piątek, 21 kwietnia 2017

Avene, TriAcenal Expert. Emulsja przeciw uporczywym niedoskonałościom.

Avene, TriAcenal Expert. Emulsja przeciw uporczywym niedoskonałościom.



 
Wreszcie, wreszcie znalazłam produkt, który działa jednocześnie przeciwtrądzikowo jak i przeciwstarzeniowo. Z racji moich wieloletnich problemów z niedoskonałościami, sięgałam więc tylko po produkty mające ograniczyć ich ilość, zupełnie nie skupiłam się na produktach mających walczyć czy też zapobiegać zmarszczkom. Liczę, że i mnie dosięgną dobre geny po mamie i tacie i pierwsze oznaki starzenia przyjdą dosyć późno. A gdyby tak, moment ten jeszcze opóźnić? Bajka!
Emulsja Avene TriAcenal wpadła mi w oko dobre pół roku temu, przy okazji robienia rekonesansu po internecie w poszukiwaniu czegoś przciwtrądzikowego. Chwilę później ją kupiłam, obietnice miała zacne. To nowa wersja tejże emulsji, podobna gorsza, brzmiały recenzje. Nie porównam, bo wcześniejszego produktu nie miałam. Zadanie jakie wykonać miał ten produkt było ogromne. Moja cera po prawie dwóch latach ogromnego stresu, niewyspania, nieodpowiedniego odżywiania, zmiany kraju zamieszkania, wyglądała okropnie. To był najgorszy jej moment w całym moim dotychczasowym życiu. Zmiany trądzikowe zaatakowały szyję, nie goiły się miesiącami, po raz pierwszy zaczęły mi się pojawiać szpecące blizny. Zmiana trybu życia wraz z tą emulsją, w pół roku przyniosły bardzo dobre efekty. Nie będę Was tutaj przekonywać, że emulsja Avene jest cudotwórcą, na stan cery mają także inne czynniki. Kosmetyki mogą pomóc w walce z niedoskonałościami, problem trądziku jest bardziej złożony. 
To co wyróżnia ten produkt od innych na rynku to na pewno skład a w nim prym wiodą cztery składniki:
- Diolenyl, opatentowany składnik aktywny stworzony przez laboratoria Avene, o slektywnym potrójnym działaniu mającym zapobiegać nadkażeniom bakteryjnym, zmiejszającym zaczerwienienia i krosty.
- X-Pressin( 1%), składnik złuszczający, wygładzający powierzchnię skóry,zmniejsza ilość zaskórników ( w poprzedniej wersji emulsji, w tym miejscu był kwas glikolowy)
Retinaldehyd (0,1%),  pochodna kwasu retinowego, dokładnie przebadany i po raz pierwszy zastosowany właśnie w produktach Avene. Składnik ten nie tylko działa przeciw zaskórnikom i niedosonałościom ,
ale i od lat jest punktem odniesienia w zakresie opóźniania efektów starzenia. Mimo, wszystkich zalet, jakie czytam na temat retinolu, nie jestem zwolenniczką stosowania go w każdym wieku. Na prawdę dzisiaj nie ma problemu ze zdobyciem produktów z retinolem czy to w produktach kosmetycznych, czy na receptę u dermatologa. The Ordinary proponuje wysokie stężenie tego składnika za grosze. Uważam, że retinol w przypadku wrażliwej cienkiej skóry, może zadziałać drażniąco, wysuszająco i co istotne cera potrafi szybko się przywyczaić i potrzebować wyższych stężeń a w końcu w czasie, kiedy rzeczywiście przyjdzie pora na działanie przeciwzmarszczkowe nie będzie czym działać. Moją przygodę z witaminą A postanowiłam więc zacząć w wieku 36 lat, od jej pochodnej w stężeniu 0,1%.
Krem stosuję wyłącznie na noc, na oczyszczoną cerę. Jego bogata konsystencja potrzebuje dłuższej chwili na wchłonięcie, nie zalecam nakładać go przed pójściem spać, bo potrafi brudzić pościel na żółty kolor. Bardzo odpowiada mi ta formuła, typowo nocna, przyjemna, otulająca, mimo składników złuszczających kompletnie nie powoduje u mnie przesuszenia. 
W przypadku stosowania tego produktu najważniejsze są czas i systematyczność. Nie spodziewajcie się efektów po kilku użyciach, producent mówi tu o 6 tygodniach stosowania potrzebnych do tego aby cera mogła zacząć się regenerować. I tak rzeczywiście jest, po kilku tygodniach moja cera zaczęła produkować mniej niedoskonałości, straciła ten brzydki szary odcień i co dla mnie najważniejsze, emulsja doskonale radzi sobie z bliznami. Te z szyi z każdym kolejnym miesiącem robią się jaśniejsze i mniej widoczne. Jego dodatkowym atutem są oczywiście też właściwości przeciwzmarszczkowe, skóra odzyskuje młodszy wygląd, wygląda świeżo. 
Ta emulsja to świetny pomysł dla osób chcących redukować niedoskonałości a przy tym działać przeciwmarszczkowo a także dla osób, które tradycyjne produkty przeciwtrądzikowe powodują dyskomfort w postaci przesuszenia.

