czwartek, 21 września 2017

Znalazłam idealny, naturalny tusz do rzęs/ Lily Lolo

Znalazłam idealny, naturalny tusz do rzęs/ Lily Lolo




Witajcie,
Tusz do rzęs to w moim przypadku kosmetyk podstawowy i niezbędny. Nie używam cieni, nie robię kresek, stawiam tylko na wytuszowane rzęsy. Z dobrym tuszem jak z dobrym podkładem. Niby do wyboru jest ogorm produktów, ale ciągle czegoś nam brakuje, i nawet jeśli jest okej, zawsze może być przecież lepiej. Jestem wymagająca, nie uznaję kompromisów, nie bawią mnie sytuacje, w których wydaję na tusz dwie stówy a potem muszę miesiąc czekać nim nabierze on odpowiedniej konsystencji. Cenię i lubię kosmetyki naturalne, jednak jeśli chodzi o kolorówkę sporo rzeczy mi nie pasuje. Większość naturalnych mascar jakie wypróbowałam była tylko przeciętna, rzadka konsystencja, kiepska trwałość i mizerny efekt. Z pewną dozą rezerwy podeszłam do produktu Lily Lolo. Nie spodziewałam się wiele, postanowiłam, że po jej zakupie podejmę ostateczną decyzję odnośnie dalszych poszukiwań naturalnych tuszów do rzęs. Stało się zupełnie odwrotnie niż zamierzałam, bo zużyłam już 3 opakowania Lily Lolo i póki mi się nie znudzi będę kupować dalej. 
Nie będę się tu rozpisywać zbytnio na temat marki, bo pewnie większość z Was o Lily Lolo słyszało. To przede wszystkim piękne składy, minimalistyczne opakowania, trwałość i wygoda użytkowania, bo na przestrzeni lat, marka sporo produktów zaczęła produkować w wypiekanych wersjach, ułatwiając znacznie aplikację.
Dzięki swojemu składowi, który nie jest oparty jak więkoszość naturalnych mascar na wosku pszczelim ( będzie to zatem produkt wegański), tylko pozyskuje się go z owoców myrica pubescens, mascara także pielęgnuje rzęsy. W składzie znajdziecie olej z róży, wosk z nasion słonecznika czy wosk ryżowy. 
Jakiś czas temu marka wprowadziła dobre zmiany, udoskonalając skład ale zrezygnowała z koloru brązowego, który wcześniej był dostępny. Obecnie, ku niezadowoleniu wielu dziewczyn produkt dostępny jest tylko w jednym czarnym kolorze. Czerń, za to jest piękna, głęboka i nasycona.
Efekt jaki osiągam tym produktem wreszcie jest taki jakiego oczekuję od dobrego tuszu do rzęs. Rzęsy są podkreślone, podkręcone i wydłużone, każda kolejna warstwa potęguje ten efekt. Za ogromną zaletę podczas wykonywania makijażu uważam, to że tusz nie zasycha momentalnie, dzięki temu mogę dołożyć kolejne warstwy, uzyskując naturalny efekt.Tusz zupełnie nie skleja rzęs i pozostaje na oczach większość dnia. Testuję go w różnych warunkach i naprawdę nigdy nie czuję dyskomfortu, nigdy nie mam obaw, że tusz się rozmaże czy wykruszy. To nie jest tusz wodoodporny, więc nie zalecam płakać ani też chodzić w ulewie :)
Nie mam żadnych problemów ze zmyciem tuszu, robię to płynem do tego celu przeznaczonym lub olejem. 
Tusz ma 6 miesięcy terminu ważności, po tym czasie należy go wyrzucić, jeśli nie udało Wam się go zużyć. Moim zdaniem po tym czasie traci większość swoich właściwości.( 7ml, 69,30zł, kupicie między innymi tu).

Koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze ulubione tusze do rzęs :)

Ściskam.
Iwona

niedziela, 17 września 2017

Antyoksydanty w pielęgnacji cery/ nowości The Ordinary.

