piątek, 26 maja 2017

Legendary Brows Gel/ Charlotte Tilbury. Najlepsza mascara do brwi.

Legendary Brows Gel/ Charlotte Tilbury. Najlepsza mascara do brwi.








Charlotte Tilbury, to znana na świecie makijażystka gwiazd. Przygotowywała do sesji zdjęciowych najgorętsze nazwiska modelingu jak na przykład Kate Moss. Jej makijaże można zobaczyć u najlepszych fotografów na świecie i w najlepszych światowych magazynach modowych :Vogue, Harper's Bazaar czy Vanity Fair. 
W 2013 roku Charolotte stworzyła własną linię kosmetyków. Strasznie cieszy mnie fakt, kiedy to właśnie znający się na rzeczy makijażyści czy kosmetolodzy idą dalej i tworzą własne linie kosmetyków. Raczej nikt o zdrowych zmysłach wieloletniej ciężkiej pracy nie poświęcił by dla byle czego, byle jakich produktów.  Dzisiaj kolekcja Charlotte to przede wszystkim kosmetyki kolorowe, ale znajdziemy tu także podstawowe kosmetyki do pielęgnacji: kremy, maseczki czy ostatnia bardzo ciekawie wygladająca nowość, maseczka brązująca do twarzy. 
Charlotte preferuje makijaże klasyczne, dodające kobiecie pewności siebie. Charlotte nagrywa filmiki instruktażowe tak aby wykonanie makijażu było jeszcze prostsze. 
 Akurat skończyłam kredkę do brwi ABH, która zła nie była, jednak trochę przeszkadzała mi jej kiepska trwałość zdecydowałam się na produkt od Tilbury ,Legendary Brows Gel, czyli po prostu mascarę do brwi. To, że nawet delikatne ich podkreślenie, definiuje każdy makijaż, wyostrza rysy, robi tę przysłowiową kropkę nad "i", nie muszę nikogo przekonywać. Jestem posiadaczką bardzo jasnych brwi, bez ich nawet delikatnego podkreślenia czuję się po rpstu nago. O Lordzie, i pomyśleć, że przez lata nie zwracałam na nie uwagi!
Mascarę dostajemy w czterech odcieniach:
- Clear, bezbarwna 
- Brigitte: jasny odcień rekomendowany dla blondynek,jasnych, brązowych oczu i rudości
-Linda: średni odcień, polecany dla ciemnych blondynek do średnich, brązowych oczu
-Cara: ciemny odcień polecany dla ciemnych, czarnych włosów.  

Jako posiadaczka ciemnych blond włosów, kupiłam żel w kolorze Linda. To naturalny kolor, który określiłabym jako połączenie taupe z brązem. 
Przyznam, że z tego typu produktami mam doświadczenia gorzej niż marne. Nietrwałe, nie dające koloru, to myśli które mi przychodzą gdy mam na myśli mascary do brwi. Od dobrego produktu do brwi oczekuję, delikatnego ich wypełnienia, wielogodzinnej trwałości a także utrwalenia. Mascara Charlotte Tilbury daje mi to wszystko. Jej sekretem jest szczoteczka, a właściwie powinnam napisać mini szczoteczka. Nigdy się z taką nie spotkałam, to ona gwarantuje sukces w wypełnieniu brwi kolorem. Z jej pomocą bez problemu dotrzemy do każdego takiego miejsca. I przysięgam, mascara utrwala brwi najlepiej pod słońcem! To jest coś niebywałego,dotykam brwi i cały dzień są sztywne. Nadany im kształt rano utrzymuje się cały dzień. Można fajnie się pobawić i dać brwiom trochę drapieżności :).
Mascara daje dość naturalny efekt, to nie jest pomada. Nie da się nią przerysowanego makijażu brwi. Ma być naturalnie i tak jest. Utrwalone, wypełnione brwi to gwarancja sukcesu według Charlotte.Mascara została wzbogacona o witaminę E a także składniki dodające brwiom objętości.
Wizualnie produkt wygląda zacnie, luksusowo na miarę Harrodsa czy i innych znanych domów towarowych gdzie marka ma swoje stoiska.  Cena oczywiście adekwatna, bo 18,5 funta.
Podsumowując, jestem bardzo zadowolona z tego produktu. 