wtorek, 18 kwietnia 2017

Make-up Removing Cleansing Oil/ Caudalie

Make-up Removing Cleansing Oil/ Caudalie



Zużyłam trzy buteleczki tego olejku, świadczyć to może tylko o jednym, wielkiej sympatii do Make-up Removing Cleansing Oil Caudalie. W zasadzie to produkty tej marki mogę brać w ciemno, większość mi się sprawdza. Świetne składy, produkty przebadane dermatologiczne, piękne zapachy, wszystko nietestowane na zwierzętach i pozbawione parabenów i innych substancji, mających wpływ na zdrowie czy ryzyko powstawania alergii, sprawiają że marka należy do moich ulubionych. Upust tejże miłości nieraz już dałam na łamach tego bloga, pewnie nie raz jeszcze o czymś napiszę.
Olejek świetnie wpisuje się w moją wieczorną rutynę, kiedy to jedyne o czym marzę prócz snu, jest usunięcie makijażu i pozbycie się zanieczyszczeń zebranych w ciągu dnia i nadmiaru sebum. Forma olejku zdecydowanie bardziej pasuje mojej problematycznej, wrażliwej cerze. 
Olejek to 100ml produktu, w bardzo poręcznej, nie śliskiej, buteleczce z pompką. Działa ona bez zarzutu od początku, do ostatniej kropli. Caudalie proponuje nam łagodną  mieszankę tylko naturalnych olei. Mamy tu więc słonecznikowy (działający przeciwzapalnie), ze słodkich migdałów (zmiękczający, działający przeciwzapalnie), winogronowy ( lekki w swojej strukturze, nawilżajacy) a także witaminę E, składnik który moja cera po prostu uwielbia. Olejek, to także zapach, piękny, słodki, marcepanowy. Czy może zdarzyć się coś przyjemniejszego, po całym męczącym dniu niż demakijaż produktem o takim zapachu? Odpowiedź brzmi-nie! Jeśli chodzi o zapach, to olejek to ścisła czołówka. 
Zastosowana w olejku mieszanka nadaje się do demakijażu każdego typu cery, nawet najbardziej wrażliwej i każdego typu makijażu, w tym najbardziej trwałego. Do zmycia makijażu wystarczą trzy pompki produktu, nałożone na suchą twarz i oczy. Początkowo olejek może przerazić, bo po nałożeniu na buzię ma dosyć ciężką konsystencję. Nic, to nie martwcie się, dzięki temu bez problemu usuniecie makijaż, brud i wszelkie zanieczyszczenia. A na koniec najlepsze, olejek doskonale emulguje się z wodą. Wreszcie nie muszę pamiętać o czystych ściereczkach, szukać ręcznika papierowego, szczerze tego nie znoszę. W zasadzie ostatnio szukam olejków tylko takich, które można zmyć wodą. 
Olejek nie pozostawia po sobie tłustej, nieprzyjemnej warstwy ale bardzo fajnie zmiękcza cerę. Nie podrażnia, nie uczula, nie zapycha a delikatnie pielęgnuje skórę. Moim zdaniem robi coś więcej niż tylko zmycie makijażu. Często olejku tego używam także do porannego oczyszczania buzi,  to pierwszy produkt, kiedy odważyłam się go użyć w tym celu. Nie idę z trendem, nie nakładam dziesięciu produktów wieczorem, rano wystarczy mi delikatne odświeżenie buzi przy pomocy olejku Caudalie. 
Jeżeli szukacie produktu z przyjemnym składem, jeszcze przyjemniejszym zapachem i genialnym działaniem, myślę że Caudalie sprawdzi Wam się świetnie (100ml, 18 funtów)

Ciekawa jestem Waszych ulubionych olejków do demakijażu.