Antyoksydanty w pielęgnacji cery/ nowości The Ordinary.





Witajcie,
Stosujecie w swojej pielęgnacji antyoksydanty? Nie? Czym prędzej naprawcie ten błąd! Przekonałam się osobiście, że ich wprowadzenie na stałe do pielęgnacyjnej rutyny, jakieś półtora roku temu, znacznie wpłynęło na poprawę stanu cery. Stała się ona promienna, gładka, drobne przebarwienia zostały wyeliminowane a najważniejsze, że w znacznym stopniu udało mi się pożegnać z bliznami po trądziku, które mnie nękały, skutecznie psując mi humor za każdym spojrzeniem w lustro.
W skrócie antyoksydanty, pozwalają walczyć z wolnymi rodnikami, których mamy w nadmiarze przez tempo i styl życia. Papierosy, alkohol, stres, zanieczyszczone powietrze, czy spożywanie tabletek antykoncepcyjnych, te wszystkie czynniki wpływają na to, że wolnych rodników mamy w nadmiarze. Nadmiar ten wpływa na kondycję całego organizmu, a takze  na przedwczesne starzenie się skóry. Antyoksydanty/ Przeciwutleniacze pozwalają walczyć z nadmiarem wolnych rodników. Są one świetnym uzupełnieniem filtrów, a jeśli ktoś tak jak ja wciąż nie może trafić na filtr idealny, polecam na stałe włączyć preparaty zawierające przeciwutelniacze.
Najbardziej znanym antyoksydantem znanym większości z Was, jest witamina C. Sama zaczęłam swoją przygodę z antyoksydantami właśnie od preparatów z tym składnikiem ( czytaj, najlepsze serum z witaminą C) . Problem z witaminą C jest taki, że najpopularniejsza jej forma, czyli kwas askorbinowy, jest wyjątkowo niestabilna, wrażliwa na różne czynniki. Nigdy nie pokusiłam się na preparat ze sklepów z półproduktami. Na szczęście producenci znając ten problem, poszukują i tworzą nowe skuteczne i stabilne pochodne witaminy C. 
Antyoksydanty to nie tylko witamina C, ale wiele innych ciekawych i często działających silniej niż ona i o tym  będzie dzisiejszy wpis. Wszystko za sprawą The Ordinary, które w ostatnim czasie wprowadziło całą gamę produktów działających antyoksydacyjnie. Jestem zachwycona! Jak zwykle się nie zawiodłam, wysokie stężenia, gwarantować mogą prawdziwy sukces. Dzisiejszy wpis to krótki opis właściwości i zastosowań poszczególnych produktów. Mam je od tygodnia, ciężko więc nawet o opinię wstępną. Ot, co udało mi się zapoznać z podstawowymi właściwościami jak konsystencja czy zachowanie na skórze. Żeby się nie powtarzać, wszystkie trzy preparaty nie zwierają oleju, wody i silikonów. Rozpuszczono je w substancji najbardziej optymalnej, doskonałym nośniku substancji aktywnych czyli glikolu roślinnym ( Propanediol). Wszystkie sera szybko się wchłaniają do matu. Są więc idealne w porannej pielęgnacji. ( 30ml/5,50 victoriahelath)