Ściskam.
Iwona



 

poniedziałek, 22 maja 2017

Ambient Lighting Powder/ Hourglass

Ambient Lighting Powder/ Hourglass








Jeżeli miałyście okazję słyszeć o marce Hourglass, prawie na pewno było to w kontekście pudru Ambient Lighting Powder. YouTube i blogosfera od lat pieje z zachwytu na jego temat, jak to cudownie zmiękcza, rozświetla, daje piękne glow. Mówiąc krótko-produkt magia!
Naczytałam się, naoglądałam mnóstwo opinii, mimo to długo nosiłam się z zamiarem zakupu pudru wykańczającego. Ciągle w głowie miałam Meteoryty, które u mnie nie dają efektu wow. No ale, w końcu przyszedł ten moment, że zdecydowałam się na zakup pudru  w odcieniu Ethereal Light. No i mam co chciałam! Dziś opowiem Wam już tak zupełnie na chłodno co myślę o tejże gwieździe. Mam go jakieś 4 miesiące, okazji by przetestować go porządnie było wiele.
Na pierwszy rzut okiem, puder wygląda dość przeciętnie. Ani plastikowe opakowanie ani szata graficzna ani zapach a raczej jego brak nie wprawiają mnie w zachwyt. No wizualnie Metoryty to nie są. 
Co poza tym dostajemy? Fajnie drobno zmielony, niezwykle przyjemny, jedwabisty puder... z drobinkami. No jak Boga kocham, cały internet ich nie widzi, ja je mam i widzę. Oczywiście początkowo, zastanawiałam się skąd one, bo przecież nie od pudru... Winowajców miałam różnych, krem, podkład a może i nawet tonik. Faktem jest, że nie jest to jakieś ordynarny brokat, ale jest on widoczny, szczególnie w słońcu. Świadomość, że puder ma drobinki trochę mnie przyznaję wkurza. Pudru używam tuż po nałożeniu podkładu.  Cera rzeczywiście robi się rozświetlona,  zmiękczona. Pięknie wygląda w słońcu, w kamerze. Efekt optycznego wygładzenia rzeczywiście jest widoczny. 
Efekt jednak na mojej normalnej skórze z lekko ale to naprawdę lekko świecącą się strefą T trwa bardzo krótko. Dosyć szybko jakoś tak nienaturalnie zaczynam się błyszczeć. Skóra mieszana lub tłusta, będzie potrzebowała solidnego matu, ale generalnie to odradzałabym go po prostu takim typom.  Puder kompletnie nie nadaje się do robienia poprawek, a z tą myślą go kupiłam.
Mój kolor,  niby transparentny, potrafi bielić, żałuję, że nie wzięłam innego odcienia.
Puder jest na pewno ciekawy, ładnie leży w rękach. Miarą, że sięgamy po coś luksusowego jest oczywiście cena. Po podwyżkach obecnie kosztuje całe 40 funtów. I szczerze, to warto te pieniądze spożytkować na coś innego, dobrą książkę czy dobry obiad w miłym towarzystwie :)

Jestem ciekawa, jakie jest Wasze zdanie odnośnie tego pudru a może Wasze serca skradły Meteortyty :)

Ściskam. Iwona

czwartek, 18 maja 2017

Świetne serum z kwasem hialuronowym. Pure Hyaluronic Serum/Pestle&Mortar.

Świetne serum z kwasem hialuronowym. Pure Hyaluronic Serum/Pestle&Mortar.




Pestle&Mortar to mała rodzinna firma, skupiająca się na produkcji kosmetyków naturalnych, opartych o składniki o udowodnionym działaniu, w takim stężeniu aby rzeczywiście przy regularnym ich stosowaniu efekty były widocznie zauważalne. Prócz tego firma prowadzi  niezwykle przyjemną politykę względem traktowania klienta. Błyskawiczna wysyłka zawsze kurierem, bezpłatna od 30 funtów, próbki wszystkich produktów dostępnych w ofercie, urocze opakowania, sprawiają, że zawsze jak otwieram przesyłkę czuję się niezwykle dopieszczona. 
Serum z kwasem hialuronowym, to sztandarowy produkt marki, to od niego zaczynali. Dzisiaj oferta Pestle&Mortar znacznie się rozbudowała, znajdziemy tutaj bardzo fajne duo do oczyszczania, krem na dzien, czy bardzo interesujące serum na noc. 
Pure Hyaluronic Serum, to produkt w całości wolny od składników pochodzenia zwierzęcego, bez barwników, zapachu czy parabenów. Zawiera kwas hialuronowy, który jak wszyscy wiemy jest doskonałym nawilżaczem. Tego typu produktów jest na rynku mnóstwo, wiele z nich kosztuje nie kosztuje ponad 30 funtów, ba te w sklepach z półproduktami kosztują gorsze. Powiem tak: na mojej cerze, większość się nie sprawdziła, bywało tak, że produkty zawierające kwas hialuronowy spotęgowały dyskomfort, zamiast go zlikwidować lub chociaż złagodzić.
To serum jest inne. Aksamitna, przyjemna, lekko żelowa konsystencja, przyjemnie rozprowadza się na buzi. Pamiętajmy jednak, aby produkty z kwasem hialuronowym nakładać na lekko zwilżoną buzię, czy to tonikiem czy wodą termalną. Produkt nie lepi się, nie pozostawia żadnej irytującej warstewki. Szybko się wchłania, można spokojnie w krótkim czasie nałożyć krem i dalsze kroki pielęgnacyjne. 
Oceniam ten produkt po skonczonej całej buteleczce. W tym czasie nie stosowałam żadnego innego serum nawilżającego. Wnioski mam następujące: serum  znacznie pomogło mi uporać się z problemem odwodnionej cery. Suche place przy nosie, które były moją wielomiesięczną zmorą, prawie zniknęły. Cera zyskała na jędrności i elastyczności. Serum za sprawą zawartego w nim wyciągu z aloesu wykazuje doskonałe właściwości kojące i gojące. Cera wygląda zdrowo, promiennie i rześko. 
Uwielbiam! czekam na drugą buteleczkę.  ( 36funtów, 30 ml. Produkty marki możecie kupić od niedawna na lookfantastic, gdzie często są rabaty sięgajace 20%) 