Ściskam
Iwona

środa, 12 kwietnia 2017

Radiance-Plus Golden Booster do twarzy i ciała/Clarins

Radiance-Plus Golden Booster do twarzy i ciała/Clarins






Te dwie małe buteleczki totalnie zrewolucjonizowały moje podejście do samoopalaczy. Wszelkie próby z tego typu produktami kończyły się zazwyczaj niepowodzeniem w postaci smug i nieestetycznego wyglądu. Maluszki Clarins Glow Booster kupiłam w komplecie jeden służy mi do ciała drugi do twarzy. Wyglądem przypominają bardziej serum niż produkt samoopalający. Buteleczki skrywają w sobie skoncentrowany płyn do brązowienia twarzy i ciała, który należy wymieszać z ulubionym balsamem do ciała czy też kremem. W tym tkwi innowacja według Clarins. Bardzo ciekawe moim zdaniem jest dozowanie kropelek, mianowicie buteleczki z jednej strony zakończone są kroplomierzem z drugiej specjalną gąbeczką, , którą naciska się aby wydobyć i idealnie odmierzyć produkt. Działa to wszystko bez zarzutu od początku do samego końca, wiem bo moje kropelki mają się już ku końcowi.
Mieszanie produktu samoopalającego z pielęgnacją to może nic odkrywczego, jednak w tym przypadku dokładnie wiemy ile mamy odmierzyć kropelek aby uzyskać zadowalający efekt. Jest przy tym to wszystko poręczne, praktyczne i szybkie. Wreszcie mi się chce! Wszak bazą są tu moje ulubione produkty do pielęgnacji ciała i twarzy. Przez te wszystkie miesiące testowania tychże kropelek z różnymi produktami, powiedzieć muszę iż kropelki zdecydowanie nie lubią się z naturalną, bogatą w oleje pielęgnacją. Łatwiej wtedy o smugi. Genialnie współpracują z lekkimi, niezbyt gęstymi kremami czy też balsamami. Aby uzyskać satysfakcjonujący mnie odcień opalenizny  na ciało nakładam 4 krople a na twarz 2 krople Glow Booster. Potem dla podtrzymania efektu ilości te zmniejszam do odpowiednio 2 i 1 kropelki aplikowanych dwa do trzech razy w tygodniu.
Najlepsze w tych produktach jest to, że na prawdę bardzo trudno z nimi zrobić sobie krzywdę w postaci smug. Choć nie powiem kilka razy mi się to udało, ale to głównie ze względu na nieodpowiedni balsam do ciała. Na prawdę często przed ich aplikacją nie robię zalecanego peelingu i efekt zawsze mi się podoba. Wyglądam fajnie, naturalnie, nie przypominam spalonego kurczaka. Wreszcie są produkty dla jasnych cer.Lekko opalone ciało i buzia wygląda po prostu lepiej, ja nie lubię swojej bladości.
Niestety obydwa produkty, mają ten nieprzyjemny zapach typowy dla samoopalaczy, producent niby zapewnia że go wyeliminował, ale na mojej skórze jest on niestety wyczuwalny. Z dwojga złego lepiej aplikować go na noc, a rano po prostu zmyć i zapomnieć i cieszyć się piękną opalenizną. 
Z racji tego, że kropelki aplikujemy w większej ilości na ciało szybciej się kończą,mimo że jest ich dwa razy więcej niż tych do twarzy ( 30 i 15ml).
Zdecydowanie seria Golden Glow Booster zasługuje na uwagę, niestety droga to impreza, bo za kropelki trzeba wydać 169 i 109 złotych. Warto szukać promocji ale to wciąż bardzo drogo. Decyzję zostawiam Wam, moim zdaniem warto. 

środa, 5 kwietnia 2017

Krem BB /Vianek

Krem BB /Vianek









Krem BB, nowość Vianek jest ze mną jakiś miesiąc, podzielę się więc dziś wrażeniami na jego temat. Na prawdę strasznie ciężko znaleźć naturalny podkład w płynie, mnie udało się póki co pokochać jeden, ten od Fridge (klik). Zużyłam cztery opakowania i pewnie nie szukałabym dalej gdyby nie to, że zmieniłam kraj zamieszkania i teraz nie mam jak go kupić. Propozycja Vianka okazała się być bardzo kusząca, tym bardziej że produkty te można nabyć w UK.  
Nim się na niego zdecydujecie, poczytajcie proszę jego właściwości i zastosowanie na stronie producenta i zastanówcie się czy tego właśnie potrzebujecie w produkcie do makijażu. W skrócie, to lekki krem do pielęgnacji zawierający tylko naturalne filtry z pigmentami ( także naturalnymi), które mają ujednolicić, rozświetlić i wyrównać koloryt cery. Krem zawiera składniki nawilżąjace ( ekstrakt z jeżówki pospolitej) i łagodzące ( alantoina). Po tych kilku tygodniach stosowania, uważam, że produkt spełnia wszystkie te obietnice. Największym jego problemem, co zauważyły już Dziewczyny w sieci, które miały do czynienia z tym produktem jest kolor. Stosunkowo ciemny, oscylujący w ciepłej tonacji. Kolor ten ma tę właściwość, że dopasowywywuje się do odcienia cery, jendakże robi to tylko w pewnym stopniu, albowiem każda dołożona kolejna warstwa sprawia, że odcień robi się widoczny.  Podsumowując, to nie jest kolor dla bardzo jasnych cer. Mnie osobiście on pasuje, ale często stosuję kropelki samoopalające Clarins, więc odcień mojej cery nie jest bardzo jasny.
Pomijając ten istotny minus, jak dla mnie to bardzo udany, dzienny podkład/krem koloryzujący. Rozprowadza się go łatwo, miejcie na uwadze to, że produkt ma dosyć lejącą konsystencję. Krem daje genialne mokre wykończenie. Początkowo można się przerazić, bo jest to bardzo wyrazisty błysk, jednak wystarczy dać mu chwilę i pięknie stapia się z cerą. Moja skóra dosłownie go pije. Przepięknie wygląda po nieprzespanej nocy, w chorobie, czy też wtedy kiedy moja cera jest zmęczona walką z niedoskonałościami czy też ma suche skórki. Krem kompletnie ich nie podkreśla, czuję za to komfort nawilżonej cery większość dnia. 
Oczywiście w moim przypadku jedna nałożona warstwa to za mało, na policzkach czy brodzie muszę dołożyć kolejną albo i dwie.Odpuszczam sobie jego używanie w dni kiedy mam sporo niedoskonałości czyli przed okresem, cera wtedy produkuje wiecej sebum a ten krem nie do końca sobie radzi wtedy z trzymaniem matu. Z tych powodów wydaje mi się, że nie będzie on odpowiedni dla tłustych, problematycznych cer. W pozostałe dni jest jak najbardziej w porządku, z tym że moja cera się nie przetłuszcza, rzadko używam pudru. Czasami sięgam po rozświetlający Hourglass
Krem nie zapycha, nie podrażnia, świetnie nawilża. Spełnia swoje zadanie jeśli chodzi o dzienny, niezobowiązujący makijaż. Ujednolica, odświeża cerę. Przez to mokre wykończenie może być świetną bazą pod sypkie podkłady mineralne.
Reasumując Vianek, to dobry produkt za rozsądne pieniądze.  