 Resveratrol 3%+Ferulic Acid 3%. Genialne połączenie, czekałam na to serum odkąd pojawiły się zapowiedzi. Większość kosmetyków dostępnych na rynków oscyluje wokół stężeń 1% jeśli chodzi o Resveratol i 0,5 jeśli chodzi o kwas ferulowy. Tutaj mamy aż 3%. Resveratrol to jeden  z najmocniejszych przeciwutleniaczy pozyskiwany głównie ze skórek czerwonych winogron i innych ciemnych owoców: porzeczek czy jagód. Nie ma drugiego tak dobrze przebadanego składnika mającego działanie anti-aig. Wymiata wolne rodniki, spowalnia efekty starzenia się skóry, pobudza budowę kalogenu, która jak wiemy z wiekiem ulega spowolnieniu. Ma  świetne działanie regenerujace, przeciwzapalne i ujędrniające. Kwas ferulowy, to kolejny wspaniały przeciwutelniacz, dodatkowo posiadający zdolność absorbcji promieni UVA i UVB. Warto zwrócić uwagę, że kwas felurowy stabilizuje witaminę C w preparatach zwiększając jej efektywność aż 8-mio krotnie. Kwas felurowy sprawdza się dobrze w leczeniu stanów zapalnych czy likwidacji zaskórników.
Serum The Ordinary jak wszystkie produkty antyoksydacyjne najlepiej stosować rano. Ja łączę go z serum z witaminą C, także The Ordinary ( 30ml/

Alpha Liponic Acid 5%, Serum z kwasem alfa-liponowym, kolejne wysoko skoncentrowane serum antyoksydacyjne. Kwas alfa-liponowy jest Uwaga! aż 100 razy silniejszy niż witamina C. Posiada właściwości rozjaśniające, przeciwzmarszczkowe i ujędrniające. Wykazuje niezwykłą biozgodność ze skórą. Polecany jest dla skór dojrzałych ( działanie przeciwstarzeniowe), trądzikowych (działanie przeciwzapalne, zwęża pory), zmęczonej (działanie rozjaśniające). Poprawia koloryt i rozjaśnia przebarwienia. Kwas liponowy to bardzo silnie działajacy składnik, zwłaszcza w proponowanym przez The Ordinary stężeniu. Należy go stosować tylko dwa, do trzech razy w tygodniu tylko na noc, aplikując na skórę 2-3 krople preparatu, pamiętając w ciągu dnia o odpowiedniej ochronie przeciwsłonecznej. Tuż po aplikacji można odczuć delikatne mrowienie, które powinno ustąpić z czasem. Jeśli tak się stanie, preparat należy odstawić. Preparat można łączyć z olejkami czy kremami. ( 30ml/5,90 funta victoriahelath)

Jak widzicie powyższe preparaty zapowiadają się naprawdę imponująco, ale to Euk-134, jest moim zdaniem gwiazdą tej kolekcji. Najbardziej zaawanasowany i tym samym wykazujący najlepsze, kompleksowe działanie antyoksydacyjne. Dotychczas zarezerwowany dla produktów luksusowych, w najczęściej o połowę mniejszym stężeniu. Często łączony z kwasami, w tym witaminą C i jej pochodnymi, które go destabilizują i sprawiają, że nie wykazuje on żadnych pozytywnych właściwości. Ethylbisiminomethylguaiacol Manganese Chloride, tworzy wyjątkowa cząsteczka tworząca rzadkie połączenie, mająca  zdolność nie tylko do wymiatania wolnych rodników ale i regeneracji oferując całodobową ochronę skóry przed toksycznymi związkami, promieniami (ma zdolność naprawy uszkodzeń wywołanych działaniem promieni słonecznych), zmniejsza rumień, zaczerwienienia a także opóźnia starzenie się skóry. Większość antyoksydantów, nie posiada właściwości regeneracyjnych i po zniszczeniu wolnego rodnika ulegają rozpadowi. Euk-134 to moim zdaniem jeden z najlepszych przeciwutleniaczy dostępnych na rynku. Najlepiej stosować go zatem rano, do jednorazowej aplikacji wystarczą 2-3 krople. Ja łączę go z lekkim serum z kwasem hialuronowym.
Jeśli zamierzacie stosować Eu-134 i Resveratrol 3%+Ferulic Acid 3%, ten pierwszy należy stosować rano a serum z kwasem felurowym wieczorem w połączeniu z witaminą C. (30ml, 6,90 funta victoriahelath )


 Mam nadzieję, że jakoś sensownie przedstawiłam Wam podstawowe wiadomości odnośnie tych nowości The Ordianary. Jestem ich ogromnie ciekawa a Wy?

