyskawicznie się wchłania, robi to co ma robić, nawilża, nie ściąga, nie zapycha, nie powoduje szybkiego prztełuszczania się cery. Produkt dla cer normalnych i mieszanych, jest jeszcze opcja dla skór suchych (30ml/16,50£, Loofantastic)



Problematyczna cera potrzebuje złuszczania. Moja codzienna pielęgnacja oparta jest na lekkich złuszczających preparatach. Bravura London i jej produkty idealnie się w nią wpisują. Hot Cloth Volcanic Mud Cleasner/ Masque używam wieczorem tuż po zmyciu makijażu olejkiem. Zawiera kwas glikolowy a także między innymi aloes a także cenny ze względu na swoje właściwości olej z avocado i wyciąg z rumianku. Produkt 'podkręcono' błotem wulkanicznym aby jeszcze lepiej z wyciągnąć z cery wszelkie zanieczyszczenia. Ten skład zupełnie jednak nie podrażnia ani nie przesusza buzi. Bardzo go lubię (150ml/15£, bravura.london.uk)
Bardzo lubię toniki z kwasami, przy okazji zakupów zdecydowałam się na Calendula Puryfing Tonic 13% AHA , polecany dla cery normalnej, tłustej i mieszanej. Eksfoliacja odbywa się za pomocą kwasu glikolowego 10% i mlekowego 3%, mamy tu także ekstrakt z nagietka i aloesu. Tonik ma bardzo przyjemny zapach, ach jak on oczyszcza. Skóra po jego użyciu jest miękka i odświeżona. Używam go kilka razy w tygodniu, taka zawartość kwasów to dla mnie za wiele, do codziennej pielęgnacji. (150ml/ 12,40£, bravura.london.uk)


Swego czasu przechodziłam prawdziwą fascynację produktami Caudalie, potem jakoś zapomniałam o niej. Zachciało mi się znowu wrócić do marki. Make-up Removing Cleansing Oil a także Beauty Elixir, to produkty, które trafią do grona ulubieńców. Pierwszy z nich to olejek do demakijażu, przepięknie pachnący marcepanem. Rozpuszcza makijaż i można go zmyć wodą. Świetny! (100ml/ 17£. Feelenique). Drugi to słynna woda piękności. Nie wiem jak oni to zrobili, ale działa. Świetnie zwęża pory, to mój mast have każdej porannej pielęgnacji. Używam go także w ciągu dnia, dla odświeżenia makijażu. (30ml/11,50 space.nk)
Enzymatyczny peeling Sylveco, to nowość w szeraegach tej marki. Niestety, coraz rzadziej kupuję polskie kosmetyki, ze względu na koszty wysyłki. Tym razem, nie mogłam sobie odmówić, tym bardziej, że akurat ten produkt można kupić w UK. Peeling ma zaskakującą formułę, zbitą, oleistą. Przyznaję, nie doczytałam wcześniej, że to wszystko za sprawą zawartych w nim olei. Przy czym formuła ta zachowuje całkowitą skuteczność enzymów bromelainy i papainy. Peeling jest niezwykle delikatny, ale i skuteczny w oczyszczaniu buzi. Na efekty trzeba poczekać, ale warto. W przypadku wrażliwych cer peelingi enzymatyczne to prawdziwe wybawienie. (75ml/7,50£ thenaturalskincare.co.uk)




Na koniec szampon, mój codzienny niezbędnik. Ostatni zakup John Masters Organics, to był strzał w stopę. Nabawiłam się po nim niezłego uczulenia, spowodowanego ciągłym uczuciem niedomytych włosów. Tym razem postawiłam na amerykańską markę profesjonalnych produktów Unite. Formuły bazują na delikatnych środkach myjących, bez parabenów, konserwantów, chronią także kolor. Muszę pwoiedzieć, że jestem bardzo zadowolona. Szampon świetnie oczyszcza włosy, nie podrażnia skóry głowy i dodaje objętości. Mam ochotę na więcej produktów marki. (300ml/17,90£ unitehair.co.uk)

niedziela, 25 września 2016

Pixie Glow Tonic.

Pixie Glow Tonic.