Ściskam,
Iwona  

niedziela, 2 kwietnia 2017

Ulubieńcy marca.

Ulubieńcy marca.





Mamy kwiecień i wiosnę  i lepsze samopoczucie, choć z tym u mnie gorzej, bo ktoś je skutecznie w ostatnim czasie popsuł. No ale nie z takimi problemami w życiu się mierzyłam, więc żywię nadzieję, że poprawa sytuacji nastąpi szybko.
Przychodzę dziś z podsumowaniem kosmetycznych ulubieńców marca. Same perełki, produkty sprawdzone w każdych warunkach, bo nie używałam ich tylko w marcu ale i wcześniej. Serum Liq Ce mam już od stycznia. Swoje zdanie o nim wyraziłam pod poprzednim postem (klik), powtórzę raz jeszcze, dawno pielęgnacja nocna tak pozytywnie mnie nie zaskoczyła. Po opublikowaniu postu zgłosił się do mnie angielski dystrybutor z propozycją umieszczenia kodu rabatowego dla Czytelników. Tak więc, na hasło iwona_ja rabat 8% i darmowa przesyłka na całą ofertę marki do lipca 2017. Częstujcie się, ja na pewno to uczynię ( 30ml, 17,90 funta)
Avene TriAcneal Expert  jest ze mną parę dobrych miesięcy. Wskazaniem do jego stosowania jest trądzik dorosłych. Ma on likwidować krosty, zaskórniki, blizny po trądziku a także działać przeciwstarzeniowo. W składzie 60% wody termalnej z Avene, opatentowany składnik antybakteryjny, substancja złuszczająca a także retinaldehyd ( prekursor kwasu retinowego). Powiem tak, przez wszystkie lata mojej walki z trądzikiem nie znalazłam jednego kosmetyku, który byłby skuteczny w walce z niedoskonałościami. Avene lubię za treściwą konsystencję, która nie wysusza skóry a działa przyjemnie otulająco. Emulsja skutecznie łagodzi stany zapalne ( można stosować punktowo) . Jest jedna rzecz za którą uwielbiam ją naprawdę- pomogła mi może nie zlikwidować ale zmniejszyć potrądzikowe blizny, które miałam na szyi, a które skutecznie zabierały mi dobry humor. Nawet jeśli nie stosuję jej na całą buzię, to zawsze nakładam właśnie w okolicy szyi ( 30ml, 23 funty, lokkfantastic i inne)
Supple  Preparation Facial Toner, Klairs, będę kupować chyba już zawsze, w końcu znalazłam właściwego gościa, który jest w stanie zastąpić tonik Pat&Rub . Stworzony na bazie ekstraktów roślinnych, w składzie kwas hialuronowy i inne składniki kojące, także cerę zmęczoną różnego rodzaju zabiegami. Jest genialny! lekko żelowa konsystencja, którą najlepiej nakładać rękoma własnymi momentalnie koi, łagodzi, nawilża i delikatnie chłodzi cerę. Polecam każdemu (15,90 funta, Amazon, ebay)
Łagodny żel pod prysznic i do włosów 2w1, Momme Cosmetics, kupiłam z zamiarem stosowania na synu własnym, po pewnym czasie jednak znalazłam w nim zastosowanie także dla siebie. Mam tu na myśli oczyszczanie twarzy. Łagodny, delikatny, bezpieczny, nie szczypie w oczy, delikatnie ale i skutecznie oczyszcza buzię. Bez wysuszania, podrażnień. Po umyciu nim buzi czuję, że to moja buzia a nie nie jak by przeszła zabieg z botoksem. Żel zawiera oczyszczający i wzmacniający ekstrakt z mydlnicy, nawilżającą betainę z buraka cukrowego, kojąco-odżywcze mleczko z migdałów a także prebiotyk, zapobiegający podrażnieniom. Prawdziwe cudo! Świetny produkt do higieny intymnej, zwłaszcza, że z tego typu produktami w UK krucho (150ml, 7,5 funta, mommecosmetics.uk)
Myślę o ulubionym zapachu, mówię Molecule 01. Ile osób tyle opinii o nim, często nieprzychylnych. I ja się z tym zgodzę, to nie jest zapach dla każdego. Jeżeli Wasze nosy lubią drogeryjne, powtarzalne, przewidywalne, niekontrowersyjne zapachy Molecule Wam się raczej nie spodoba. Jeżeli zaś, liznęliście trochę niszowych zapachów na przykład Diptique, polecam przyjrzeć się Molecule. Niespotykana w perfumach stuprocentowa koncentracja Iso E, czyli sandałowej nuty, w tym zapachu przybiera nowego oblicza. Drewniany zapach zachwyca mnie każdego dnia, zachwyca mnie swoją intensywnością, którą i ja i otoczenie wyczuwamy cały dzień. Nie miałam podobnego zapachu nigdy, nie wąchałam podobnego zapachu nigdy. To pierwsze perfumy, po których czuję się naprawdę wyjątkowo! Moje feromony współgrają z tym zapachem idealnie. Kocham! ( 30ml, 27 funtów, Cultbeauty)
Kerastase Densifique mousse, czyli pianka zagęszczająca włosy. Bardzo, bardzo udany produkt. Widocznie unosi włosy, pogrubia je. Pianka ma przyjemną konsystencję i zapach. Nie utrwala mocno włosów a mimo włosy po jej użyciu trzymają gęstość cały dzień. Niestety droga i mało wydajna. ( 150ml, 16,35 funta, Lookfantastic)
Na koniec produkt do makijażu, który zobaczył już widoczne denko,może kiedyś skończę, bo Soleil Tan de Chanel, to cholernie wydajny kosmetyk. Stosuję ją głównie do podkreślenia kości policzkowych. Moim zdaniem jest zbyt ciepła do konturowania. Daje przepiękny, nieprzekombinowany efekt skóry muśniętej słońcem. Dobrze się ją nakłada i rozciera, koniecznie trzeba przypudrować, bo zniknie w ciągu dnia. Na szczęście jej zapach zrobił się delikatniejszy. Czy mówiłam już, że jestem zapewne w mniejszości, którą zapachy kolorówki Chanel przyprawiają o ból głowy? Brawo Ja! (36 funtów, Debenhams i inne)