 Ściskam/Iwona

wtorek, 12 września 2017

The Univeil Cleasner Concentrate/ Mahalo.

The Univeil  Cleasner Concentrate/ Mahalo.





Aloha,
Przywitałam się z Wami po hawajsku nie bez przyczyny, albowiem produkt o którym dziś postanowiłam napisać tworzony jest właśnie w tym uroczym zakątku świata.  Założycielką  Mahalo jest mieszkanka  Kauai, jednej z hawajskich wysp. Wszystkie kosmetyki wytwarzane pod szyldem Mahalo są wytwarzane ręcznie. Do tego firma jest w pełni niezależna, począwszy od znajdowania składników, tworzenia olei czy wstępne mieszanie kosmetyków, to wszystko robi we własnym zakresie. Właścicielka Mahalo często pokazuje się na Instagramie, polecam Wam obejrzeć Instastory, być może i Wy wczujecie się w ten hawajski klimat :)
Produkty Mahalo, określiłabym mianem luksusowych. To czym wyróżnia je na tle innych to, to że tworzy produkty łącząc starożytną wiedzę z nowoczesnymi technologiami, gwarantując przy tym wysoką skuteczność w na przykład zwalczaniu stanów zapalnych skóry czy zapobieganiu przedwczesnemu się jej starzeniu.
Każdy z produktów Mahalo inspirowany jest inną hawajską wyspą, właścicielka stara się także aby dany produkt zawierał składnik pochodzący z danej wyspy.
Na pewno wyjątkowo prezentują się opakowania, które są w pełni bambusowe. Wyglądają na prawdę wspaniale na łazienkowej półce, choć z uwagi na materiał nie służy im zbyt wilgotne powietrze.
Testowanie marki zaczęłam oczywiście od zakupu produktu oczyszczającego. The Unveil to skoncentrowany balsam oczyszczający, zawierający na prawdę całe mnóstwo wspaniałych, naturalnych i dobroczynnych dla skóry składników. Może być używany zarówno do demakijażu jak i drugiego mycia. Decydując się na jego zakup, wiedziałam, że będę go raczej używać w tym drugim celu. Na prawdę szkoda, tak fantastyczny pod względem składu produkt przeznaczać do rozpuszczania tuszu czy podkładu.
Po otwarciu wieczka ukazuje nam się zielony balsam, dość szybko reagujący na ciepło naszych dłoni a w kontakcie z wodą zmieniający się w przyjemną emulsję, bez problemu zmywającą się wodą. Ten balsam, będzie świetny dla osób zaczynających przygodę z oleistymi formułami, jest niezwykle lekki, jedwabisty, nie pozostawia żadnej tłustej powłoki. Genialny!
Pisałam wcześniej o znakomitym składzie, czas powiedzieć więc coś więcej. Balsam zawiera tylko te oleje, które "współgrają ze skórą" a także enzymy roślinne i witaminowe, bogate w przeciwutleniacze, na punkcie których mam ostatnio małą obsesję. Na pierwszy i najważniejszy plan wysuwa się tu ekstarkt z zielonej herbaty, bogaty w te właśnie składniki a także flawonidy, które pobudzają produkcję kolagenu i odpowiadają za poprawę jej jędrności. Mówi się o tym, że produkty zawierające ekstrakt z zielonej herbaty wpływają na zmniejszenie uszkodzeń słonecznych. Produkt zawiera także mój ulubiony składnik czyli masło z avocado, bogate w witaminy A, B,E, a także znany w walce z problematyczną cerą olej tamanu. W bogatym składzie balsamu znajdziemy także składniki działające delikatnie złuszczająco, jak ekstrakt z wierzby czy papai. Właśnie dlatego nie używałabym go do demakijażu oczu. Raz, że można nabawić się podrażnień a dwa produkt, będzie świetnie się sprawdzał w drugim myciu.
Balsam doskonale oczyszcza, odświeża, rozpromienia cerę bez uczucia ściągnięcia czy zaczerwienień. Uwielbiam stosować go szczególnie rano, jest świetną bazą pod dalszą bogatą w antyoksydanty pielęgnację a także lekki makijaż.
Pomimo, małej pojemności bo jest to tylko 50ml, produkt jest nadzwyczaj wydajny, do umycia buzi wystarczy niewielka porcja.
Jedyne co mi w nim nie pasuje, to jego zapach, kompletnie się nie zgraliśmy. Połączenie Matcha, z tymi wszystkimi olejkami i ekstraktami nie pasuje mojemu nosowi. Na szczęście mam wrażenie, że wraz z czasem ten zapach jest mniej intensywny.
Kolejnym jego minusem jest cena, która wynosi 57 funtów. Oczywiście jest to wartość względna, dla każdego "drogo" może co innego oznaczać. Byłabym skłonna tyle wydać ponownie, gdyby produkt nie budził we mnie żadnych negatywnych zastrzeżeń. Niestety w przypadku zapachu, nie jestem mu w stanie dać drugiej szansy. Nie przekreślam jednak marki zupełnie, mam ochotę na maski :) . Produkt kupiłam na Alyaka.