Składniki:

Aqua, * Aloe Barbadensis Leaf Juice, *Sodium Hyaluronate, *Cucumis sativus fruit extract, Butylene Glycol, *Tocopheryl Acetate, *Glycerin, *Xanthan Gum, Phenoxyethanol, *Caprylyl Glycol. *Plant Derived. Pestle & Mortar Pure Hyaluronic Serum is 100% free of animal derived raw materials and organic solvent remnants, paraben free, fragrance free and not tested on animals.

Używacie produktów z  kwasem hialuronowym? strasznie jestem ciekawa Waszych typów.

Ściskam.
Iwona

niedziela, 14 maja 2017

Balancing Cleanser with Aloe Vera/ Alpha H.

Balancing Cleanser with Aloe Vera/ Alpha H.





Balancing Cleanser with Aloe Vera, to jeden z najbardziej rozpoznawalnych produktów australijskiej marki Alpha H, na pierwszym miejscu jest oczywiście tonik z kwasem glikolowym. Nie wiem jak to się stało, ale nie miałam go. Pewnie kiedyś sięgnę po ten produkt, póki co mam na stanie coś innego z wyższą zawartością kwasu glikolowego. 
Dzisiaj będzie o mleczku oczyszczającym. Ale, ale niech Was nie zmyli ta nazwa, bo produkt nie ma nic wspólnego z tą często tłustą konsystencją. To idealnie wyważona konsystencja, która mnie osobiście kojarzy się kremem czy też przyjemną otulającą śmietanką.  Mleczko już przy pierwszym kontakcie z dłońmi pokazuję swoją niezwykle delikatną, nietłustą konsystencję. Wspaniale, delikatnie się rozprowadza, błyskawicznie koi, delikatnie chłodzi i łączy się z sebum i innymi zanieczyszczeniami, które cera w ciągu dnia czy nocy złapała. Nakładam go na lekko zwilżoną buzię, wykonuję delikatny masaż, szczególnie skupiając się na miejscach najbardziej problematycznych, czyli strefie T a następnie spłukuję pod bierzącą wodą. Kontakt z tym mleczkiem to od początku do końca niezwykła przyjemność, delikatność a przy tym skuteczność w oczyszczaniu. Alpha H zmywa delikatnie nieczystości, nie maże się, nie pozostawia także tłustego filmu czy lepkości na buzi. Odsłania ukojoną, nawilżoną, pełną blasku cerę.
Balancing Cleasner, to nie jest produkt, który ma robić z cerą cuda wianki. Krótki skład bez zbędnych, często nic nie robiących składników na nic takiego nie wskazuje. To produkt dzięki, któremu skutecznie oczyścimy buzię, a jeżeli będziemy to robić regularnie będzie to miało wpływ na jej regulację. Alpha H delikatnie acz skutecznie oczyszcza, nie zapycha, nie nasila wydzielania sebum,  w dłuższej perspektywie wpływa na przywrócenie równowagi skórze. Z pełną powagą napiszę, iż to właśnie ten krem wpłynął na to iż dzisiaj mam cerę normalną!
Po kilku zużytych opakowaniach zaznaczyć muszę iż jest to produkt raczej do wieloetapowego oczyszczania. Ja stosuję go zawsze po uprzednim zmyciu makijażu olejkiem. To produkt na prawdę ultra delikatny, także konieczne wydaje mi się użycie najpierw do oczyszczania wstępnego. Nie łódźmy się, że tylko mleczkiem zmyjemy ciężki makijaż czy filtry. 
Dla mnie to  to idealny produkt, kiedy nie zmagam się z większymi niedoskonałościami, kiedy moim jedynym problemem jest nagromadzone po nocy sebum, lub też zawsze wtedy kiedy mam lekki makijaż ( czyli prawie codziennie). Moim zdaniem Balancing Cleanser charakteryzuje się znakomitymi właściwościami pielęgnacyjnymi, nie raz i nie dwa zdarzało mi się go nakładać jako maskę nawilżającą, bo kuracji kwasami czy też zbyt długim przebywaniu na słońcu. 