To tyle w tym miesiącu, a jak u Was z ulubieńcami? 

Ściskam 
Iwona

czwartek, 30 marca 2017

Serum/maska na noc Liq Ce. Liqpharm

Serum/maska na noc Liq Ce. Liqpharm





Są takie produkty, których nie mogę doczekać aby nałożyć. W moim kosmetycznym życiu stan ten nie towarzyszy mi ciągle, ale czasem udaje się trafić na prawdziwą perełkę. Liq Ce, to kontynuacja przygody z produktami Liqpharm. Wcześniej najpierw ja a potem Wy, mogliście poznać serum z witaminą C 15% (klik) . Czym jest serum/maska nocna Liq Ce? to tylko trzy składniki ( jak miło spojrzeć na skład i widzieć 3, słownie trzy składniki) a mianowicie witamina E w stężeniu 15%, kwas hialuronowy i ksylitol. Żadne wymyślne one nie są, wszystkie je znamy, witamina E zawarta jest większości kosmetyków na rynku, jako konserwant fazy olejowej, to silny przeciwutleniacz, witamina młodości, kwas hialuronowy i ksylitol to świetne nawilżacze. No i jak się to wszystko połączy, wymiesza w odpowiednim stężeniu, dołoży piękny turkusowy dizajn i zamknie w ciemnym szkle, aby składniki miały możliwość działania przez cały okres użytkowania... wychodzi produkt doskonały! Wierzcie, mi ja z pielęgnacją nocną byłam mocno na bakier. Większość produktów z zastosowaniem na tę porę najpierw wchłaniała się milion godzin, potem po kilku godzinach snu, czułam spory dyskomfort, moja buzia dosłownie dusiła się pod tymi bogatymi formułami. A rano? lepiej nie mówić, gruba warstwa tłuszczu na czole. Próbowałam też oczywiście bezkremowych  nocy, ale w konsekwencji pogłębiłam tylko problem odwodnionej cery. 
Po serum Liq Ce nie spodziewałam się wiele, wyszło inaczej. Lubię te pozytywne zaskoczenia.
Serum trochę inne niż większość, bo dwufazowe. Genialnie proste w użyciu, pamiętać jedynie należy aby przed każdym użyciem je wstrząsnąć. A potem dzieje się magia.  Serum otula skórę delikatnym mleczkiem. Wspaniale koi, goi i nawilża zmęczoną dniem, zabiegami, porą roku, stresem cerę, bo witamina E wspaniale wymiata wolne rodniki, działa przeciwstarzeniowo( robi to skutecznie, bo jej zawartość to aż 15% a minium t0 5%),  może być stosowana do złagodzenia objawów trądziku, nadmiernego wydzielania sebum. Kwas hialuronowy małocząsteczkowy gwarantuje dobre wnikanie do warstw naskórka a tym samym moja cera zyskuje na nawilżeniu. 
Jak na serum dwufazowe to całkiem przyjemna, zaskakująco lekka ( jak na nocne preparaty) konsystencja. Potrzebuje chwili na wchłonięcie, aby potem otulić cerę przyjemną warstewką. Wstaję rano i cieszę się uspokojoną, ukojoną, jedrną, nawilżoną, promienną cerą. I tak nieprzerwanie od prawie trzech miesięcy. Serum właśnie mi się kończy ale to się dobrze składa, bo kończy się także jego termin ważności wynoszący 3 miesiące. Kupię kolejne opakowanie, nie chcę i nie będę rezygnować produktu, który tak wspaniale dopieszcza moją skórę. (30ml, 17.90 funta, do kupienia (tu)
Mam dla was kupon rabatowy upoważniający do zniżki 8% i darmową przesyłkę na terenie UK, ważny do 1.07.2017   hasło : iwona_ja
Ściskam.
Iwona