Pixie Glow Tonic, to najbardziej rozpoznawalny produkt marki. Myślę, że zbytnią przesadą nie będzie jeśli zaliczę go do grona produktów kultowych. Zdobywca wielu nagród w kategorii najlepszy kosmetyk, rekomendowany przez znanych blogerów i jutjuberów, w tym moją ulubioną Carolinę Hirons. Lubię babkę i ufam jej wyborom, bo jest szczera, normalna, zdystansowana i ma często dość sarkastyczne podejście do wielu spraw. Ponad 70 milionów odsłon bloga, to chyba coś znaczy? Wiecie, nieszczerość, niekonsekwencję i wciskanie ludziom kitu, to się da wyczuć, tylko kwestią czasu aby ludzie to wychwycili.
Tonizowanie to dla mnie ważny etap pielęgnacji, wbrew obiegowej opinii, nie uważam, że to produkt zbędny lub w zasadzie tylko przywracający odpowiednie PH skóry.  Nieodpowiednie PH  zaburza prawidłowe funkcjonowanie skóry, nasila trądzik, zwiększa ilość przebarwień, przyśpiesza się jej starzenie. Jak widzicie, przywrócenie równowagi skórze po myciu jej najczęściej produktami, które podnoszą jej PH jest elementem niezwykle ważnym w prawidłowej, przemyślanej pielęgnacji. Toniki dostarczają skórze wielu składników, oczywiście nie w jakimś spektakularnym wymiarze, to nie ten typ produktu, ale zawsze. W swojej łazience toników mam kilka, każdy na inny problem, często stosuję je jednocześnie. Zaczynam najczęściej od czegoś z kwasami, tak  aby pobudzić skórę do działania i umożliwić pozostałym produktom jakie nałożę lepsze w nią wnikanie. 
Po skończonych dwóch butelkach Pixie Glow Tonik, dzisiaj postanowiłam odpowiedzieć na pytanie : czym jest i czy warto stosować ten pomarańczowy, dla wielu cud. Szata graficzna tegoż nie jest jakoś specjalnie wyszukana, prosto i schludnie. Nic to, przecież liczy się wnętrze! A w nim znajdziemy mieszankę kwasu glikolowego ( 5%) , który pozyskiwany jest naturalnie z trzciny cukrowej i należy do rodziny Alfa-hydrokwasów, aloesu, imbiru, żeń-szenia, a także innych składników, które mają odświeżyć i zregenerować cerę. Ilość procentowa kwasu nie jest wysoka, decydując się na ten produkt, nie oczekujmy, że nasza cera zyska nowe oblicze w krótkim czasie. Plus jest taki, że złuszczanie będzie się odbywać delikatnie bez nieprzyjemnych skutków ubocznych typu łuszcząca czy podrażniona cera. To jest produkt przeznaczony do stosowania na co dzień. Osobiście nie lubię eksperymentować ze zbyt wysokimi stężeniami kwasów, boję się podrażnień. Tonik Pixie idealnie sprawdza się zarówno wieczorem jak i rano. Rano szczególnie, bo ma niezwykle przyjemny, odświeżający, pobudzający zapach. Bardzo udana mieszanka! To produkt, który daje kopa zmęczonej cerze, pobudza ją do regeneracji a pozostałym produktom, które nakładam umożliwia lepsze działanie, zapewniając w efekcie lepszy wygląd cery. Oczyszcza, odświeża, delikatnie matuje, szczególnie przydatnym staje się więc pod makijaż. Pixie Glow tonik to produkt na którego efekty trzeba poczekać. To czekanie jest wynagrodzone ciut jaśniejszą, zdrowszą, cerą. Staje się ona promienna i więcej w niej blasku. Tonik nie zawiera w swoim składzie ni odrobiny alkoholu, nie ściąga, nie podrażnia, w moim odczuciu jest dość łagodny. Oczywiście stopień wrażliwości to sprawa indywidualna, podobnie jak rezultaty, jakie można uzyskać danym produktem.
Polecam, polecam Pixie, tak jak pisałam wyżej zużyłam dwa jego opakowania. Kobieca natura jest jednak dość pokrętna, nie kupiłam kolejnej butelki, eksperymentuje dalej. Tym razem jest to Bravura London, też kwas glikolowy ale wyższe jego stężenie:)