Produkt idealny, jedynym jego minusem jest cena ( około 25 funtów). 

Znacie ten produkt?

Ściskam.
Iwona.



środa, 10 maja 2017

Krem z wysoką ochroną przeciwsłoneczną. Avene SunsiMed.

Krem z wysoką ochroną przeciwsłoneczną. Avene SunsiMed.




W Kornwalii wszystko zgodnie z planem i od kilku tygodni cieszymy się prawdziwą wiosną. Przekwitły magnolie, bzy, przyszedł czas na kasztany. Jest pięknie! Temperatury w ciągu dnia często sięgają już ponad 20 stopni w słońcu. Musiałam, więc pomyśleć o ochronie przeciwsłonecznej, która to jak wiemy opóźnia efekty starzenia się skóry. Nie chciałabym też rezygnować ze stosowania produktów z kwasami. Produkty z filtrami szczególne w ciepłych porach roku, to podstawa.
Muszę powiedzieć, że jestem totalnie zaskoczona wszystkimi nowościami w tym temacie jakie pojawiły się w ostatnim czasie. Większość marek aptecznych , bo i Bioderma i La Roche Posay i SVR pokazała serie z wysoką ochroną przeciwsłoneczną. Ba, nowości te poszły jeszcze dalej, bo możemy kupić kremy koloryzujące z wysokimi filtrami. Mam ochotę sięgnąć po propozycję Biodermy, ze względu na to iż mamy tu do wyboru dwa odcienie. 
Tymczasem zdecydowałam się na krem Avene SunsiMed Very Hight Protection.  Pokrótce, ten krem to wyrób medyczny opracowany przez dział badań Pierre Fabre zawierający unikalny kompleks wysokiej ochrony przeciwsłonecznej. Krem zawiera fotostabilne filtry, które zapewniają optymalną ochronę przeciwsłoneczną, zarówno przed promieniami UVA jak i UVB. Jest w nim coś jeszcze fajnego... a mianowicie składnik o nazwie Pre-tokofeyl, który jest silnym przeciwutleniaczem, który dodatkowo wzmacnia ochronę przeciwsłoneczną i działa przeciwstarzeniowo. Krem jak każdy produkt Avene zawiera oczywiście działającą kojąco wodę termalną. Ufam zapewnieniom producenta, iż produkt gwarantuje nie tylko ochronę przed słońcem, chroni przed nowotworami skóry oraz zapobiega fotostarzeniu się skóry czy stresowi antyoksydacyjnemu. Skład tegoż kremu jest na prawdę krótki jak na tego typu produkty. Żadnych zbędnych składników i wypełniaczy. 
Używam kremu codziennie od jakiś trzech tygodni i powiedzieć muszę iż jest to najlepszy krem z filtrem do twarzy jaki miałam w swoim życiu. Taki, który nie bieli i nie daje efektu tragicznego świecenia się skóry. Lekka emulsja, przypominająca śmietankę, błyskawicznie się wchłania. Po chwili można spokojnie nakładać makijaż. Na buzię Avene radzi nakładać dwie pompki produktu. To nie jest tak, że krem ten wchłania się do pełnego matu, daje lekko świetliste wykończenie. 2 pompki to naprawdę sporo produktu, stąd ten efekt. Ale zapewniam Was nie wygląda, to nienaturalnie. Krem nie lepi się, nie klei, nie pozostawia żadnej warstwy. To tak jak, bym nałożyła krem nawilżający. 
Tak jak pisałam na początku krem testowałam już w warunkach dużego słońca i dosyć wysokiej temperatury, która nie zmieni się już znacząco latem. Byłam w nim i na plaży i w ogrodzie. Poradził sobie znakomicie, żadnych przebarwień, czy opalenizny powodującej dyskomfort. Oczywiście gdyby było to upalne lato, aplikację kremu należy powtórzyć w mniej więcej dwu godzinnych odstępach czasu. 
Jestem bardzo na tak, jeśli chodzi o ten produkt, po raz pierwszy mogę powiedzieć, że nie szukam już dalej. 80 ml produktu wystarczy mi na dość długi czas, zresztą okres jego ważności to tylko 12 miesięcy, szkoda by było go wyrzucić.
Dajcie znać, jak z dostępnością tego kremu w Polsce, słyszałam, że nadal są problemy.

