środa, 19 lipca 2017

Detoksykujący żel pod prysznic/Organique.

Detoksykujący żel pod prysznic/Organique.





Ulubiony produkt do mycia ciała mam jeden, muszę kiedyś w końcu o nim napisać. Nie będę ukrywać, że czasem z ciekawości, czy też po prostu chęci zmiany sięgam po inne produkty. Wybieram wtedy ciekawe konsystencje, musów, galaretek, pianek czy też żele z drobinkami. Oczywiście w trosce o swoje zdrowie a także otoczenie unikam mikrogranulek. Detoksykujący  żel peelingujący Organique o boskim zapachu zielonej herbaty oczywiście ich nie posiada. Co zatem odpowiada za lekkie właściwości peelingujące w tym produkcie? Śpieszę donieść iż są drobinki czerowonych alg wapiennych. Glony te rosną bardzo wolnym tempem, jest to około tylko 1mm w ciągu roku. Potem obumierają i pokrywają się drobinkami wapnia. Zawierają wiele cennych dla urody minerałów, aminokwasów, witamin i antyutleniaczy. Drobinki alg zatem w naturalny sposób oczyszczają skórę. Robią to skutecznie ale też są niezwykle łagodne. Żel w swoim składzie ma także kwas mlekowy ( och jak ja kocham kwasy!), który pomaga utrzymać lekko kwaśny odczyn skóry, który sprzyja rozwojowi korzystnej flory bakteryjnej,  a także kwas fitowy, posiadający niezwykłe działanie antyrodnikowe. Poprawia nawilżenie i elastyczność skóry.
 Nie mogłabym nie wspomnieć o ekstrakcie z białej herbaty, wykazującym prócz działania antyoksydacyjnego, wspaniałe właściwości przeciwzapalne, oczyszczające i detoksykujące. Zawarta w ekstrakcie teina pobudza i przyśpiesza krążenie.
I to właśnie ten ekstrakt odpowiada za zapach w tym żelu, który jest niezwykle przyjemny, orzeźwiający, taki prawdziwie letni. Lub też przywodzący na myśl wspomnienie letnich chwil, kiedy sięgniemy po niego w mniej przyjemnej porze roku. 
Żel ma dosyć bogatą, przyjemną konsystencję nasyconą drobinkami. Mikromasaż nimi pomaga oczyścić, wygładzić i poprawić ukrwienie skóry. Oczywiście nie oczekujcie, że tego typu produkt zapewni Wam porządny cukrowy czy też solny peeling. Tak nie jest, dzięki temu żel można stosować częściej czy też bez obaw o zachowanie szczególnie wrażliwych skór. Bardzo go lubię stosować teraz latem, kiedy wracam z plaży i mam na sobie wielokrotnie aplikowane filtry. Peeling pomaga mi w głębszym oczyszczeniu skóry tak aby mogła zacząć swobodnie znowu oddychać.  Taki delikatny peeling pozwoli także głębiej wniknąć, szybciej zadziałać produktom po opalaniu.
Jeszcze nie wiem gdzie, jeszcze nie wiem kiedy, jeszcze nie wiem czy w ogóle, ale zaczynam myśleć o wakacyjnej kosmetyczce wyjazdowej. Odlewka tego żelu pojedzie na pewno ze mną :) (250ml/41,90zł)

Ściskam. Iwona. 

niedziela, 16 lipca 2017

Lush/ Enzymion. Krem nawilżający dla cery tłustej i mieszanej.

Lush/ Enzymion. Krem nawilżający dla cery tłustej i mieszanej.






Szukałam czegoś lekkiego na lato pod makijaż,  nie tłustego, wykazującego działanie matujące ale też mającego jednocześnie działanie nawilżające. Mam ja fantazję, przyznać trzeba... Pomyślałam, że skoro już tu mieszkam i mam Lush pod nosem, spróbuję coś od nich. I tak kupiłam Enzymion, którego jak zawsze przemiła Pani z obsługi reklamowała mi jako najlżejszy nawilżacz z całej oferty marki. Krem przeznaczony jest dla cer mieszanych i tłustych. A kiedy usłyszałam, że na każdy słoiczek kremu dodawany jest sok z całej cytryny, aby nadać jej promienny wygląd, czułam że będzie dobrze. Sok to nie oczywiście wszystko, co znajduje się w tym produkcie. Na uwagę zasługują: masło shea, żel aloesowy, masło kakaowe, świeży sok z papai, olej z wiesiołka, olejek z mandarynki, olejek z kiełków pszenicy czy olejek z limetki.  Olejki  z cytrusów, zimnotłoczone oleje, cytryna czy aloes, idealnie! Wszystko skomponowane pod problematyczne, tłuste cery. Sznur ciekawych składników zamykają parabeny, dzięki nim krem nie musi być przechowywany w lodówce, ma także dłuższy termin ważności niż świeże maseczki. 
Krem zapakowano w charakterystyczny ciemny plastikowy pojemnik, który podlega recyklingowi. Każde 5 pustych opakowań pozostawione w sklepie, skutkuje nie tylko satysfakcją ale i świeżą maseczką do wyboru gratis.
Oczywiście, jak zawsze krem wyprodukowano ręcznie, za jego pomysł  odpowiada Figel. 
Krem ma niezwykle lekką, przyjemną, puszystą, wręcz śmietankową konsystencję.  A jeśli dołożę do tego przyjemny cytrusowy zapach, robi się z tego krem prawdziwie letni. Nie trzymam go w lodówce, a mimo to krem wykazuje właściwości chłodzące. Już niewielka ilość wystarczy na całą twarz, krem szybko się wchłania, nie pozostawiając absolutnie żadnej  irytującej warstwy. 
Z uwagi na zawarte enzymy, używam go tylko rano, wydaje mi się, że stosowany i wieczorem mógłby działać podrażniająco.  Uważam, że jest to zdecydowanie krem dla cer tłustych, mieszanych, trądzikowych potrzebujących nawilżenia, nie tłustości. Krem nie świeci się na skórze, wchłania się początkowo do matu, by po chwili kiedy połączy się z sebum nadać cerze promienny wygląd. Enzymion to świetna równowaga pomiędzy zapewnieniem cerze porcji nawilżenia a czuwaniem by jej zbytnio nie obciążyć i pomóc w regulowaniu sebum. 
Enzymion stał się moim letnim kumplem, na zimę może okazać się ciut za lekki. Cera po aplikacji, prócz uczucia przyjemnego chłodu zyskuje na gładkości, jest matowa ale nie przesadnie. Makijaż zdecydowanie lepiej wygląda i dłużej się trzyma. W upalne dni nadal nie korzystam z pudrów matujących, mimo, że normalnie cera bardziej się przetłuszcza. Z tym kremem udaje mi się utrzymać ją w ryzach. 
Wiekszość kremów używam bez większej ekscytacji, tutaj na prawdę jestem zadowolona.
Brawo Lush! ( 14,95 funta, 45 gram)

A Wy czego używacie latem?