poniedziałek, 27 marca 2017

Ulubione wody termalne/ Uriage, La Roche Posay.

Ulubione wody termalne/ Uriage, La Roche Posay.




Wody termalne potrafią uzależnić. Póki ich nie używamy, wydają się zbędne, nic nie robiące, za drogie. Ale, jeśli już zaczniemy, nie można przestać. Wody termalne na stałe są ze mną od jakiś dziesięciu lat. Dla mnie to produkty must have. 
W ciągłym użyciu mam dwie ulubione i o nich będzie dzisiejszy wpis. Bardzo lubię też wodę Caudalie, jednakże to nie jest woda termalna, tak więc nie umieszczam jej w tym wpisie. Ale odrębny wpis się znajdzie, bo ten produkt zwyczajnie zasługuje na chwilę na blogu.
Zacznę może od Serozinc La Roche Posay,  jest ze mną najkrócej, bo w Polsce nie była dostępna, ale odkąd mieszkam w UK, zużyłam już jej trzy opakowania. Kolejne w drodze. Tylko dwa składniki: woda termalna i rozpuszczony w niej siarczan cynku. Prosto, krótko i przejrzyście. Woda ma więc działanie przeciwzapalne. Sprawdzi się więc w przypadku cer tłustych, mieszanych i problematycznych. Na tym jednak wskazania do jej stosowania się nie kończą:woda sprawdzi się w łojotokowym zapaleniu skóry, cynk wpływa także korzystnie na przyspieszenie procesu gojenia ran czy drobnych otarć. W pielęgnacji cery, Serozinc to produkt, który stosuję doraźnie w momentach kiedy zaczynają się pojawiać niedoskonałości, zwiększa się ilość wydzielanego sebum. Stosowana codziennie ze względu na zawartość cynku, działała jednak na mnie zbyt ściągająco. A tego na co dzień nie potrzebuję. Stosuję ją zamiast toniku, po oczyszczeniu buzi. Psikam solidną porcję, lekko wklepuję i zostawiam na godzinę lub dłużej a dopiero potem działam dalej. Woda rzeczywiście przyśpiesza gojenie wyprysków, drobne rany, potrafią zmniejszyć się o połowę w ciągu nocy. Używam jej także na plecy, gdzie też pojawiają się wypryski.
O wspaniałym działaniu tej wody przekonałam się całkiem niedawno. Mojemu starszemu synowi, wyszło 'coś' przy ustach. Wydawało mi się, że to było klasyczne zimno, jednak rana nie chciała się goić, a do tego Młodzieniec, ciągle to rozdrapywał. Nie bardzo miałam pomysł co z tym fantem zrobić, umówiłam się nawet do lekarza, ale pewnego wieczoru, pomyślałam o Serozinc. Wierzcie mi, w ciągu nocy, dosyć rozległa rana zmniejszyła się o połowę, problem zniknął po dwóch dniach. Teraz Serozinc muszę mieć zawsze pod ręką. Małe opakowanie 50ml, noszę zawsze przy sobie. 
Drugą wodą termalną, którą kupuję non stop jest ta od Uriage. Bogata w mikrooelementy, o neutralnym zapachu, neutralnym PH, bez konserwantów. To produkt idealny do codziennego stosowania. Dzięki swojemu składowi może być używana u najmłodszych dzieci ( od 6 miesiąca życia) przy odparzeniach, czy otarciach. Tak więc znowu sprawdza się nie tylko u mnie ale i u mojej rodziny. Kocham ten produkt! Nie wyobrażam sobie poranka bez psiknięcia tą wodą. Momentalne chłodzenie, złagodzenie opuchnięć po nocy, jest gwarancją mojego lepszego samopoczucia. Naprawdę jeśli mi jej braknie, chodzę poddenerwowana :D. Używam jej także wieczorem po demakijażu i umyciu buzi. Koi, goi, nawilża, nie przesusza. Można spokojnie pominąć nakładanie toniku. To produkt, który fajnie uzupełnia pielęgnację.  
Bez Uriage  nie ruszam się na plażę, ratuje mnie w sytuacjach kryzysowych, kiedy nie wiem czym ukoić podrażnioną skórę moją czy dzieci.

Jak widzicie, wody termalne to stały gość w moim domu. Ich jedynym minusem może być cena. Obie kosztują w granicach 9 funtów. Dla mnie mają jednak tak wielorakie, wspaniałe działanie, że kupuję je non stop. 