piątek, 16 września 2016

Thermal Cleansing Balm - Omorovicza

Thermal Cleansing Balm - Omorovicza
Spośród całej oferty Omorovicza na początek wybrałam dwa produkty do oczyszczania. Jednym z nich jest  słynna mgiełka Królowej Węgier, o której napiszę w innym czasie. Wydaje mi się, że zrobię porównanie z wodą o podobnym działaniu jaką ma ofercie Caudalie. Dzisiaj natomiast przybywam z recenzją Thermal Cleansing Balm, już go kończę, myślę, że to najlepsza pora na kilka zdań o nim, bo potem wiele szczegółów może uciec mojej pamięci.
O co chodzi z tym Omrovicza? Ich produkty bazują na właściwościach zródeł o leczniczych właściwościach znajdujących się w pobliżu Budapesztu. Ich kosmetyki tworzone są we współpracy z jednym z najlepszych węgierskich laboratoriów dermatologicznych, które stało się twórcą opatentowanej technologii polegającej na takiej konfiguracji składników wód leczniczych, że mają one zdolność przenikania do głębszych warstw skóry. Każdy produkt ma także specjalną kompozycję zapachową stworzoną tylko na potrzeby Omorovicza.  Wszystko to przekłada się na cenę tychże produktów. Dopracowane składy podparte opatentowanym składnikiem, piękne zapachy, wspaniałe opakowania. To właśnie jest Omorovicza! Moje zamówienie przyszło z ich angielskiej strony dopieszczone było w każdym calu.
Sam balsam o konsystencji masełka to tylko 50 militrów pojemności, które wystarczyło mi na 2,5 miesiąca codziennego demakijażu. Myślę, że jest to wynik zadowalający, obawiałam się, że będzie gorzej. Bardzo przypadł mojemu gustowi zapach tegoż. Za sprawą zawartego w nim błota, ma piękną ziemistą woń. Prócz wspomnianego wcześniej węgierskiego błota w balsamie znajdziemy oczywiście składniki pochodzące z wód termalnych a te bogate są w cynk, magnez, miedź a także witaminę E a także olejek migdałowy. 
Do produktu dostałam ściereczkę mini ściereczkę muślinową, nadaje się ona tylko do zmycia makijażu oczu. No co jak co ale uważam, że ściereczka muślinowa powinna być standardem przy tej klasie i cenie produktów. Balsam niestety nie emulguje się z wodą, trzeba go więc zmywać albo większym wacikiem (co ostatnio bardziej preferuję) albo właśnie ściereczką.Sam demakijaż z tymże produktem przebiega bezproblemowo, resztki makijażu czy to twarzy czy to oczu znikają w mgnieniu oka. Nie wiem jak będzie z makijażem wodoodpornym, produktu nie testowałam pod tym kątem. Buzia jest czysta, świeża, pory zmniejszone, można przejść do kolejnego etapu oczyszczania. Troszkę przeszkadza mi ta tłustawa warstewka, jaką produkt zostawia. 
No właśnie balsam robi to co powinien, ale czy robi to tak wyjątkowo, że skłonna byłabym po raz kolejny wydać na niego prawie 50 funtów? Nie wydaje mi się.. Oczywiście cena to sprawa indywidualna i każdy ma inny próg, na który może sobie pozwolić przy zakupach. Dla mnie Thermal Cleansing Balm jest za drogi, jest wiele tańszych produktów, które dobrze zmywają makijaż. Oczywiście doceniam wkład włożony w produkcję tych kosmetyków, całą tę otoczkę luksusowości, wyjątkowości ale w ostatecznym rozrachunku moja cera nie wykazała jakiejś nadzwyczajnej poprawy po skończeniu tegoż produktu :)

Znacie Omorovicza?






sobota, 10 września 2016

Let The Good Times Roll - Lush

Let The Good Times Roll - Lush
Tak o to moi Mili, doczekałam czasów, że Lush nie jest już obiektem westchnień, mam go prawie, że na wyciągnięcie ręki. I wiecie co? Bywam tam coraz rzadziej :D. Zrozumieć kobietę?! Żyję, w takim miejscu, gdzie rynek kosmetyczny jest tak ogromny, że powiem Wam, że czuję, się przytłoczona troszkę. Mam wszystko, wszystkie niedostępne marki w Polsce a naprawdę nie wiem co wybrać. Szkoda, mi czasu na czytanie o wciąż nowych produktach, wolę skupić uwagę na czymś ambitniejszym, lub spędzić czas z dzieciakami. Moje ostatnie zakupy, to powrót do ulubieńców i tak na przykład kupiłam krem La Roche Posay a także czyścik Lush, który mam już któryś raz i o nim dziś Wam troszkę opowiem.


Let The Good Times Rool, kupiłam po pierwsze za zapach, bo to on najbardziej rzuca się w pierwszym kontakcie. Piękny pierniczkowo, karmelowy aromat umila każde oczyszczanie. Część produktów Lusha pachnie tak sobie, tutaj jest zdecydowanie cudownie. I sama zabawa z aplikacją tegoż produktu przebiega jak by inaczej. Produkt dostajemy w formie pasty, jej konsystencja jest odpowiednio wyważona, bo nie jest mocno zbita, ani też zbyt sucha. Najlepszym sposobem na użycie tej pasty jest nabranie niewielkiej ilości w zagłębienie dłoni (swoją drogą bardzo podoba mi się to jak by niedbałe wypełnienie pudełeczka, widać, że to ręczna robota), dodanie niewielkiej ilości i wody i następnie po wymieszaniu nałożenie jej na twarz. Przyznacie, zachodu z tymi czyścikami jest. No ale nic, taki ich urok. 
Sama pasta ma właściwości lekko peelingujące, to, że jest wyjątkowa to zasługa składników. Mamy tu kukurydzę w każdej postaci, od mąki poprzez polentę, olej a na popcornie skończywszy (służy on tu tylko jako ozdoba), jest też gliceryna a także działajácy stymulująco i przeciwbakteryjnie cynamon i ku niezadowoleniu niektórych talk. Wspominam o nim, bo wiem, że niektórych może zapychać.
To za co lubię ten czyścik jest to, że znakomicie oczyszcza buzię. Drobinki są naprawdę niewielkie ale na tyle skuteczne, że wszystkie zabrudzenia, zanieczyszczenia są likwidowane w mgnieniu oka. Produkt zupełnie nie wysusza ani nie podrażnia cery, zostawia ją przyjemnie nawilżoną i miękką, jak po użyciu produktu z olejkiem. Z powodzeniem można go zastosować jako maskę. Cera po użyciu tego czyścika nabiera życia, jest jaśniejsza i pełna wigoru. Czyścik jest nieoceniony kiedy moja cera ma gorsze dni, pojawiają się na niej niedoskonałości czy zaskórniki. Pomógł mi doprowadzić ją do stanu normalności po wakacjach, kiedy to nie miałam ze sobą wielu kosmetyków, do tego słońce, piasek, no nie skończyło się to dobrze. Produkt bogaty jest w minerały, aminokwasy, substancje antybakteryjne jest doskonały dla cery która potrzebuje kopa do regeneracji bez podrażnień. Po jego użyciu czuję, że to nadal moja cera, nie jest napięta ani wysuszona. 