Ściskam Iwona. 

wtorek, 11 lipca 2017

Odżywczy olejek do paznokci i skórek. Avoplex/OPI.

Odżywczy olejek do paznokci i skórek. Avoplex/OPI.




Nail&Cuticle Replenishing Oil, czyli po prostu oliwkę do skórek i paznokci kupiłam z czystego musu. To było jeszcze w Polsce, sama z dwójką dzieci, milion rzeczy na głowie, kto by się paznokciami przejmował. Szczytem luksusu było narzucenie na nie jakiegoś lakieru i potem modły w myślach : 'niech się nie obudzi póki nie wyschną". Po jakimś czasie moje paznokcie wyglądały na prawdę fatalnie, prócz tego, że były bardzo osłabione, to twarde skórki nie dodawały im uroku wcale.
Nie wiem dlaczego zdecydowałam się akurat na ten produkt, bo nie znam OPI pod kątem takich produktów. Dzisiaj po ponad roku stosowania tejże oliwki powiedzieć muszę iż to był na prawdę dobry wybór. Najpierw musiałam się zmusić do systematyczności, na szczęście dość szybko widać efekty, w związku z tym z regularnym stosowaniem przestałam mieć problemy.
Oliwka zawiera między innymi mój ukochany olej z awokado a także inne uważane za stosunkowo lekkie, czyli z pestek winogron, słonecznika czy sezamu. Do tej mieszanki dodano lecytynę a także Tokotrienol, który jak mówi producent wykazuje nawet 1000 razy większe działanie niż witamina E.
Wszystko to tworzy niezwykle lekką formułę ( jakkolwiek dziwnie to brzmi w przypadku, gdy mowa o olejkach) o przyjemnym cytrusowym aromacie. Preparat jest nadzwyczaj wydajny, jedno nabranie na pędzelek wystarczy do aplikacji całej dłoni. Aplikacja tego preparatu, to dla mnie swoisty co wieczorny rytuał. Mam go na toaletce przy łóżku i nakładam tuż przed snem, kiedy wiem że nie będę musiała już nic robić na przykład myć rąk. Mam pewność, że po wtarciu oliwki  i pozostawieniu jej na noc, wszystkie jej składniki pokażą swoją moc. Nakładam więc ją tuż przy skórkach, skupiając się na dokładnym wmasowaniu. Odrobinę przeciągam też na całe paznokcie i dłonie. Oliwka świetnie się wchłania i szybko i zauważalnie nawilża. Bo, większość preparatów jakie stosowałam tylko natłuszczała skórki,w dłuższej perspektywie pozostawiając ich stan bez zmian. Już po krótkim czasie moja bolączka, czyli skórki zrobiły się miękkie i bez problemu mogłam je usunąć drewnianym patyczkiem. Preparat można stosować także na przesuszone paznokcie czy pięty. ( 15ml, około 70zł).

A u Was jak ze skórkami? wycinacie czy szukacie innych rozwiązań?

Ściskam.Iwona.

środa, 5 lipca 2017

Flash Hydro-Boost. Emulsja nawilżająca/ REN.

Flash Hydro-Boost. Emulsja nawilżająca/ REN.




REN,Flash Hydro-Boost , jedna z ostatnich nowości w pielęgnacji twarzy tej marki. Kupiłam bo szukałam czegoś lekkiego w konsystencji a przy tym dającego komfort odpowiednio  nawilżonej skóry, w żadnym wypadku nie tłustego. Mamy lato, więc takie produkty odpadają a po drugie moja cera średnio lubi wszelkie olejkowe konsystencje. Szukam i szukam i zawsze moje testy kończą się fiaskiem. 
A REN to REN bardzo lubię markę i cieszę, się że mogę bez problemów i przepłacania kupić interesujące mnie produkty. Wolne od syntetycznych zapachów, barwników i chemikaliów uważanych za potencjalnie niebezpieczne. Nie daję się zwariować i w mojej kosmetyczce są różne produkty, jednak tam gdzie mogę i gdzie produkty przynoszą efekty zgodne z moimi preferencjami sięgam po naturę właśnie. 
Emulsja REN, bardzo przypomina znane z azjatyckiej pielęgnacji lotiony. Podobne produkty mają też niektóre selektywne. Jego zadaniem jest poprawa nawilżenia skóry. Niby prosty temat, ale strasznie trudno znaleźć odpowiedni produkt, szczególnie jeśli borykamy się różnymi problemami skórnymi.  Preparat bazuje na kwasie hialuronowym, pozyskiwanym z fermentacji drożdży, ksylitolu, który maksymalizuje poziom nawilżenia i zapobiega jego utracie. Mamy tu także peptydy uzyskane z szarańczynu strąkowego, które ułatwiają transport i cyrkulację wody przez wszystkie warstwy skóry, a ceramidy z oleju  korkosza barwiejskiego oraz fosfolipidy sojowe tworzą barierę przed jej.  REN poraz kolejny  przy wykorzystaniu najnowszych bioaktywnych technologii stworzył produkt zaawansowany technologicznie i skuteczny. 
Emulsja ma bardzo ciekawy, przywodzący na myśl męskie perfumy zapach. Bardzo przyjemna, relaksująca, "nieprzymulająca woń".
Produkt, rzeczywiście ma lekką kosnystencję idealnie mieszczącą się w zakresie pojęcia "emulsja". Niezbyt gęsta, niezbyt lejąca, świetna!
Producent zaleca nietypową aplikację tegoż produktu. Nanieść go należy na oczywiście oczyszczoną skórę, tuż po zastosowaniu toniku. Następnie zwilżamy delikatnie opuszki palców i wykonujemy delikatny masaż skóry. To jest bomba, coś niewiarygodnego co się dzieje wtedy na buzi. Prócz tego, że mam wrażenie zapach robi się jeszcze bardziej intensywny, to czuję że emulsja wnika w głębsze warstwy naskórka, momentalnie poprawiając nawilżenie, przynosząc ukojenie. Cera staje się miękka i taka jędrna!  To jest jeden z tych produktów którego aplikacji nie można się doczekać. Emulsję kupiłam z zamiarem stosowania tylko rano przed kremem ale to jest tak fajny produkt, że stosowałam go i wieczorami.
Emulsja świetnie sprawdza się na mojej odwodnionej ale dosyć szybko reagującej wypryskami cerze. Nie pogłębia problemów a daje mi to czego szukałam, czyli dodatkową porcję nawilżenia i poprawę jędrności skóry. A to w moim wieku istotne problemy, jeśli chodzi o pielęgnację ( 40ml/ 34funty, lookfantastic)