Znacie ten produkt?

Ściskam. Iwona.

wtorek, 5 września 2017

Ulubieńcy sierpnia.

Ulubieńcy sierpnia.

Witajcie,

To był na prawdę fajny miesiąc, bo mogliśmy równy tydzień pobyć razem, powygłupiać się, pojeść i pozwiedzać. Ileż to lepiej z tymi wspomnieniami wejść w zbliżającą się nieuchronnie jesień:)
To tyle, ogólnie oczywiście co u mnie. Chcecie wiedzieć więcej? W takim razie zapraszam na mój Instagram (kliknij profil) tam dzieje się więcej. A teraz pozwólcie, że skupię się na kosmetycznych ulubieńcach miesiąca. Będzie coś do twarzy i do włosów.

Co+Wash, tajemniczo brzmiąca nazwa to nic innego jak skrót od Conditioner i Wash. Joico,  proponuje więc połączenie produktu myjącego i odżywki a wszystko to zamknięte w formie pianki. Bardzo lubię mycie odżywką, bo jest to dobra alternatywa dla stosowanych zazwyczaj pojedyńczo produktów. Włosy myję codziennie, zawsze to jakaś oszczędność czasu. Wybrałam wersję dla włosów kręconych i suchych, do wyboru są jeszcze dwie inne: dla włosów przesuszonych i szorstkich a także farbowanych. Pianka wyjątkowo dobrze rozprowadza się na włosach i po spotkaniu z wodą, daje delikatną pianę. A ta doskonale myje włosy i skórę głowy z nadmiaru sebum czy środków do stylizacji. Włosy są przy tym wspaniale nawilżone i miękkie. I co niezwykle istotne w moim przypadku, produkt nie obciąża włosów. Pamiętajcie, że to odżywka proteinowa, a te nie służą każdemu, a jeśli służą nie należy ich stosować zbyt często. Dwa razy w tygodniu zupełnie wystarczy. 

Czuję ogromny dyskomfort, jeśli nie mam w pobliżu żadnego spreju, który nadał by moim włosom objętość.Wilgotne powietrze w Kornwalii sprawia, że włosy szybko stają się przyklapnięte. Ratuję się więc jak mogę.  Kerastase Styling Couture VIP Volume In Powder, czyli puder w spreju. Genialny wynalazek! Lekki puder, który rozpylamy za pomocą precyzyjnego dyfuzora wspaniale unosi włosy u nasady. Jest przy tym lekki i niewyczuwalny, mówiąc kolokwialnie nie daje efektu kasku, jak ma to miejsce w przypadku wielu sprejów teksturyzujących. Włosy są nadal elastyczne i miękkie. Puder nie zostawia białych śladów, łatwo go wyczesać. W zasadzie w każdym miesiącu testuję jakiś sprej, Kerastase to mój zdecydowany ulubieniec ( 250ml/ około 70zł).