Na koniec spytam, czy i jakich macie ulubieńców wśród produktów Lush?



poniedziałek, 5 września 2016

Ulubieńcy sierpnia.

Ulubieńcy sierpnia.
Dla niektórych ( mam na myśli dzieci) dobre się skończyło, dla niektórych zaś to dobre (mam na myśli rodziców) się zacznie :D U nas w Anglii wakacji jeszcze dwa dni, a potem może uda mi się utrzymać  porządek w domu dłużej niż godzinę. A tak serio, to stresuję się na maksa, Janek zaczyna naukę w nowej szkole, tutaj w Anglii, pewnie w przyszłym miesiącu trochę Wam ponarzekam z tego powodu. 
Tymczasem dzisiaj, czas na ulubieńców.  Produkty, które Wam pokażę na prawdę bardzo lubię i nie miałam najmniejszego problemu z wytypowaniem co w tym gronie się znajdzie. Zacznijmy więc:
Twarz:
O serum z witaminą C Liq Pharm jest oddzielny post, nie będę więc powielać ponownie informacji, także tam Was odsyłam (klik) . Zdania o nim nie zmieniam, przyjemne, lekkie a zawarta w nim witamina C najlepszej jakości genialnie wpływa na kondycję mojej skóry. 
Drugim produktem, który zawładnął moim sercem dość nieoczekiwanie, bo nie spodziewałam się po nim wiele jest Odmładzający peeling kwasowy na noc Floslek. Produkt wybrałam sobie do przetestowania, potem stwierdziłam, że zrobiłam błąd, bo mogłam wybrać coś jednak na trądzik. Potem poczytałam bloga Ziemoliny i doszłam do wniosku, że to był strzał w dziesiątkę. Peeling zawiera w swoim składzie kwas laktobionowy w stężeniu 3% a także komleks alfa i betahydroxykwasów ( czyli mlekowego, glikolowego, cytrynowego, salicylowego) w stężeniu 2% . Kwas laktobionowy jest w ogóle wydaje mi się mało doceniany, a właściwości wierzcie mi ma wielkie. Jest bardzo silnym antoksydanetem, stymuluje syntezę kalogenu, odwraca efekty fotostrzenia no i jak każdy kwas delikatnie złuszcza. Jest świetny  w walce z niedoskonałościami, prócz tego mam także ochronę przeciwstarzeniową. Jedynym małym minusem jest to, że kwas ten działa bardzo powoli, na pierwsze zauważalne efekty czekałam myślę może miesiąc. Dzisiaj po trzymiesięcznej kuracji, mówię wow! Peelingu używam na noc, ma lekko żelową kosnystencję. Rano moja buzia jest wypoczęta, gładka, ogólnie zrobiła się gładsza a niedoskonałości mniej jakby się jej trzymają. Nawet przed okresem nie mam katastrofy na buzi. Wiem, że Iwostin ma podobny produkt z jeszcze wyższą zawartością kwasu laktobionowego, jeśli uda mi się gdzieś kupić w UK na pewno spróbuję.
Na koniec znowu polska firma, którą bardzo lubię. Fitomed to przykład na to, że można robić naturalne produkty przy zachowaniu rozsądnych cen. Kremu ze świeżego naparu ziołowego dla cery tłustej i mieszanej nr 11, używam od kilku miesięcy. Sprawdzony w każdych warunkach atomosferycznych. Na tropikalne wakacje na Teneryfie był zbyt bogaty, poza tym sprawdza się wyśmienicie. Lekko żelowa konsystencja, szybko się wchłania, wygładza i nawilża cerę. Mam głębokie przekonanie, że stosowanie tego kremu wpłynęło na poprawę kondycji cery. Wiecie, że przestałam używać pudru do wykańczania makijażu?