Znacie ten produkt REN, ciekawa jestem też Waszych ulubionych produktów nawilżających.

Ściskam. Iwona.

niedziela, 2 lipca 2017

Ulubieńcy czerwca.

Ulubieńcy czerwca.


Nie spodziewałam się po czerwcu, że tak pozytywnie pogodowo nas zaskoczy. W Kornwalii mieliśmy chwile z prawdziwym, upalnym latem. Było więc dużo lodów, piasku i wody, bo każdą wolną chwilę staraliśmy się spędzić na plażowaniu. Z początkiem lipca wróciło wszystko do normy, pada i jest chłodniej :D. Korzystam więc z chwil spędzonych w domu i postanowiłam napisać posta kosmetycznymi ulubieńcami czerwca. Same cuda, mówię mam!
A jak lato to i opalenizna, złapałam jej wprawdzie trochę, ale jest kompletnie nierówna. Musiałam więc wspomóc się tą z tubki. Tym razem sięgnęłam po produkt do twarzy i ciała La Roche Posay z serii Autohelios. To na prawdę świetny produkt. Lekka, żelowa, nietłusta konsystencja wyjątkowo łatwo się rozprowadza i szybko wchłania. Jedyne co mi trochę przeszkadza, to to że produkt ma biały kolor i nigdy nie wiem ile go nałożyłam. Poza tym nie mam zastrzeżeń, opalenizna jest równa i co ważne nie wyglądam jak kurczak. Kolor jaki nim uzyskuję jest naturalnie brązowy, jak z plaży. Opalenizna długo się trzyma i nie ma potrzeby częstej aplikacji. Można go mieszać pół na pół z ulubionym balsamem aby uzyskać wyjątkowo naturalny look. Produkt posiada właściwości nawilżające i kojące dzięki zawartości wody z La Roche. Niestety brzydko pachnie i po raz kolejny utwierdzam się w przekonaniu, że nie da się tego zapachu wyeliminować z produktów samoopaljacych ( 100ml/ około 60zł).

I kolejny produkt La Roche Posay, no cóż to moja ulubiona marka apteczna, pewnie jeszcze nieraz ją to pokażę. Wody Serozinc nie może zabraknąć w mojej łazience nigdy. Szerzej na temat jej właściwości i zastosowania pisałam w tym poście. Jej wspaniałe właściwości dostrzegam zawsze a szczególnie w upalne lato, kiedy to cera zaczyna wariować. Prosta, kojąca pielęgnacja zdecydowanie przynosi korzyści. Wodę trzymam w lodówce, nie ma nic przyjemniejszego niż porcja takiej chłodnej wody o poranku, czy w każdej innej chwili ( 150ml/ około 10funtów)

Perfect Cleanse Oil, Nude Cosmetics, to na prawdę lekki olejek, który w kontakcie z wodą zmienia się w przyjemną emulsję, która bez problemu emulguje się z wodą.  Piękny zapach i jeszcze lepsza formuła oparta między innymi o olej z granatu, olej z nasion żurawiny, olej z melona, olej winogronowy, czy olej z brokuła  nie tylko doskonale radzi sobie z demakijażem twarzy i oczu, ale też nawilża i napina skórę.  Z czasem  było mi go szkoda używać do demakijażu i stosowałam go z powodzeniem do drugiego mycia twarzy. Niestety minusem jest tu cena i dostępność. Olejek w UK można kupić jedynie na space.nk, gdzie kosztuje 28 funtów za 100 ml. 

W ubiegłym miesiącu bardzo dobrze na moich włosach sprawdził się tonik-wcierka Sylveco.  Ten oparty na wspaniałych ziołowych ekstraktach produkt między innymi ze skrzypu, pokrzywy, łopianu, szałwii oraz olejkach : eukaliptusowym, rozmarynowym i miętowym, produkt ma niwelować problem przetłuszczania się włosów a także przyśpieszać ich porost. Tonik pięknie ziołowo pachnie, stosuję go zawsze po umyciu głowy i wykonuję delikatny masaż.  Produkt będzie świetny jako lekka odżywka dla cienkich włosów, szczególnie w lecie, kiedy wszystko potrafi je obciążyć. Delikatnie odbija włosy u nasady, przedłuża ich świeżość. Mam nadzieję, że również w przyszłości spotęguje ich wzrost. Jeśli nie, to trudno, bardzo go lubię za zapach i lekkość :)  ( 150ml, około 19zł).

 Już prawie na końcu produkt i marka, która jest dla mnie prawdziwym odkryciem. Bloomtown, pochodzą z Kornwalii, wypatrzyłam ich ofertę podczas wycieczki do Eden Project. Na pewno poświęcę oddzielne wpisy produktom, które kupiłam, bo zasługują na chwilę dłuższej uwagi. Mam wspaniałe naturalne, dwie maseczki, olejek do ciała i właśnie Organic Lip Balm organicznym woskiem pszczelim, miętą oraz czerwoną glinką a także olejkiem jojoba, olejkiem rycynowym, witaminą E, masłem kakaowym... prawdziwa odżywcza bomba dla ust. Ten balsam za sprawą glinki barwi delikatnie moje usta na  fajny, delikatny czerwony kolor, który jest zbliżony do naturalnego koloru moich ust. Balsam daje efekt pełniejszych, jedrniejszych ust, wspaniale chłodzi. Daje bardzo podobny efekt, jak Maximizer Diora. Ten balsam to mój letni niezbędnik! ( 4,8 funta za 15gram).