Ściskam. Iwona.

niedziela, 7 maja 2017

Effaclar Duo Unifiant. Krem tonujący dla problematycznych cer/ La Roche Posay

Effaclar Duo Unifiant. Krem tonujący dla problematycznych cer/ La Roche Posay






Wreszcie, wreszcie znalazł się ktoś kto wpadł na pomysł stworzenia kremu tonującego dla problematycznych cer, bo te na podstawie moich dotychczasowych doświadczeń w zdecydowanej większości dedykowane są cerom bezproblemowym. Jeżeli kremy tonujące kojarzą Wam się z praktycznie żadnym kryciem i odcieniami z czapy, wypróbujcie koniecznie nowość La Roche Posay Unifiant, wchodzącego w skład znanej linii Effaclar. Produkt powstał  z połączenia skuteczności w zwalczaniu niedoskonałości z jakiej znane są produkty wchodzące w skład serii Effaclar z kremem tonującym dla ujednolicenia, wyrównania i upiększenia struktury skóry. 
Krem dostajemy tylko w dwóch odcieniach, ja mam ten jaśniejszy Light, idealny dla jasnych cer. To taki ładny beżyk z zdecydowaną więkoszością żółtych tonów. 
To nie jest produkt, który wzniesie Was na nie wiadomo jakie wyżyny luksusu, wyjątkowości, zapachu i innych cech, które przypisujemy produktom z wysokiej półki a które w zetknięciu z naszą twarzą, prócz tego że dużo kosztują, są byle jakie. Unifiant to produkt apteczny i tak też się prezentuje. Plastikowa tubka z dziubkiem, pasująca stylistyką do słynnego kremu Effaclar, nic naprawdę porywającego. Ma być schludnie i tak jest. W tym przypadku liczy się tylko i wyłącznie wnętrze. Bo krem ten rzeczywiście upiększa buzię. Jego krycie można budować aż do średniego. Podoba mi się ta możliwość manewrowania intensywnością w zależności od stanu mojej cery. Krem nie jest w żadnym wypadku ciężki, toporny, ma leciutką lekko lejącą, lekko chłodzącą konsystencję. Jest trochę gęstszy niż tradycyjny Effaclar, ale makijaż nim uzyskany wygląda naturalnie. Zakrywa niedoskonałości, wypryski, ujednolica twarz. Makijaż nim wykonany wygląda świeżo i naturalnie większą część dnia. I co istotne, zachowuje właściwości typowe dla tradycyjnego kremu Effaclar, czyli pomaga w zwalczaniu drobnych niedoskonałości, zwęża pory, ogranicza wydzielanie sebum.  Ja jestem nim zachwycona od pierwszego użycia.  La Roche Posay nie mogło wymyślić lepszego produktu. 

Pojemność;40 ml
Cena: około 60zł, 11 funtów. 

wtorek, 25 kwietnia 2017

Aqua Lumionous Perfecting Foundation/ Becca.

Aqua Lumionous Perfecting Foundation/ Becca.





 

Pomijając temat pogody w Polsce, wiosna tego roku przyniosła małe radości. Te kosmetyczne, macie produktyBecca! Wreszcie nastała jasność, rozświetlenie jak w żadnej innej marce makijażowej. Odpowiednie granie światłem w kosmetykach Becca pozwala wymodelować rysy, zredukować niedoskonałości a wreszcie wyglądać młodziej. Zaznaczyć muszę iż Becca tworzy produkty do makijażu codziennego, efekt jaki nim uzyskamy nie wygląda nachalnie, przytłaczająco, jest naturalnie. 
Po podkład Aqua Luminous Perfecting Foundation  sięgnełam tuż po jego premierze w Anglii, czyli myślę, że było to około roku temu. Od tego czasu zdążyłam go przetestować w różnych warunkach pogodowych, począwszy od  gorącego lata w Polsce, przez wysoką wilgotność w Kornwalii po tropiki na Teneryfie. Był ze mną w różnych sytuacjach, różnych problemach z cerą i wiecie co? Kocham go! To taki podkład, którego zużywasz od początku do końca, potem kupujesz coś innego, bo masz nadzieję, że znajdziesz cud a potem z pokorą wracasz do pierwszego wyboru. Zużyłam dwie całe buteleczki, od kilku miesięcy testuję nowe rzeczy, ale ciągle w głowie mam podkład Becca.
W skrócie Aqua Luminous Perfecting Foundation to produkt oparty na dużej ilości wody, konsystencją ma ją przypominać. Zawiera pigmenty, które odbijają światło, aby nadać cerze idealny wygląd, lekki wygląd i świetliste wykończenie. Podkład przeznaczony jest dla cer suchych, bardzo suchych i normalnych. Becca radzi cerom mieszanym i tłustym nałożenie primera lub pudru matującego.
Kolor jaki sobie wybrałam posiłkując się nielicznymi słoczami w sieci to Fair, drugi po najjaśniejszym Porcelain. To ładny beżyk z żółtymi tonami, będzie pasował wielu osobom. 
Podkład dostajemy w szklanej, pięknej buteleczce, jego dozowanie odbywa się za pomocą pipetki. Ciągle nie rozumiem kto miał pomysł z taką formą dozowania, bo nie działa to tak jak powinno. Sporo podkładu zawsze zbiera się na szyjce butelki, podkład kompletnie nie nadaje się do podróży, bo potrafi przeciekać. Jego właściwości i wykończenie są jednak tak dobre, że jestem skłonna mu wybaczyć te niedoskonałości.
Podkład nakładałam pędzlem i Beauty Blenderem, uważam jednak, że najlepiej, najbardziej naturalnie wygląda nakładany palcami.  Dając średnie krycie, kremowe wykończenie podkład Becca na twarzy wygląda bardzo naturalnie. Niedoskonałości zakryte, nieprzespana noc, niewidoczna. I to pięknie nienachalne glow. Buzia wygląda świeżo, promiennie i młodzieńczo. Efekt, jest tak wspaniały, że to właśnie przy używaniu tego podkładu, zdecydowałam się nie sięgać po żaden puder czy to matujący czy wykańczający. Zwyczajnie szkoda, mi było jak twarz traci efekt po nałożeniu jakiegokolwiek pudru. I tak mi już zostało, od ponad roku, nie miałam na sobie pudru. Kupiłam niedawno Hourglass, ale to temat na inny wpis...
Podkład Becca można by porównać do Chanel Aqua Lumionus Foundation, to też formuły na bazie sporej ilości wody, choć ten drugi, daje jednak mniejsze krycie i jest bardziej lejący. 
Reasumując kocham ten podkład, na pewno do niego wrócę.