Beauty Eliksir Caudalie, czyli woda inspirowana eliksirem młodości Królowej Węgier jest już na rynku 20 lat. Z tej okazji, firma postanowiła uraczyć klientów specjalnym świątecznym opakowaniem, skład pozostawiając oczywiście bez zmian. Uwielbiam ten produkt za zapach, za to jak wspaniale odświeża, zwęża pory i nadaje cerze lekkiego glow. To idealny produkt do odświeżania w ciągu dnia. Po więcej szczegółów zapraszam Was do posta, który napisałam jakiś czas temu (czytaj recenzja Beauty Elixir) .

Ostrzę ząbki na nowości, które lada moment do mnie zawitają z The Ordinary a tymczasem używam to co mam. A mam już całkiem niezłą gromadkę. The Buffet to powinien być przyjaciel każdej dziewczyny, która stosuje pielęgnację przeciwzmarszczkową. Mam dwa rodzaje produktów peptydowych z The Ordinary. Buffet zdecydowanie przoduje jeśli chodzi o konsystencję, wchłanianie jak i zachowanie na skórze. Ma też najbardziej zaawansowany skład, łączy w sobie kilka kompleksów peptydowych. Wśród nich Matrixyl 3000, najdroższy peptyd stosowany w kosmetyce. Jego działanie polega na stymulowaniu różnych komórek do produkcji elastyny i kalogenu. Pozwala znacznie zminimalizować oznaki starzenia. Jego działanie porównuje się do retinolu, z tą różnicą, że Matrixyl nie powoduje żadnych skutków ubocznych. Prócz peptydów serum zawiera aminokwasy, kwas hialuronowy a także probiotyki. Prawdziwa petarda!  Genialnie napina i ujędrnia skórę. ( 30ml/69zł)

A co Was zachwyciło w sierpniu?

Ściskam. Iwona.

sobota, 2 września 2017

Najlepsza maseczka głęboko oczyszczająca. Clay&Tea Tree Treatment Mask/Bloomtown Botanicals.

Najlepsza maseczka głęboko oczyszczająca. Clay&Tea Tree Treatment Mask/Bloomtown Botanicals.