Makijaż:
O cudownych właściwościach podkładu Becca Aqua Luminous Perfection Foundation piał na początku You Tube. Gdy tylko pojawił się w Anglii na space.nk kupiłam go. Podkład wydaje mi się ma dość ciemną kolorystykę, dla siebie wybrałam najjaśniejszy z gamy w odcieniu Fair, jasny to on nie jest zdecydowanie. Poza tym jestem na tak lekki, niewyczuwalny, tworzy piękne glow na buzi. Dla tego efektu zrezygnowałam z używania pudru. Polecam, polecam, będzie recenzja.

Paznkocie:
A tutaj piękny Essie w odcieniu Lollipop. Żywa kolarowa czerwień, kryjąca po jednej warstwie, po jednej też pięknie się błyszczy. Dla wydobycia piękna koloru warto dodać drugą warstwę lakieru.

Zapach:
Czyli pomarańczowo-drzewne cudo na lato. Rześki, lekki, dziewczęcy ale z lekkim pazurem. Do podartych dżinsów i trampek idealny. Towarzyszył mi przez całe lato, zapach nie do znudzenia.

Ciało:
A tu do żel do golenia Gilette, we współpracy z Olay, koloru fioletowego. Na pewno uprzyjemni każde golenie nóg ( o ile tę czynność można nazwać przyjemnością ). Daje bardzo obfitą pianę, pięknie pachnie i genialnie nawilża skórę. 

A jak u Was z letnimi ulubieńcami. Chętnie poczytam :)




środa, 31 sierpnia 2016

Sierpniowe nowości.

Sierpniowe nowości.
Na zakupach byłam, tych wirtualnych głównie. Wszystko potrzebne, nic na zapas jak to zwykle u mnie. Część produktów pokazywałam na Instagramie (klik), dzisiaj postanowiłam zebrać wszystko do w całość i przedstawić w jednym poście. Żeby było przejrzyściej a jednocześnie ułatwić Wam czytanie, poszczególne produkty podzieliłam na kategorie. Tak więc, zaczynamy:)



Włosy:
-szampon John Masters Organics, Mięta & Wiązówka błotna, który ma symulować cebulki włosowe, kontrolować wydzielanie sebum, nadawać objętości. Wszystko to plus naturalny skład powinny czynić z niego produkt idealny. Niestety, nie jestem z niego do końca zadowolona. Nie czuję mimo dwukrotnego mycia aby skóra głowy, była dobrze oczyszczona. Włosy są matowe, koniecznie trzeba użyć odżywki. Szampon nie przedłuża świeżości włosów. Za ten stan rzeczy nie winię szamponu, bo wcześniej markę i jej szampony uważałam za najlepsze. Po prostu moje włosy strasznie się przetłuszczają, w  świeżości nie są wstanie wytrzymać jednego dnia. Aby je odbić od nasady potrzebuję jednak czegoś silniejszego. Livin proof- tęsknię! 

Do zadeklarowanych fanek marki Ouai należą między innymi Kim Kardashian, Gwen Stefani czy Kendall Jenner. Marka tworzy produkty nie testowane na zwierzętach, ale nie są to produkty naturalne. Sporo ekstraktów, olejów, nie drażniące bazy myjące i przepiękne zapachy, sprawiają, że marka może się sprawdzić. Podoba mi się prostota podania tychże. Będę próbować. Na początek z racji tego, że brakowało mi produktu do wygładzenia przesuszonych końcówek kupiłam olejek. To co uderza przy piewszym kontakcie, to zapach. Stworzony na bazie fiołka, jaśminu, gardenii, białego piżma i ylang ylang, tworzy miesznakę niezwykłą. Koktajl składników odżywczych , w tym aminokwasów, keratyny, nasion tamaryndowca, oleju z jaśminu, babobabu i ogórecznika, ma wygładzić włosy i nadać im blasku bez obciążania. Olejek nałożyłam dopiero dwa razy, więc to bardzo wstępna opinia. Zapach utrzymuje się prawie cały dzień, olejek nie obciąża, ale wspomagam się sprejem teksturyzującym.

Maskę silnie nawilżającą Hair Expertise Nourishing Mask z serii EverRiche, kupiłam przez przypadek, po prostu brakowało mi paru funtów do darmowej wysyłki :). Maska ma bardziej naturalny skład, niż te do którego przyzwyczaiła nas marka. Przeznaczona jest dla włosów suchych i bardzo suchych. Się zobaczy, jeszcze nie używałam.