Na sam koniec produkt do brwi, bez którego nie wyobrażam sobie już życia. Mascara Charlotte Tilbury towarzyszyła mi każdego dnia zapewniając moim rzęsom delikatny kolor i niesamowitą trwałość, która była w stanie przetrwać wysokie temperatury. Uwielbiam!  Recenzję tego wspaniałego produktu znajdziecie (tu)

To już wszyscy moi ulubieńcy. Do zobaczenia w kolejnych :)

Ściskam. Iwona. 

piątek, 30 czerwca 2017

Essie/Allure.

Essie/Allure.






Essie Allure, bestsellerowy, jeden z najlepiej sprzedających się odcieni marki. Słupki sprzedażowe na pewno poszybowały w górę, po wieści jakoby sama Księżna Kate miała ten kolor na swych paznokciach w dniu swojego ślubu. To nawet byłoby do niej podobne. Kate jest piękną kobietą, która potrafi zaskakiwać stylizacjami nawet  sieciówek. Ostatnio nosiła polskie torebki. Jej koronkowa  sukienka w której pokazała się niedawno na wyścigach konnych Royal Ascot, to jest mistrzostwo! ( wygooglujcie koniecznie :) ).
No a skoro księżna Kate ma Allure...to może i ja... ciekawe czy Księżna była równie sprytna jak ja i skorzystała z promocji na Lookfantastic? :D
Wiecie co? Ja na co dzień piekę chleb, pracuję w ogrodzie, palę w kominku i do wszystkich tych sytuacji paznokcie w naturalnych, nie krzykliwych kolorach pasują idealnie. Te bardziej wyraziste  zostawiam do stóp. Przed przeprowadzką do UK znacznie uszczupliłam zapasy lakierów. Sortując te wszystkie buteleczki, wciąż zastanawiałam się po co mi 5 bardzo podobnych kolorów, po co mi wreszcie te które kompletnie nie pasują do mojego stylu. Obecnie moje zbiory to kilka buteleczek, nie chcę i nie potrzebuję więcej. I co więcej neutralne kolory lakierów regularnie denkuję, nie robię zapasów, nie mam problemów z tym, że lakier z upływem czasu zgęstnieje i straci swoje właściwości.
Wracając do Allure, to jest to bardzo ładny mleczny kolor, który w zależności od światła potrafi pokazać lekkie różowe tony. Nie daje pełnego krycia.  Jedna warstwa w zasadzie nada tylko błysku naszym paznokciom, kolor będzie prawie niezauważalny. Ja najczęściej nakładam tych warstw dwie. Uważam, że wtedy wygląda najlepiej. Kolejna warstwa wydłuża czas schnięcia oczywiście, więc tego unikam. Lakier nie smuży, ma idealną konsystencję. Nie przysparza żadnych problemów podczas aplikacji.
Kochani, Allure daje wspaniały połysk. Na prawdę ciężko bez użycia top coata osiągnąć taki efekt. Błysk daje paznokciom dodatkowego uroku, wydają się one zdrowe i pełne życia.
Allure to kolor, który sprawdzi się u każdego w każdej sytuacji, szczególnie w tej kiedy musimy wyglądać 'grzecznie'. Jest piękny i taki delikatny.
Księżna Kate, miała nosa stawiając na właśnie ten kolor :)

Znacie Allure?

Ściskam. Iwona.

środa, 28 czerwca 2017

Enzymatyczny żel myjący/ Vianek.

Enzymatyczny żel myjący/ Vianek.



Jak pewnie się orientujecie, produkty do oczyszczania buzi to mój konik. Uwielbiam testować nowości, mam swoich ulubieńców, generalnie kupuję ich najwięcej jeśli chodzi o produkty pielęgnacyjne. Ostatnio myłam twarz nowością marki brzmiącej sielsko, anielsko i tak polsko się kojarząco, czyli Viankiem. A że ogromnie lubię peelingi enzymatyczne, to bez wahania właśnie po żel enzymatyczny sięgnęłam. Tak się składa, że produkty do oczyszczania Sylveco poznałam i uważam, że marka robi je świetnie, uważnie dbając o skład no i o nasze portfele, bo produkty te drogie nie są. 
Ogólnie to powiedzieć muszę, iż dodanie bromelainy do żelu oczyszczającego to świetny pomysł. Przygotowując się do pisania tego posta, próbowałam w  myślach przywołać podobny produkt na polskim rynku i szczerze mówiąc nic do głowy mi nie przychodzi. Także Vianek zapełnił pewną lukę w tym temacie. 
Produkt Vianka to typowy żel oczyszczający zawierający jak zawsze w przypadku produków marki delikatny detergent do którego dodano bromelainę ( przypomnę, że jest to enzym z owoców ananasa, wykazujący delikatne działanie złuszczające i przeciwzapalne), kwas migdałowy i ekstrakt z owoców czarnej porzeczki, źródło witaminy C. 
Produkt dostajemy w poręcznej buteleczce, bez szału i wielkich uniesień po jej ujrzeniu. Praktycznie i prosto, pompka działa bez zarzutu od początku do końca. 
Po zużyciu całej buteleczki tegoż żelu, wniosek jaki mi się nasuwa jest taki, że ta propozycja Vianka to świetne rozwiązanie dla osób zaczynającymi swoją przygodę z produktami działajacymi na zasadzie peelingów enzymatycznych. Dla tych, które boją się jak zareaguje ich cera i wreszcie gdy w tym całym gąszczu różnych produktów, różnych konsystencji nie wiedzą na co się zdecydować. Tutaj sprawa jest prosta, nakładamy żel na buzię, nie musimy martwić się ile go nałożyć, ile trzymać. Wystarczy wykonać te wszystkie czynności jakie wykonuje się z każdym innym żelem do mycia buzi. Skóra staje się przyjemnie odświeżona, wygładzona, promienna. Żelu używałam głównie do porannego oczyszczania. Tak przygotowana buzia świetnie przyjmuje dalszą pielęgnację i makijaż. 
Oczywiście stoję na stanowisku, że tego typu produkt, który ma tak krótki kontakt z cerą nie zadziała i nie pokaże prawdziwej mocy jak tradycyjny peeling enzymatyczny.  Nie można oczekiwać od żelu właściwości jakie mają peelingi czy maski.
Z uwagi na to, że jest to produkt złuszczający raczej nie radziłabym go stosować codziennie. Pamiętajcie, że zbyt częste, zbyt radykalne, nierozsądne stosowanie produktów złuszczających może jeszcze bardziej uwrażliwić Wasze cery i spotęgować nurtujące Was cery problemy.  Żelu używałam dwa do trzech razy w tygodniu, w zależności od potrzeb cery.
Żel dosyć dobrze się pieni, ma odpowiednią konsystencję. Nie podrażnia, nie wysusza cery a fajnie ją wygładza.
Podsumowując, żel enzymatyczny to fajna, ciekawa propozycja do mycia buzi. Nie powaliła mnie może tak na kolana jak kolejny produkt, jaki testuję, czyli żel z kwasami od Sarah Chapman, ale Sarah to inna liga, inne doznania i inna cena i temat na kolejną historię...