Początkiem historii marki Bloomtown Botanicals była wyprawa dwójki jej założycieli, którzy prywatnie są parą do Indonezeji. Spędzili tam dwa lata, obserwując z jednej strony piękno krajobrazu a z drugiej postępującą dewastację środowiska naturalnego, spowodowanego wydobyciem ropy naftowej bez zasad i poszanowania krajobrazu. Z uwagą przyglądali się także uprawom oleju palmowego, którego ogromne  plantacje jak pewnie wiecie powstają po spaleniu wcześniej ogromnych połaci lasów deszczowych wraz często rzadkimi już gatunkami zwierząt i roślin. Przygotowując tego posta natknęłam się na badania mówiące o tym, że w 2009 roku ponad 40 na 100 najlepiej sprzedających się produków spożywczych miało olej palmowy . Część wielkich koncernów odchodzi powoli na szczęście od jego wykorzystywania lub też deklaruje, że ma go ze źródła szanującego przyrodę.
Ogrom produktów zawierających nie tylko olej palmowy ale i inne składniki, w tym pochodne ropy naftowej tak przeraził założycieli, że postanowili iż sami będą tworzyć kosmetyki, na zasadach przyjaznych środowisku i zdrowiu człowieka. Nieźle nie? Jako miejscówkę wybrali sobie oczywiście Kornwalię.  Wszystkie kosmetyki wychodzące spod szyldu marki nie są testowane na zwierzętach na żadnym etapie produkcji. Część produktów zawiera etycznie zbierany wosk pszczeli, ale jak czytamy na stronie składnik ten będzie wykorzystywany tylko do końca 2017 roku. 
Bloomtown Botanicals jasno i czytelnie opisuje każdy swój produkt, jego działanie i właściwości unikając bezzensownych haseł czy wprowadzających w błąd marketingowych haseł. Kupili mnie, nie tylko dlatego że są z Kornwalii, cała ich filozofia brzmi sensownie. Ceny także nie są z kosmosu. Brać, brać!
Mam cztery produkty Bloomtown Botanicals, w tym dwie maseczki. Dziś o jednej z nich. To jest mówię Wam, petarda jeśli chodzi o maseczki oczyszczające. Black Clay &Tea Tree Treatment Mask zawiera wszystkie te składniki, które są pomocne w pielęgnacji cery cery tłustej czy trądzikowej. Tak aby po pierwsze oczyścić pory, po drugie regulować sebum i  po trzecie działać antybakteryjnie. Maska oparta jest na glicerynie roślinnej, dzięki czemu nie zasycha jak inne maski glinkowe a dzięki wyjątkowo małej cząsteczce gliceryna działa na skórę nawilżająco. Glinka biała, węgiel, probiotyki, ekstrakt z drzewa herbacianego, ekstrakt z białej wierzby, olejek z owoców cytrusowych, olejek z drzewa cedrowego, jodłowego, sosnowego,olejek z liści rozmarynu. Brzmi jak bajka, jest wszystko co lubię w walce z niedoskonałościami. Na szczęście to nie bajka, już nie muszę sama mieszać i kombinować, mam gotowy wspaniały produkt. Maska już po otwarciu słoika pokazuje, że będzie moc. Aromat jest dosyć mocny, mnie on nie przeszkadza.
Maskę nakładam z ogólnie przyjętym schematem, czyli na oczyszczoną buzię. Plus pierwszy, nie zastyga, nie spływa, mogę swobodnie wykonywać inne domowe czynności (budząc respekt dzieci, bo wyglądam jak Zombie). Plus kolejny, po zmyciu na prawdę widać różnicę: zamknięte pory, wygładzona, rozjaśniona cera. Wszelkie niedoskonałości czy niespodzianki w ciągu kolejnych godzin ulegają złagodzeniu. Maska rzeczywiście głęboko oczyszcza i o dziwo zupełnie nie przesusza. Oczywiście cerom suchym zalecam wcześniejsze jej przetestowanie lub użycie maski Bloomtown Botanicals do ich typu cery.
Maska, która kosztuje 12 funtów za 60 militrów i wystarcza na około 30 użyć i pobiła wszystkie dotychczasowe tego typu produkty. Nie opłaca mi się robić własnych mieszanek, mam produkt doskonały. Mogłabym ją porównać z Dark Angel Lush, ale tamta ma mniej komfortową konsystencję. (sklep)

Chętnie poznam, Wasze ulubione maseczki oczyszczające.

Ściskam. Iwona



wtorek, 29 sierpnia 2017

Podkład za mniej niż 30 złotych/ Serum Foundation. The Ordinary.

Podkład za mniej niż 30 złotych/ Serum Foundation. The Ordinary.