A jaki jest Wasz stosunek do wód termalnych?

Ściskam.Iwona

czwartek, 23 marca 2017

Jeju Volcanic Pore Clay Mask. Maseczka oczyszczająca/ Innisfree.

Jeju Volcanic Pore Clay Mask. Maseczka oczyszczająca/ Innisfree.




Przychodzę dzisiaj z recenzją maseczki oczyszczającej, produktu bez którego nie mogę sobie wyobrazić prawidłowej pielęgnacji. Nie jestem jednak zwolenniczką codziennego stosowania produktów głęboko oczyszczających, z glinkami, błotami. Wszyscy wiemy, jak ważne jest oczyszczanie, to głębokie stosowane zbyt często może prowadzić do odwodnienia, braku odpowiedniego nawilżenia a w efekcie pogłębienia problemów z zaskórnikami, pryszczami i wydzielaniem sebum. Wiem, to niestety z autopsji. 
Jeju Volcanic Pore Clay Mask jeden z hitów koreańskiej pielęgnacji. Maseczka święci triumfy za sprawą świetnego, nieskomplikowanego składu, pozbawionego substancji uznawanych za szkodliwe czy uczulające. Naturalny popiół wulkaniczny pochodzący z wyspy Jeju, ekstrakt z zielonej herbaty , ekstrakt z bambusa, wyciąg z kamelii, orchidei i kakaowca, to składniki, które mają pomóc  w zminimalizowaniu wydzielania sebum, oczyścić i odblokować pory, rozjaśnić i w efekcie nadać jej zdrowego blasku
Maseczka to 100ml produktu, zapakowanego w zgrabny odkręcany, plastikowy słoiczek. Zapach określiłabym jako typowy dla produktów z błotem. Nie jest on jednak intensywny. W środku znajdziemy bardzo przyjemną, kremową maseczkę. Niezbyt zbita, niezbyt lejąca konsystencja, idealna do nakładania na buzię, czy to punktowo na noc, czy tradycyjnie na kilkanaście minut. To co uznaję za niewątpliwy plus tego produktu, to to, że nie zasycha ona na amen jak większość maseczek glinkowych czy błotnych. Jeśli zaczyna to robić, jest to znak, że maseczkę należy zmyć. 
Maseczka rzeczywiście minimalizuje pory, u mnie te na brodzie, bardzo ładnie odświeża, rozjaśnia, rozpromienia cerę a w dłuższej perspektywie czasu przyczynia się do uregulowania ilości wydzielanego sebum. I proszę Państwa, kompletnie nie wysusza, nie powoduje dyskomfortu jaki potrafią dać maseczki oczyszczające. Buzia jest jędrna i promienna. 
Ja ją stosuję maksymalnie dwa razy w tygodniu, najczęściej jednak jest to raz. Więcej nie potrzebuję. 
Generalnie to jest maska, która nigdy mnie zawiodła! Podobno Koreanki używają jej także rano, na tak przygotowanej buzi, makijaż długo się utrzymuje i pięknie wygląda. Muszę spróbować, przed jakimś ważnym wydarzeniem:)  (100ml/16 funtów, Amazon, ebay)

Ściskam.Iwona <3 

poniedziałek, 20 marca 2017

Rimmel, Fresher Skin.

Rimmel, Fresher Skin.




Rimmel Fresher Skin, czyli opowieść o tym jak dobrze zainwestować 5 funciaków w podkład. Jak wszystkie wiemy pewności nigdy nie ma, nieważne czy wydamy mało czy dużo. Oczywiście zawsze to lepiej miło się zaskoczyć za mniej niż niemiło za dużo. Podkład Rimmel kupiłam od razu jak tylko pojawił się na rynku angielskim, a było to już ładnych parę miesięcy temu. Przekonał mnie zapewnieniami o lekkim kryciu, świeżości, lekkiej konsystencji.  Zostało mi go już naprawdę niewiele, mogę też w końcu coś o nim więcej napisać,  pojawił się w Polsce być może niektóre z Was będą szukały na jego temat informacji. Testowałam go w różnych warunkach, w tym czasie jak to u mnie zmieniała się również kondycja mojej skóry. Wniosek mam jeden-to naprawdę dobry, niedrogi podkład!. Szklany słoiczek skrywa w sobie 25ml podkładu, czyli jest to nieco mniej niż przywykłam mieć. Estetycznie, jak widzicie po zdjęciach niestety z upływem czasu robi się nieciekawie. Pamiętajmy jednak, że to nie jest podkład za miliony monet, gdzie w cenę wlicza się także najwyższą jakość opakowań. Oczywiście można by się czepiać w ogóle formy podania tego produktu. Wydobywanie produktu ze słoiczka rodzi ryzyko rozwoju bakterii. Ja jednak nie jestem tu aż tak krytyczna, wszak makijaż nakładamy zawsze czystymi, umytymi tuż przed, rękoma. 
Mój odcień to 100 Ivory, generalnie te odcienie są dosyć ciemne. To co powodowało, że po podkłady Rimmel nie sięgałam długie lata, to to, że na mojej buzi wypadały one dosyć ziemisto, brakowało mi żółtych tonów. W przypadku Fresher Skin, jest zdecydowanie lepiej.  Na mojej buzi, kolor nie utlenia się, wiem jednak z różnych opinii w sieci, że ze jest taki problem. Posiadaczki tłustych/mieszanych cer, na których podkłady lubią oksydować, bierzcie to pod uwagę przy doborze odcienia.  
Podkład ma przyjemną musowo-żelową konsystencję, przypomina bardziej krem BB niż podkład. Jest niezwykle lekki i przyjemny. A skoro lekki, nie zbudujemy nim mocnego krycia. Dokładając produktu będzie ono co najwyżej średnie.  Podkład rzeczywiście po aplikacji daje uczucie świeżości, lekkiego chłodzenia. Nie podkreśla porów, nie wchodzi w zmarszczki. Nie łudźmy się, że nie podkreśli suchych skórek, każdy podkład to zrobi. Ten jednak, ze względu na lekkość i to, że nie jest mocno matujący nie zrobi tego mocno.
U mnie Fresher Skin trzyma się cały dzień, nie używam pudru. Nie mam problemów z przetłuszczającą się cerą, więc pomijam ten krok. 
Podkład świetnie sprawdzi się latem, dodaje cerze blasku, podkreśla opaleniznę, niweluje drobne niedoskonałości, daje jej pięknego glow
Jedyną wadą jakiej się dopatrzyłam w tym podkładzie, to jego słaba wydajność. Z doświadczenia jednak wiem, że te musowe konsystencje szybciej się kończą. 