Znacie ten żel Vianek? Jak Wasze wrażenia? ( 150ml, około 21zł, w Anglii kupiłam tu, 5,19 funta)

Ściskam. Iwona!

 

sobota, 24 czerwca 2017

Full Of Grace. Serum kojące do twarzy/Lush.

Full Of Grace. Serum kojące do twarzy/Lush.




Serum kupiłam w zasadzie przez przypadek. W salonach Lush panuje świetna atmosfera, pracują świetni, wyluzowani ludzie i nawet jeśli nie mam nic do kupienia to lubię tam wejść. Powąchać, popatrzeć, nawdychać się tej atmosfery właśnie. Tak było i tym razem, nie miałam w planach nic kupić albo może inaczej, nie chciałam kupować znowu maski lub znowu czyścika, jak zawsze w Lush. "W takim razie spróbuj tego"- powiedziała Dziewczyna mnie obsługująca. " mydła w kostce też nie chcę", mówię do niej. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że owa kostka leży przy karteczce z napisem Serum do twarzy. No wspaniale! Pani trafiła w sedno. Full of Grace to kojące serum do twarzy,  w bardzo nietypowej formie, bo kostki. Kupiłam go z zamiarem stosowania na noc, lubię wtedy nałożyć na buzię, coś kojącego, otulającego tak aby zrelaksować cerę, dać jej kopa do regeneracji właśnie w ciągu nocy. 
Serum oczywiście jest naturalne, oczywiście bazuje na samych składnikach naturalnych i oczywiście cały proces produkcji odbywa się bez narażania zwierząt na jakiekolwiek cierpienie. Znaczy to tyle, że firma na nich na szczęście nie testuje.
Serum poza ciekawą konsystencją ma  świetny skład. To odżywcza mieszanka olejów: różanego, migdałowego i rumiankowego z masłem murumuru o działaniu przeciwbakteryjnym a także ekstraktem z grzybów Portobello, prawdziwą bombą bogatą w antyoksydanty. 
Serum może wydawać się bogate i tłuste, nie ma się co temu dziwić. Osobiście z tego typu produktami jestem na bakier ale Lush pomyślał o takich przypadkach jak ja dodając do serum puder kalaminowy, zapobiegający tłustości. A dodatkowo wykazujący silne  właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne. 
Serum najlepiej aplikuje mi się postępując jak z każdą inną kostką do masażu, czyli delikatnie pocieram nią buzię.  Kostka w kontakcie ze skórą błyskawicznie się topi i uwalnia wszystko to co w niej dobre i wnika w skórę. Nawilża ją, delikatnie ujędrnia, pomaga redukować suche skórki ( moja zmora to te przy nosie), koi, goi jakieś drobne niespodzianki. To pierwsze serum z taką ilością olejków, które mnie nie zapchało i nie powoduje powstawania zaskórników. Dodatek wspomnianego wyżej pudru rzeczywiście sprawia, że serum nie jest jakoś tłuste, naprawdę nie ma uczucia ciężkości, której nienawidzę.  Świetnie mi się sprawdza, gdy nakładam wcześniej peeling kwasowy lub maskę głęboko oczyszczającą. Przywraca równowagę i ukojenie cerze, po tychże zabiegach. 
Dla cery mieszanej czy tłustej a nawet normalnej serum wystarcza jako cała nocna pielęgnacja. 
Nie spodziewałam się, że ta niepozorna, mała kostka tak pozytywnie mnie zaskoczy! ( 8,25 funta/20gram, sklepy Lush)

Znacie ten produkt Lush, koniecznie zdradźcie Waszych ulubieńców.

Ściskam. Iwona. 



poniedziałek, 19 czerwca 2017

Balsam do twarzy i ciała/ Avene Trixera.

Balsam do twarzy i ciała/ Avene Trixera.