Na koniec sprej teksturyzujący Batiste, czyli jak to produkt tego typu ma pomóc w końcowej fazie stylizacji włosów. Idealny do robienia kontrolowanego bałaganu na głowie i nadawania objętości. Spreju nie da się niestety równomiernie nałożyć, bo robi wielki psik. Włosy są po nim troszeczkę sztywne, ale nadaje objętości, która trzyma się dłużej niż w przypadku spreju Loreal, nie twierdzę, jednak, że jest lepszy niż Loreal, bo tamten daje naturalny efekt. Tutaj mam wrażenie, że rozpyliłam zwykły lakier. No muszę szukać dalej :)


Twarz:
- różową wersję płynu micelarnego Garnier, dostałam w gratisie, gdy robiłam zakupy w Boots. Zmywa ale nie oczyszcza, rzeczywiście nie podrażnia. Skończę bez większych emocji.

- Bioderma Hydrabio Eau de Soin SPF 30, to jest w ogóle produkt bardzo ciekawy, miałam go kupić na wyzjazd na wakacje ale wtedy nie był jeszcze tak ogólnie dostępny. W czym rzecz? jest to mgiełka do twarzy z dość wysokim filtrem,  prócz ochrony ma zapewnić także odświeżenie i nawilżenie. Nietłusta, nielepka formuła idealnie mi pasuje. Mgiełkę stosuję po nałożeniu toniku a przed serum a także w ciągu dnia. Nie wypowiem się jak z tą ochroną przeciwsłoneczną jest, nikt o zdrowych zmysłach nie wybierze się raczej na wakacje w tropikach z samym sprejem :)

-Lily Lolo BBCream, czyli nie byłabym sobą, gdybym nie kupiła niewłaściwego odcienia podkładu :D. Kolor fair, jest najjaśniejszym z gamy, baardzo jasny, dopiero teraz mogę go używać, wcześniej kompletnie nie współgrał z moją cerą. Jest okej, bez szału, efektu łał. Wygląda dobrze, większość dnia, ładnie wyrównuje koloryt cery i delikatnie kryje wypryski. Przeszkadza mi jego mokra konsystencja, bo potrafi się mazać. Najlepiej nakładać go stemplując, chyba najlepiej sprawdziłby się tu Beuatyblender.


Ciało:
Skończyliśmy La Roche Posay Lipikar, tym razem będziemy testować Biodermę  z serii Atoderm, dla skóry bardzo suchej atopowej. Bardzo lubię tego typu produkty, nie podrażniają, nie wysuszają, wielozadaniowe, dla całej rodziny.


Paznokcie:
-Essie LolliPop, piękna, żywa kolarowa czerwień. Kryje po jednej warstwie i pięknie błyszczy.
- Essie Got to Go, klasyk, najlepszy utrwalacz lakieru jaki miałam.
- Na prawie  koniec olejek OPI Avoplex, nasycony wieloma cennymi olejkami w tym avocado,  słonecznika, sezamu, pięknie pachnie, wyraźnie zmiękcza skórki. Nie jest tłusty, idealna konsystencja. Mam nadzieję, że poprawi także ogólny stan moich paznokci. Muszę najpierw wyleczyć się ze sklerozy i pamiętać o regularnej aplikacji :D
- a na sam koniec kupiłam sobie pilniczki nie byle jakie, Tweezerman i nie byle jaką kwotę bo siedem funciaków. A to wszystko przez to, że myślałam, że to są trzy różne pilniczki :). 

I to było na tyle, szukam korektora pod oczy i kremu na dzień. Propozycje mile widziane. 

niedziela, 28 sierpnia 2016

Living proof- szampon i odżywka Perfect hair Day.

Living proof- szampon i odżywka Perfect hair Day.
Za marką Living proof ( ang. żywy dowód), stoi Jennifer Aniston. Lubię babkę, jednak nie sugerowałam się nią przy zakupie, bo zabijcie mnie, nie wiedziałam, że Jennifer, jej bajkowe włosy i Living proof to jedno :D. No przyznać trzeba, że Aniston jest godną rzeczniczką i ambasadorką marki, któż nie marzy mieć jej włosów? Teraz droga do sukcesu i pięknych włosów, stała się prostsza, kupujesz Living proof i czekasz na cud. W ogóle wiecie, Jeniffer pakując się w cały ten biznes, musiała stwierdzić, że warto. Mam nadzieję, że nie chodziło o kasę. 
Na produkty tej marki skusiłam się głównie ze względu na to, że nie bazują na przestarzałych technologiach, które nie dostarczają korzyści włosów ani pod względem pielęgnacji ani stylizacji. Silikony, oleje, SLS-y, to składniki, które w dłuższej perspektywie potrafią zrobić na głowie niezłe zamieszanie. Jak głosi założyciel marki jego produkty to 'nadzieja w butelce". Pozbawione wyżej wymienionych składników mogących zrobić kuku na głowie, a zawierające dwie opatentowane cząsteczki :
-OFPM, tworzy niezwykle cienką, niewidzialną warstwę wokół każdego włos. Odpycha zanieczyszczenia i tłuszcz więc włosy dłużej pozostają czyste.Zwalcza wilgoć i sprawia, że włosy stają się z biegiem czasu zdrowsze. Nadaje blaski, wzmacnia i chroni pasma włosów.