No a jak u Was? Pierwsze zakupy produktów Becca poczynione?

Ściskam.
Iwona

piątek, 21 kwietnia 2017

Avene, TriAcenal Expert. Emulsja przeciw uporczywym niedoskonałościom.

Avene, TriAcenal Expert. Emulsja przeciw uporczywym niedoskonałościom.



 
Wreszcie, wreszcie znalazłam produkt, który działa jednocześnie przeciwtrądzikowo jak i przeciwstarzeniowo. Z racji moich wieloletnich problemów z niedoskonałościami, sięgałam więc tylko po produkty mające ograniczyć ich ilość, zupełnie nie skupiłam się na produktach mających walczyć czy też zapobiegać zmarszczkom. Liczę, że i mnie dosięgną dobre geny po mamie i tacie i pierwsze oznaki starzenia przyjdą dosyć późno. A gdyby tak, moment ten jeszcze opóźnić? Bajka!
Emulsja Avene TriAcenal wpadła mi w oko dobre pół roku temu, przy okazji robienia rekonesansu po internecie w poszukiwaniu czegoś przciwtrądzikowego. Chwilę później ją kupiłam, obietnice miała zacne. To nowa wersja tejże emulsji, podobna gorsza, brzmiały recenzje. Nie porównam, bo wcześniejszego produktu nie miałam. Zadanie jakie wykonać miał ten produkt było ogromne. Moja cera po prawie dwóch latach ogromnego stresu, niewyspania, nieodpowiedniego odżywiania, zmiany kraju zamieszkania, wyglądała okropnie. To był najgorszy jej moment w całym moim dotychczasowym życiu. Zmiany trądzikowe zaatakowały szyję, nie goiły się miesiącami, po raz pierwszy zaczęły mi się pojawiać szpecące blizny. Zmiana trybu życia wraz z tą emulsją, w pół roku przyniosły bardzo dobre efekty. Nie będę Was tutaj przekonywać, że emulsja Avene jest cudotwórcą, na stan cery mają także inne czynniki. Kosmetyki mogą pomóc w walce z niedoskonałościami, problem trądziku jest bardziej złożony. 
To co wyróżnia ten produkt od innych na rynku to na pewno skład a w nim prym wiodą cztery składniki:
- Diolenyl, opatentowany składnik aktywny stworzony przez laboratoria Avene, o slektywnym potrójnym działaniu mającym zapobiegać nadkażeniom bakteryjnym, zmiejszającym zaczerwienienia i krosty.
- X-Pressin( 1%), składnik złuszczający, wygładzający powierzchnię skóry,zmniejsza ilość zaskórników ( w poprzedniej wersji emulsji, w tym miejscu był kwas glikolowy)
Retinaldehyd (0,1%),  pochodna kwasu retinowego, dokładnie przebadany i po raz pierwszy zastosowany właśnie w produktach Avene. Składnik ten nie tylko działa przeciw zaskórnikom i niedosonałościom ,
ale i od lat jest punktem odniesienia w zakresie opóźniania efektów starzenia. Mimo, wszystkich zalet, jakie czytam na temat retinolu, nie jestem zwolenniczką stosowania go w każdym wieku. Na prawdę dzisiaj nie ma problemu ze zdobyciem produktów z retinolem czy to w produktach kosmetycznych, czy na receptę u dermatologa. The Ordinary proponuje wysokie stężenie tego składnika za grosze. Uważam, że retinol w przypadku wrażliwej cienkiej skóry, może zadziałać drażniąco, wysuszająco i co istotne cera potrafi szybko się przywyczaić i potrzebować wyższych stężeń a w końcu w czasie, kiedy rzeczywiście przyjdzie pora na działanie przeciwzmarszczkowe nie będzie czym działać. Moją przygodę z witaminą A postanowiłam więc zacząć w wieku 36 lat, od jej pochodnej w stężeniu 0,1%.
Krem stosuję wyłącznie na noc, na oczyszczoną cerę. Jego bogata konsystencja potrzebuje dłuższej chwili na wchłonięcie, nie zalecam nakładać go przed pójściem spać, bo potrafi brudzić pościel na żółty kolor. Bardzo odpowiada mi ta formuła, typowo nocna, przyjemna, otulająca, mimo składników złuszczających kompletnie nie powoduje u mnie przesuszenia. 
W przypadku stosowania tego produktu najważniejsze są czas i systematyczność. Nie spodziewajcie się efektów po kilku użyciach, producent mówi tu o 6 tygodniach stosowania potrzebnych do tego aby cera mogła zacząć się regenerować. I tak rzeczywiście jest, po kilku tygodniach moja cera zaczęła produkować mniej niedoskonałości, straciła ten brzydki szary odcień i co dla mnie najważniejsze, emulsja doskonale radzi sobie z bliznami. Te z szyi z każdym kolejnym miesiącem robią się jaśniejsze i mniej widoczne. Jego dodatkowym atutem są oczywiście też właściwości przeciwzmarszczkowe, skóra odzyskuje młodszy wygląd, wygląda świeżo. 
Ta emulsja to świetny pomysł dla osób chcących redukować niedoskonałości a przy tym działać przeciwmarszczkowo a także dla osób, które tradycyjne produkty przeciwtrądzikowe powodują dyskomfort w postaci przesuszenia.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Make-up Removing Cleansing Oil/ Caudalie