Dawno żaden  produkt  do pielęgnacji ciała tak pozytywnie mnie nie zaskoczył jak tym razem. Nigdy też nie zdarzyło się aby balsam do ciała sprawdzał się także na mojej dość problematycznej cerze. Nie miałam pod tym względem szczerze mówiąc żadnych oczekiwań, wszak często gęsto kremy  przygotowane pod konkretne problemy skóry potrafiły się u mnie nie sprawdzić. 
Avene darzę wielką sympatią, ich produkty są ze mną/ z nami od wielu lat. Ich stosowanie zapewnia i mi i mojej rodzinie komfort bez podrażnień, uczuleń. Co przy wrażliwej skórze zdaje się być niezwykle istotne.
Linia TRiXera to nowości ostatnich kilku miesięcy w rodzinie Avene. To kompleksowa ochrona wrażliwej, suchej i bardzo suchej skóry dla całej rodziny. Prócz mleczka o którym traktuje dzisiejszy post, znajdziemy tu również niezwykle przyjemny żel pod prysznic. 
Balsam jak przystało na produkt dla całej rodziny ma 'rodzinną pojemność', bo aż 400ml ( wydaje mi się, że dostępne są mniejsze pojemności, ale cenowo opłaca się ta większa pojemność). 
Balsam ma ciekawą półpłynną, lekką konsystencję bez zapachu. Jest kompletnie nie tłusty i za to mu chwała, szczególnie gdy lato za oknem. Do jego niewątpliwych plusów zaliczam szybką aplikację i jeszcze szybsze wchłanianie. To lubię! 
Receptura balsamu oparta jest na trzech rodzajach lipidów roślinnych, aby przywrócić skórze naturalną barierę ochronną a specjalny opatentowany składnik o nazwie Selectiose ( nie musicie go zapamiętywać) , zmniejsza i łagodzi podrażnienia. Oczywiście znajdziemy tu także kojącą wodę z Avene.
Moja skóra na ciele i twarzy przeszła transformację. Z tłustej na twarzy jest teraz normalna, a z normalnej na ciele stała się niezwykle sucha, szybko reagująca podrażnieniami. Szczególnie groźnie było na łokciach i kolanach , gdzie zmiany powodowały dyskomfort w postaci nawet krwawień. Zrezygnowałam z naturalnych maseł czy balsamów. Olej koksowy, masło z avocado czy shea, tak polecane w przypadku problemów z suchą skórą powodowały u mnie zaognienie zmian. Z podkulonym ogonkiem wróciłam więc do produktów aptecznych. Co by o nich nie mówić, to najlepiej przebadane dermatologicznie preparaty, które rzeczywiście mogą pomóc w przypadku dużych problemów.
I taki jest ten balsam, niesamowity! Nie mogę się doczekać aby go zaaplikować aby zaraz poczuć się komfortowo. Balsam koi, goi, delikatnie chłodzi skórę. Świetnie sprawdza się tuż po goleniu a także z czym przyszło mi się zmierzyć wczoraj, delikatnym poparzeniem skóry od słońca. Przyniósł jej niesamowity komfort. To mleczko daje taki efekt o jakim marzyłam od zawsze. Długofalowo nawilża, zmiękcza, napina skórę. Nabiera ona niesamowitego blasku, wszelkie niedoskonałości są mniej widoczne. I co niezwykle istotne efekt ten trwa długie godziny. Skóra jest miękka i przyjemna w dotyku.
Pewnego razu z braku laku postanowiłam go nałożyć na buzię. Wspaniale szybko się wchłonął, nawilżył  a rano po przebudzeniu nie odnotowałam żadnej katastrofy o co w moim przypadku wcale nie trudno. Uwielbiam takie wielofunkcyjne produkty.
Balsam rekomendowany jest dla całej rodziny, niestety nie sprawdziłam go na pozostałych członkach rodziny. Moi Panowie na słowo balsam, reagują jednym wielkim "ble", to jest dla dziewczyn!  (apteka melissa, 47,99)

Znacie ten produkt Avene?

Ściskam. iwona 




czwartek, 15 czerwca 2017

Produkty The Ordinary, podsumowanie.

Produkty The Ordinary, podsumowanie.






Tym z Was, którym umknęło to uwadze, w kilku słowach napiszę o projekcie pod tytułem The Ordinary.  Marka należy do większej całości pod nazwą Deciem, w szeregach której znajdziecie między innymi takie marki jak NIOD czy Hylamide, dostępny w UK w każdym Boots. The Ordinary to produkty  o prostym składzie bogatym w aktywne składniki, co wiąże się z wysoką skutecznością. To produkty przeznaczone dla osób wiedzących czego chcą, wiedzących jakie składniki aktywne mają dobry wpływ na ich akurat typ cery.  The Ordinary to także dobra opcja dla osób dopiero zaczynających przygodę ze świadomą pielęgnacją. Każdy produkt, to konkretne składniki aktywne : witamina C, witamina B3, kwas hialuronowy, witamina F, pozwalające na testowanie i poszukiwanie odpowiedniej opcji dla siebie. Większość produktów za pewnymi wyjątkami  można łączyć, tak by uzyskać jeszcze lepszy efekt. A wszystko to za na prawdę rozsądną cenę. Jedynym problemem, z jakim marka wciąż nie może sobie poradzić jest wciąż kiepska dostępność produktów. Wina leży niestety po stronie koncernu, moim zdaniem nie powinni prowadzić przedsprzedaży produktów i tyle. Kilkasest tysięcy zamówień i oczekiwanie na podkłady od kwietnia, to trochę przegięcie...
Testuję produkty od wielu miesięcy, zdążyłam wyrobić sobie o nich zdanie.  Dzisiejszy wpis to post zbiorczy na temat wszystkich produktów jakie mam lub miałam. Jestem ogromnie wdzięczna za wszystkie wiadomości i maile na temat Waszych doświadczeń z produktami marki.

Zaczynamy: 
 Niacinamide 10%+Zinc 1% to pierwsze serum jakie kupiłam.  Produkt wykazuje szerokie zastosowanie: działa przeciwutleniająco , jest niezwykle pomocny w leczeniu skóry trądzikowej. Zmniejsza problem nadmiernego wydzielania sebum, redukuje widoczność porów. Wygładza, napina i nawilża. Na temat tego tego serum jest na blogu oddzielna recenzja, także zapraszam (Klik). To jest produkt godny uwagi, poprawia stan cery trądzikowej, przyśpiesza gojenie zmian zapalnych i wygładza. Jedna z Was mi napisała, że preparat potrafi wysuszać szczególnie wrażliwą cerę! Także,  tutaj musicie obserwować stan cery, być może trzeba będzie zmniejszyć częstotliwość stosowania produktu. (Cosibella, 28zł) 

Serum z 23% witaminy C i 2% kwasu hialuronowego, bez wody, oleju i silikonów. To preparat z naprawdę dosyć sporym stężeniem kwasu askorbinowego ( witaminy C) o dosyć nietypowej konsystencji. Już piszę o co z nią chodzi. Kwas askorbinowy normalnie występuje w postaci proszku, a że to serum nie zawiera wody, nie miał on gdzie się rozpuścić. Stąd nakładając serum czujemy drobinki, proszku którym jest kwas askorbinowy. Przyznam, że na początku kompletnie nie nie wiedziałam jak podejść do tematu aplikacji. Te drobinki dość tępo się rozprowadzały. Moja rada jest taka, że najlepiej serum nakładać na lekko zwilżoną czy to tonikiem czy wodą termalną skórę. Następnie całość należy wklepać opuszkami palców. Proszek fajnie się rozpuszcza i całość szybko wchłania się w skórę. Uprzedzam, to serum nie jest dla każdego. Jeżeli nigdy nie stosowałyście preparatów z witaminą C, takie stężenie może okazać się po prostu zbyt wysokie. Ja wiem, że wiele z Was myśli, że to 'tylko witamina C', pamiętajmy jednak, że to kwas. Sama nie jestem nowicjuszką jeśli chodzi o preparaty z kwasami i w tym przypadku za każdym razem podczas aplikacji czuję dosyć mocne mrowienie. Producent mówi, o stosowaniu go nawet dwa razy dziennie. Moim zdaniem to za dużo, osobiście to serum stosuję 3-4 razy w tygodniu, zawsze wieczorem. Stosowane częściej powodowało, że moja cera zaczęła reagować przesuszeniem.
A nie o to chodzi w przypadku preparatów z witaminą C. Witamina C to prawdziwa bomba przeciw wczesnemu starzeniu się skóry, rozjaśnia przebarwienia, dodaje świetlistości cerze, napina i ujędrnia skórę. W tym przypadku serum wzbogacano kwasem hialuronowym aby dodatkowo pomógł nawilżyć cerę.
To jest serum, które rzeczywiście szybko przynosi efekty. Jestem zachwycona za każdym razem kiedy go nakładam. Problemem jedynie tutaj jest ta nietypowa konsystencja, do reszty nie mam zastrzeżeń. (cosibella, 28zł)