PBAE Sprawia, że cienkie, płasko wyglądające włosy wyglądają i zachowują się jak gęste i grube. Tworzy odnawialną, długotrwałą objętość bez usztywnienia. Powoduje tarcie, mechanizm odpowiedzialny za powstawanie tekstury i objętości, nawet na cienkich włosach


Podsumowując wedle marketingu produkty Living proof są bardziej naturalne niż inne. To według marketingu, według mnie, poza tym, że nie mają silikonów, siarczanów, parabenów i SLS-ów, to do natury im daleko. Próżno w nich szukać, naturalnych olejów czy ekstraktów. A jednak działają!


Oczywiście można mi zadać pytanie, czy przypadkiem na głowę nie upadłam wydając 230 złotych (słownie:dwieście trzydzieści złotych), na szampon i odżywkę z najnowszej linii marki Perfect hair Day. Odpowiedź moja będzie brzmieć iż bardzo ubolewam, że nie mogę iść i kupić tych produktów wydając dziesięć razy mniej. Moja skóra głowy momentalnie zaczyna się buntować. Swędzenie, podrażnienie, siano tym najczęściej kończy się używanie drogeryjnych produktów. Nie mogę też ostatnio używać stricte naturalnych szamponów, ze względu na bardzo mocne przetłuszczanie się skóry głowy. Szukam więc produktów pomiędzy naturalnością w stu procentach a czystą chemią. 
Serię Perfect hair day, w kórej połączono dwie opatentowane cząsteczki stworzono aby włosy zachowywały dłużej świeżość, objętość a w dłuższej perspektywie były po prostu zdrowsze. 


Szampon Living proof perfect hair day  i conditioner dostajemy w pięknych szarych matowych butelkach z otwieraniem typu klik. O ile w szamponie nie mam nic przeciwko takiej propozycji podania, to w odżywce sztywny plastik i dość gęsta konsystencja, nie do końca się sprawdza. Ich zapach jest dość zaskakujący, przyjemny, roślinny. Lubię to! Po pierwsze szampon. Pieni się nie za mocno nie za słabo, no tak sobie. Nie odnotowałam zbytniej wydajności tego produktu. Gdzieś usłyszałam opinie, że komuś wystarczył na pół roku. No na moich krókich włosach przy codziennym myciu, dał radę połowę mniej, może krócej. Myje się nim bardzo przyjemnie, włosy i skóra głowy, są oczyszczone ale nie skrzypiące. Jeszcze mokre są przyjemnie miękkie, miłe i jeśli rezygnuję z odżywki, można je bez problemu rozczesać. No ale po co rezygnować, skoro odżywka to najlżejszy produkt jaki dane mi było używać w swoim życiu. Lekka ale nie znaczy, że nie robi nic. Włosy po niej są miękkie, odżywione, nawilżone i pełne blasku. Cały zestaw wyraźnie zwiększa też objętość włosów. Co do przedłużenia ich świeżości? Sorry Living proof, moje dwudniowe włosy nie wyglądają jak jednodniowe. Jest tak jak było do tej pory, włosy muszę myć codziennie, plus jest taki, że wytrzymują w miarę świeże cały dzień. Szampon już skończyłam, pobiegłam po John Masers Organic, ale nie jest z tym najlepiej. 

Oczywiście nie liczcie, że kupując ten zestaw produków czy każdy inny Wasze kłopoty z włosami się skończą. Na mocno zniszczone końcówki spowodowane na przykład stylizacją i Jennifer Aniston nie pomoże, tak uważam. Fajnie, że są produkty które nie poglębiają złej kondycji włosów a sprawiają, że wyglądają one ciut lepiej. Tak jak pisałam wyżej, szampon już skończyłam i nie powiem, biję się z myślami, bo mam ochotę go mieć znowu. To u mnie rzadkość.