Znacie już tę nowość Rimmel? (25ml/34,90, Rossmann)


Na buzi mam kropelki samoopalające Clarins, sam podkład nie jest aż tak ciemny:)

piątek, 17 marca 2017

Aqua Luminous Perfecting Concealer/Becca.

Aqua Luminous Perfecting Concealer/Becca.



  Znacie mnie trochę, wiecie więc, że nie przepadam za mocnym makijażem, cenię naturalność od jakiegoś czasu także lekki glow.  Korektor to jest produkt, który muszę mieć. Przez lata nie doceniałam jego właściwości, wszystko zmieniło się wraz wiekiem, no kurczę tak szybko się zmieniającym. Od korektora pod oczy oczekuję nie tyle spektakularnego krycia, nie mam takich problemów, co rozświetlenia, wyrównania tej okolicy czy czasem przykrycia lekkich opuchnięć (tak to ja, od ponad dwóch lat, nie przespałam nocy!). 
Aqua Luminous Perfecting Concealer Becca,  to mój ideał, piszę od razu na początku, gdyby nie chciało Wam się czytać. Bo Becca wie jak wydobyć piękno, rozświetlenie, glow z każdej cery i efekt ten nie jest przekombinowany, ciągle naturalny. Korektor o którym dziś piszę jest częścią kompletu z podkładem, o którym napiszę w jednym z kolejnych postów. Jego bazą jest woda w aż 32%, dzięki czemu otrzymujemy fajną, niezbyt cieżką konsystencję. Swój egzemplarz nabyłam tuż po premierze, sugerując się nielicznymi słoczami w sieci wybrałam odcień Porcelain, to jasny naturalny kolor z delikatnie różową poświatą. Bardzo dobry do rozświetlania. Korektor przychodzi do nas w formie błyszczyka z aplikatorem zakończonym gąbką. Podobny do Narsa, z tym, że Nars ma bardziej miękką gąbkę. 
Korektor bazuje na technologii odbijania światła, robi to znakomicie. Rzeczywiście upiększa, rozświetla, rozpromienia buzię. Wydawać by się mogło, że ze względu na sporą zawartość wody, będzie dość lejący. Konsystencja jest bardzo dobrze wyważona. Korektor rozświetla ale i świetnie radzi sobie z drobnymi niedoskonałościami, i to go różni od typowych rozświetlaczy. Dokładając produktu, możemy zbudować średnie krycie. To jest produkt, który nie potrzebuje bajerów do aplikacji, gąbek, specjalnych pędzli. Wystarczy nałożyć i delikatnie wklepać opuszkami palców. Zdarzało mi się to czynić w samochodzie bez użycia lusterka. 
Korektor poprzez swoją lekką konsystencję niezwykle łatwo łączy się ze skórą, dopasowywuje do jej odcienia. Nie podkreśla zmarszczek, nie uwidacznia ich, nie przesusza delikatnej okolicy oczu. Daje piękny efekt, jakby tafli w okolicy oczu, żadnym korektorem do tej pory nie udało mi się uzyskać tak fajnego efektu, zadowalającego mnie krycia i rozświetlenia jednocześnie. Korektora Becca starczy mi dosłownie na kilka użyć, skusiłam się więc na słynnego Narsa, ale ten jest o wiele cięższy, tępy w aplikacji, chyba szał w tym wypadku mnie nie będzie dotyczył :)


Znacie korektor Becca, chętnie poczytam o Waszych ulubionych produktach pod oczy (23funty, space.nk i inne)

Ściskam
Iwona