Make-up Removing Cleansing Oil/ Caudalie



Zużyłam trzy buteleczki tego olejku, świadczyć to może tylko o jednym, wielkiej sympatii do Make-up Removing Cleansing Oil Caudalie. W zasadzie to produkty tej marki mogę brać w ciemno, większość mi się sprawdza. Świetne składy, produkty przebadane dermatologiczne, piękne zapachy, wszystko nietestowane na zwierzętach i pozbawione parabenów i innych substancji, mających wpływ na zdrowie czy ryzyko powstawania alergii, sprawiają że marka należy do moich ulubionych. Upust tejże miłości nieraz już dałam na łamach tego bloga, pewnie nie raz jeszcze o czymś napiszę.
Olejek świetnie wpisuje się w moją wieczorną rutynę, kiedy to jedyne o czym marzę prócz snu, jest usunięcie makijażu i pozbycie się zanieczyszczeń zebranych w ciągu dnia i nadmiaru sebum. Forma olejku zdecydowanie bardziej pasuje mojej problematycznej, wrażliwej cerze. 
Olejek to 100ml produktu, w bardzo poręcznej, nie śliskiej, buteleczce z pompką. Działa ona bez zarzutu od początku, do ostatniej kropli. Caudalie proponuje nam łagodną  mieszankę tylko naturalnych olei. Mamy tu więc słonecznikowy (działający przeciwzapalnie), ze słodkich migdałów (zmiękczający, działający przeciwzapalnie), winogronowy ( lekki w swojej strukturze, nawilżajacy) a także witaminę E, składnik który moja cera po prostu uwielbia. Olejek, to także zapach, piękny, słodki, marcepanowy. Czy może zdarzyć się coś przyjemniejszego, po całym męczącym dniu niż demakijaż produktem o takim zapachu? Odpowiedź brzmi-nie! Jeśli chodzi o zapach, to olejek to ścisła czołówka. 
Zastosowana w olejku mieszanka nadaje się do demakijażu każdego typu cery, nawet najbardziej wrażliwej i każdego typu makijażu, w tym najbardziej trwałego. Do zmycia makijażu wystarczą trzy pompki produktu, nałożone na suchą twarz i oczy. Początkowo olejek może przerazić, bo po nałożeniu na buzię ma dosyć ciężką konsystencję. Nic, to nie martwcie się, dzięki temu bez problemu usuniecie makijaż, brud i wszelkie zanieczyszczenia. A na koniec najlepsze, olejek doskonale emulguje się z wodą. Wreszcie nie muszę pamiętać o czystych ściereczkach, szukać ręcznika papierowego, szczerze tego nie znoszę. W zasadzie ostatnio szukam olejków tylko takich, które można zmyć wodą. 
Olejek nie pozostawia po sobie tłustej, nieprzyjemnej warstwy ale bardzo fajnie zmiękcza cerę. Nie podrażnia, nie uczula, nie zapycha a delikatnie pielęgnuje skórę. Moim zdaniem robi coś więcej niż tylko zmycie makijażu. Często olejku tego używam także do porannego oczyszczania buzi,  to pierwszy produkt, kiedy odważyłam się go użyć w tym celu. Nie idę z trendem, nie nakładam dziesięciu produktów wieczorem, rano wystarczy mi delikatne odświeżenie buzi przy pomocy olejku Caudalie. 
Jeżeli szukacie produktu z przyjemnym składem, jeszcze przyjemniejszym zapachem i genialnym działaniem, myślę że Caudalie sprawdzi Wam się świetnie (100ml, 18 funtów)