Peeling 30% AHA BHA 2%, to preparat którego wiele z Was było bardzo ciekawe. Musiałam jednak mieć trochę czasu na jego porządne przetestowanie. Myślę, że było to około 3 miesięcy. I to jest Proszę Państwa petarda!  Teraz mini salon kosmetyczny możemy mieć w domu. Wysokie stężenie kwasów wzbogacone substancjami nawilżajacymi (kwas hialuronowy), łagodzącymi a także wspomagającymi gojenie (witamina B3) a do tego niskie PH, naprawdę robi tutaj swoje. Mieszanka koloru ciemnoczerownego nałożona na buzię wygląda groźnie. Za pierwszym razem zastanawiałam się czy to nie jakieś poparzenia :D. Czuć oj czuć, że peeling ma moc! mrowienie, lekkie szczypanie towarzyszy Mi od początku do końca obcowania z nim.Peeling zostawiamy na buzi 10 minut, sugerowałabym przestrzegać tego czasu. Oczywiście jeśli Wasza skóra zareaguje wyjątkowo źle, należy produkt jak najszybciej zmyć.
Na rezultaty nie trzeba długo czekać, gładka cera, zamknięte pory.Produkt stworzona z myślą o cerze trądzikowej, zaskórnikowej, produkującej sebum w nadmiarze. I tutaj  peeling działa znakomicie. Prócz właściwości przciwzapalnych ma także działanie ujedrniające, wpływa na produkcję kolagenu w skórze. Trudno mi ten efekt porównać do jakiegokolwiek innego. Chyba jedynie profesjonalne zabiegi kosmetyczne dają takie rezultaty. Jeżeli borykacie się z problemem wrastających włosków po depilacji, ten peeling ma temu zaradzić. Nie testowałam go jednak pod tym kątem.
Tutaj znowu jak w przypadku serum z witaminą C, przestrzegam i odradzam stosowanie tego produktu, jeżeli nigdy nie miałyście do czynienia z produktami z kwasami! Po drugie po użyciu peelingu koniecznie sięgajcie po ochronę przeciwsłoneczną. Ja chyba odpuszczę stosowanie tego produktu w okresie letnim, moja cera szybko "łapie' przebarwienia, nie będę ryzykować. (cosibella, 34zł).

Na koniec jeśli chodzi o produkty do twarzy,serum które pojawiło się całkiem niedawno w ofercie The Ordinary, czyli serum z kwasem salicylowym 2%. Musiałam je kupić, bo kwas salicylowy od lat jest moim ulubionym składnikiem jeśli chodzi o walkę z pryszczami i zaskórnikami.  Serum stosuję głównie punktowo na stany zapalne. Poprzez złuszczanie naskórka zauważyłam, że szybsze ich gojenie. Pory są oczyszczone, zaskórniki zwężone. Świetny produkt do stosowania miejscowego w okresie kiedy moja skóra przechodzi kryzysy. Serum ma tylko 15ml pojemności. ( cosibella, 22zł).

W ofercie The Ordinary znajdziecie także produkt do pielęgnacji okolic oczu, czyli Caffeine Solution 5%+EGCG.  Na widok kofeiny i zielonej herbaty w składzie reaguję zawsze ochoczo. Składniki te to dla mnie znak, że produkt będzie działał przeciw obrzękom, opuchnięciu i ogólnie może choć troszkę niwelował oznaki niewyspania. Produkt przychodzi w buteleczce z pipetką, łatwo się go dozuje. Z tym, że produkt potrafi osiadać na jej szyjce. Trzeba pamiętać o jej oczyszczeniu. Produkt trzymam w lodówce, nałożony rano i delikatnie wmasowany,  łagodzi i niweluje obrzęki. Okolice oczu wyglądają zdecydowanie lepiej. Niestety moim zdaniem preparat kiepsko nawilża. Jeżeli nakładam go na noc na niego aplikuję jeszcze krem pod oczy Resibo.  Super połączenie! (cosibella, 31zł).

Podałam Wam adres polskiego dystrybutora kosmetyków The Ordinary, bo o to często pytacie. Produkty można kupić w niepełnej ofercie także na Lookfantastic czy  Victoriahelath.


sobota, 10 czerwca 2017

Ulubieńcy maja.

Ulubieńcy maja.



Moje urodziny, imieniny, Dzień Mamy, słońce, zieleń, plaża, to był Nasz maj. A u Was jak? Mam nadzieję, że było równie przyjemnie :)
Czas rozliczyć go kosmetycznie. Te kilka produktów, które Wam pokażę, to na prawdę na ten czas produkty dla mnie wyjątkowe. Sięgam po nie z największą przyjemnością, bo wspaniale wywiązują się ze swoich zadań. 