Znacie produkty Living proof?






niedziela, 21 sierpnia 2016

4.1 Cofee eye Fridge - tego mi było trzeba!

4.1 Cofee eye Fridge - tego mi było trzeba!
Znalezienie odpowiedniego kremu pod oczy przynajmniej dla mnie jest frustrujące. Działa? nie działa? Niejednokrotnie na to pytanie musiałam odpowiedzieć przecząco, przynajamniej nie widziałam znaczącej różnicy po stosowaniu danego produktu. Można jeszcze uczepić się teorii, że kremy pod oczy działają przyszłościowo, stosując je systematycznie mimo braku widocznych efektów tutaj i teraz, sprawiamy, że delikatna skóra wokół oczu zachowa dłużej młody wygląd. I tej teorii chyba przez długie lata trzymałam się najczęściej. Aż zjawił się na mojej drodze ON, całkowicie obalając moje dotychczasowe myślenie. Wiedziałam, miałam takie przeczucie , że to będzie dobry produkt. Lubię otworzyć lodówkę i widzieć Fridge, bo produkty które miałam do tej pory moja cera pokochała. Zapewne wynika to z kilku powodów:
- to właśnie świeżość zapewnia jak najlepsze wchałanianie kosmetyku. Pamiętajcie, okres ważności tych kosmetyków to tylko 2,5 miesiąca.Zapewniam jednak, że używanie sprawi, Wam tyle przyjemniości, że nie będzieci się mogli oderwać i z tym nie będzie problemu.
- każdy produkt Fridge zawiera dużą ilość substancji aktywnych ( w kremach minimum 7), gwarantując efekty
- składniki te wnikają przez warstwę naskórka do skóry właściwej, stymulując procesy odnowy skóry
- i po najważniejsze, stosując Fridge nasza skóra oddycha, bo do produkcji nie używa się silikonów, parafiny, które pokrywają skórę filmem, zaburzając jej funkcje. I kłopoty gotowe.


Krem pod oczy oznaczony numerkiem 4.1 i nazwą cofee eye musiał być mój, nie ze względu na działanie, bo tego przed zakupem nie mogłam znać, choć miałam jak wspominałam wcześniej dobre przeczucia, ale ze względu na obecność w swoim składzie kawy arabica. To jeden tych składników, który dobrze mi się kojarzy. Moja recenzja będzie opierać się na odczuciach nie po tygodniu, nie po dwóch tygodniach stosowania ale po 3 opakowanich, czyli po kilku ładnych  miesiącach. Nie spoczełam, po skończeniu pierwszego, chciałam kolejnych, dzisiaj go nie mam tylko dlatego, że mieszkam za granicą, a wysłka z Polski jest droga.
Krem o pojemności 14 gram dostajemy w szklanym pojemniku, pierwotnie zaproponowano go w butelce z pompką. Fajne, higieniczne rozwiązanie, jednakże ze względu na dość bogatą konsystencję sporo niezużytego produktu zostawało. Teraz jest okej, jedynym utrudnieniem jest, to że teraz krem należy dozować szpatułką. Ewentualnym bakteriom mówimy nie!
To co pierwsze rzuca się w oczy a właściwie nos, to zapach kawy, prawdziwej kawy. Po pierwszym z nim kontakcie, zaklinałam się, że z tego względu będę go używać nawet bez widocznych rezultatów. To uczcucie-kiedy rano chłodny krem aplikujesz po oczy, a przy tym czujesz kawę mmmm. Dla mnie jako wielbicielki kawy, to jest rozkosz! Nie samą kawą jednak krem stoi, prócz niej mamy tu także: olej migdałowy, olej kokosowy także inne cenne ekstrakty, aby redukować opuchnięcia, w tym ( to do mnie!) uporczywe poranne worki pod oczami, ,nawilżyć i rozjaśnić okolice oczu. 
I wierzcie mi lub też nie, wszystko to robi naprawdę! Już po pierwszej aplikacji, patrzyłam w lustro i nie wierzyłam, worki  ładnie się wchłonęły, zupełnie jak bym spała całą noc. A tak nie jest, bo od dwóch lat, moje młodsze dziecko skutecznie mi to uniemożliwia. W dłuższej perspektywie czasu zauważyłam wyraźne nawilżenie, napięcie i wygładzenie okolicy wokół oczu. A także niebywałe rozjaśnienie, dzięki czemu cała buzia nie wygląda na zmęczoną. 
Zdaję sobie sprawę, że cena 159 złotych może wydawać się zbyt wygórowana, ale w tym przypadku naprawdę warto rozważyć zakup. Bo pieniądze te moim zadniem zostaną dobrze spożytkowane. Zresztą ja wolę kupić drogi krem niż drogi róż i już. Pielęgnacja po pierwsze!

Na koniec pytanie: Znacie Fridge i ich produkty? Po drugie, polećcie coś pod oczy, co mogłabym kupić w Anglii.





Skład:
Aqua, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil, Glycerin, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet  Almond) Oil, Sorbitan Stearate, Sucrose Cocoate, Cocos Nucifera (Coconut) Oil, Caffeine, Citrus Grandis (Grapefruit) Seed Extract, Cetyl Alcohol, Cetearyl Olivate, Coffea Arabica (Coffee) Extract, Panthenol, Sorbitan Olivate, Coffea Arabica (Coffee) Seed Oil, Camelia Sinensis (Green Tea) Leaf Extract, Hedera Helix (Ivy) Extract, Xanthan Gum, Linalool, Eugenol