Ciekawa jestem Waszych ulubionych olejków do demakijażu.

Ściskam
Iwona

środa, 12 kwietnia 2017

Radiance-Plus Golden Booster do twarzy i ciała/Clarins

Radiance-Plus Golden Booster do twarzy i ciała/Clarins






Te dwie małe buteleczki totalnie zrewolucjonizowały moje podejście do samoopalaczy. Wszelkie próby z tego typu produktami kończyły się zazwyczaj niepowodzeniem w postaci smug i nieestetycznego wyglądu. Maluszki Clarins Glow Booster kupiłam w komplecie jeden służy mi do ciała drugi do twarzy. Wyglądem przypominają bardziej serum niż produkt samoopalający. Buteleczki skrywają w sobie skoncentrowany płyn do brązowienia twarzy i ciała, który należy wymieszać z ulubionym balsamem do ciała czy też kremem. W tym tkwi innowacja według Clarins. Bardzo ciekawe moim zdaniem jest dozowanie kropelek, mianowicie buteleczki z jednej strony zakończone są kroplomierzem z drugiej specjalną gąbeczką, , którą naciska się aby wydobyć i idealnie odmierzyć produkt. Działa to wszystko bez zarzutu od początku do samego końca, wiem bo moje kropelki mają się już ku końcowi.
Mieszanie produktu samoopalającego z pielęgnacją to może nic odkrywczego, jednak w tym przypadku dokładnie wiemy ile mamy odmierzyć kropelek aby uzyskać zadowalający efekt. Jest przy tym to wszystko poręczne, praktyczne i szybkie. Wreszcie mi się chce! Wszak bazą są tu moje ulubione produkty do pielęgnacji ciała i twarzy. Przez te wszystkie miesiące testowania tychże kropelek z różnymi produktami, powiedzieć muszę iż kropelki zdecydowanie nie lubią się z naturalną, bogatą w oleje pielęgnacją. Łatwiej wtedy o smugi. Genialnie współpracują z lekkimi, niezbyt gęstymi kremami czy też balsamami. Aby uzyskać satysfakcjonujący mnie odcień opalenizny  na ciało nakładam 4 krople a na twarz 2 krople Glow Booster. Potem dla podtrzymania efektu ilości te zmniejszam do odpowiednio 2 i 1 kropelki aplikowanych dwa do trzech razy w tygodniu.
Najlepsze w tych produktach jest to, że na prawdę bardzo trudno z nimi zrobić sobie krzywdę w postaci smug. Choć nie powiem kilka razy mi się to udało, ale to głównie ze względu na nieodpowiedni balsam do ciała. Na prawdę często przed ich aplikacją nie robię zalecanego peelingu i efekt zawsze mi się podoba. Wyglądam fajnie, naturalnie, nie przypominam spalonego kurczaka. Wreszcie są produkty dla jasnych cer.Lekko opalone ciało i buzia wygląda po prostu lepiej, ja nie lubię swojej bladości.
Niestety obydwa produkty, mają ten nieprzyjemny zapach typowy dla samoopalaczy, producent niby zapewnia że go wyeliminował, ale na mojej skórze jest on niestety wyczuwalny. Z dwojga złego lepiej aplikować go na noc, a rano po prostu zmyć i zapomnieć i cieszyć się piękną opalenizną. 
Z racji tego, że kropelki aplikujemy w większej ilości na ciało szybciej się kończą,mimo że jest ich dwa razy więcej niż tych do twarzy ( 30 i 15ml).
Zdecydowanie seria Golden Glow Booster zasługuje na uwagę, niestety droga to impreza, bo za kropelki trzeba wydać 169 i 109 złotych. Warto szukać promocji ale to wciąż bardzo drogo. Decyzję zostawiam Wam, moim zdaniem warto.