REN Evercalm Ultra Comforting Rescue Mask, to majowa nowość, ale już zdobyła moje serce swoją delikatnością i skutecznością. Ta kojąca maska , błyskawicznie zwalcza zaczerwienienia, podrażnienia, świąd, stany zapalne skóry.  Idealna dla skóry zaczerwienionej, podrażnionej wiatrem czy słońcem, narażonej na stres czy zmiany czasu. REN chwali się, że jako pierwszy zastosował w produkcie tego typu esktrakt z białych grzybów, który odstresowuje skórę poprzez blokownie sygnałów bólowych. Ta maska to wspaniały kompres dla zmęczonej, podrażnionej cery. Przyjemna aksamitna, kremowa, otulająca formuła błyskawicznie koi, zapewnia poczucie komfortu. Skóra po jej użyciu robi się miękka, gładka i aksamitna. Maseczka doskonale sprawdzi się przy każdym typie cery,począwszy  od suchej na tłustej potrzebującej komfortu i ukojenia kończąc. To jest maska która jest prawdziwym pocieszeniem dla skóry. ( 50ml/ 28 funtów. klik )

La Roche Posay, Effaclar H, kojąco-nawilżający krem myjący. To produkt przeznaczony dla cery tłustej ze skłonnością do trądziku, uwrażliwionej przez stosowanie różnych kuracji. To mój hit ostatnich miesięcy!. Tak przyjemnego, komfortowego, otulającego produktu myjącego nie spotkałam od lat. Kremowa, niepieniąca się formuła bez mydła, doskonale oczyszcza buzię bez wysuszenia, podrażnienia i dyskomfortu. Błyskawicznie, koi, goi i nawilża. Rzeczywiście daje poczucie, iż na twarz nakładam niezwykle przyjemny krem a nie produkt myjący. Tego produktu nie może zabraknąć w mojej łazience, nigdy! ( 200ml/ 47, 99złotych Superpharm ).

I znowu La Roche Posay, tym razem ukochałam markę w produkcie do makijażu. O kremie koloryzującym z serii Effaclar Duo pisałam już w jednym z ostatnim wpisów, tam Was więc odsyłam (klik). Zdania o nim nie zmieniłam, używam codziennie. Kryje zgodnie z moimi preferencjami, nie daje płaskiego matu, wygląda po prostu naturalnie. Na buzi trwa cały dzień no i wykazuje właściwości lecznicze. Nie mogłam marzyć o lepszym produkcie ( 40ml/ 49,99 Superpharm )

Kojący balsam Resibo, kupiłam także w maju i to było na prawdę dobre posunięcie. Balsam ma dosyć bogatą formułę, która nawilża, koi i regeneruje usta. Świetny w każdym momencie dnia. W Kornwalii często wieje, borykam się więc ze spierzchniętymi ustami. Nałożenie tego balsamu to prawdziwy opatrunek dla ust. Usta błyskawicznie stają się gładsze, nawilżone, soczyste. I uwaga, efekt ten trwa, nawet wtedy gdy balsam zniknie z ust. Nie przesadzajcie z ilością nakładanego produktu, bo potrafi się wtedy nieestetycznie zbierać (10ml/ 39zł Resibo).

Na koniec kolejny produkt do oczyszczania...no cóż, mam świra na punkcie produktów do oczyszczania. W maju szczególnie upodobałam sobie balsam Steam Clean , Skin& Tonik London. Sama natura zamknięta w słoiczku. Jestem zakochana w jego aromacie. Eukaliptus w połączeniu z miętą tworzy mieszankę niezwykle przyjemną dla nosa. To są moje aromaty! Po szczegóły o produkcie zapraszam dwa posty wstecz (klik).  ( 50ml/ 154,90 zł, Organicall ). 

Tak oto przedstawiają się moi ulubieńcy, większość z nich używam także i w czerwcu, oczywiście obiecuję wrócić z kolejnymi perełkami już w lipcu :)

Ściskam. Iwona.



wtorek, 6 czerwca 2017

Ritual Of Sakura/ pianka pod prysznic, Rituals.

Ritual Of Sakura/ pianka pod prysznic, Rituals.






Markę Rituals poznałam kilka lat temu, kiedy to dane mi było trochę pobyć w Holandii. Nie znałam wtedy blogów, nie żyłam internetowym światem, kompletnie nie wiedziałam co kupuję. Uwiodły mnie zapachy a także ciekawa konsystencja żelu pod prysznic. Dziś już wiem, wiele więcej na temat marki, jej pochodzenia a także jej filozofii. A tę tworzą proste słowa " szczęście zbudowane jest na drobnych rzeczach". Takie to proste, nie oczekujmy od życia nie wiadomo czego. Dążmy do szczęścia małymi krokami. Czerpmy radość z małych rzeczy, tych wydawało by się prozaicznych. Do takich niewątpliwie zaliczyć można codzienny prysznic czy też kąpiel. Niech będzie więc aromatycznie, uwodzicielsko, relaksująco. To dla tych chwil swoje produkty tworzy Rituals. Ich produkty to przede wszystkim zapach. Linia The Ritual of Sakura jest wyjątkowa, oparta na symbolu najważniejszym w Japonii, czyli wiśni. 
Myślisz Rituals, mówisz pianka pod prysznic. To najbardziej rozpoznawalny produkt marki ze względu na ciekawą konsystencję, która przypomina gęsty, kremowy i aksamitny żel do golenia. Po kontakcie z wodą zmienia się w przyjemną piankę. Pianka ma piękny, wyrafinowany, relaksujący zapach. Nie jest on zbyt trwały, ale kąpiel na pewno umili, potem znika wraz z wytarciem skóry ręcznikiem. Co do jego właściwości, nie mam się do czego przyczepić robi to co ma robić, myje i odświeża ciało a  za sprawą zapachu i koi zmysły. Właściwości pielęgnacyjne zapewnia tu między innymi mleczko ryżowe.
Piankę Rituals traktuję jako pewnego rodzaju gadżet. Używam jej zawsze wtedy, gdy znudzi mi się mój ulubiony olejek La Roche Posay, gdy potrzebuję pięknego zapachu, odprężenia, chwilowego poczucia, że jestem w SPA. Nie jest to dla mnie produkt mocno pielęgnujący, jakoś wybitnie nawilżający. W składzie znajdziecie SLS-y, a perfumy przed ekstraktami. Firma na szczęście nie testuje na zwierzętach, a do produkcji nie używa olejów mineralnych i parabenów. Także, dla wrażliwych na przesuszenie, łuszczących się skór ( a moja do takich należy) produkt może okazać się drażniący. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się tutaj olejek z tej linii. 
Pianka ma dosyć przyzwoitą wydajność, nie napiszę na ile mi starcza, bo nie używam jej codziennie, tylko od czasu do czasu.

Znacie Rituals? 

Ściskam. Iwona.