Wszyscy zdążyli ochłonąć po zamieszaniu jakie zafundowało The Ordinary produktami do pielęgnacji kiedy to gruchnęła wiadomość o zamiarze wprowadzenia produktów do makijażu, czyli podkładów. Spekulacje i domysły co to będzie, jak to będzie a przede wszystkim każdy zastanawiał się czy uda się zrobić dobry podkład za mniej niż 30 złotych nie miały końca. To przecież  taniej niż niejeden drogeryjny produkt. Do tematu podeszłam z lekką rezerwą i nie zapisałam się na listę powiadamiającą o dostępności. Podobno było na niej 50 tysięcy zainteresowanych, po uruchomieniu sprzedaży na całym świecie zrealizowano grubo ponad 250 tysięcy zamówień. Postanowiłam spokojnie czekać na opinie o produktach, nie polegając jedynie na recenzjach pochodzących z współprac.
Jak zwykle The Ordinary do tematu podszedł profesjonalnie dając swoim klientom dwa rodzaje produktów : kryjacy ( Coverage Foundation) i lekki (Serum Foundation). Mamy więc produkty o właściwościach, które jako pierwsze bierzemy przy wyborze podkładu. 
Dla siebie wybrałam oczywiście wersję lżejszą, czyli Serum Foundation. Z wyborem odcieni, nawet jeśli nie mamy słoczy nie ma myślę problemu. Podkład występuje aż w 21 odcieniach podzielonych logicznie na kategorie ( jasny, ciemny, średni) a także podcienie ( żołty, neutralny, różowy). Dodatkowo każdy odcień jest dosyć dokładnie opisany.  Gdyby jednak nie udało się komuś trafić z kolorem, można je dowolnie mieszać. Przy tej cenie, to na prawdę nie boli. 
Jeśli uda nam się wybrać kolor, problemem pozostaje nadal dostępność. W Anglii polecam Wam zamawiać Victoriahelath, bo mają najlepszą ofertę jeśli chodzi o koncern Deciem, najszybciej pojawiają się nowości, za 2,50 funta ( powyżej 30funtów przesyłka free) macie też szybką przesyłkę. Tak więc z moich kalkulacji wynikało, że powinnam zamówić odcień 1.2 N, którego z chyba z racji, że jest opisywany jako neutralny odcień w żółtej tonacji, ciężko ustrzelić i kupić od razu. Wtedy to skierowałam wzrok ku 1.2YG z dodatkowo złotymi tonami. I to był strzał w dziesiątkę. Nie, nie żadnych złotych drobinek (pamiętacie starą wersję Rimmel Wake me Up? to nie to!), a jedynie piękna poświata, bardzo bardzo subtelna. W pierwszym momencie szczerze mówiąc nawet jej nie zauważyłam. Dopiero gra światła, pokazała jak pięknie ten kolor wygląda. Delikatny, cudowny blask. 
Podkład dostajemy w plastikowej, miękkiej butelce z  pompką. Nie przeszkadza mi to zupełnie, nie jestem kolekcjonerką podkładów, normalnie trzymam je w koszyku. Plastikowa, mała buteleczka świetnie sprawdzi się na wyjazdach. Ileż to razy drżałam, czy rzucona walizka do samolotu nie spowoduje zbicia się buteleczki z podkładem. Jedyne co może przeszkadzać, to pompka z czarnego, matowego tworzywa, która szybko chwyta zabrudzenia. 
Serum Foundation, to rzeczywiście bardzo lekka, wodnista konsystencja. Nie spodziewałabym się po nim właściwości serum, nazwa odnosi się konsystencji. Nie miałam bardziej wodnistego podkładu. Mogłabym go porównać do Vitalumiuere Aqua Chanel (czytaj, recenzja).   Nie znajduję takiego odpowiednika wśród drogeryjnych podkładów, przynajmniej ja takiego nie miałam.
Podkład jest lekki ale zaskakująco dobrze napigmentowany. Pierwsza warstwa bardzo dobrze wyrównuje koloryt, kryje drobne naczynka, wyraźnie upiększa cerę. Na problemy grubszego kalibru, pryszcze czy blizny trzeba produktu dołożyć. Efekt jaki uzyskamy daje cały czas naturalne wykończenie. Nakładam go zawsze Beuatyblenderem, wpadłam w sidła gąbeczki i używam jej zawsze do makijażu. 
Serum Foundation to jest produkt, który wygląda po prostu dobrze na buzi. The Ordinary nie obiecuje cudów, wielkiego glow, nienaturalnego wyglądu. Jeżeli komuś będzie brakować efektów specjalnych polecam użyć pudru wykańczającego.  Ja używam najczęściej Hourglass (czytaj, recenzja Hourglass Ambient Light Powder) , który jak wiecie moim ulubieńcem nie jest, ale z tym podkładem wygląda zaskakująco dobrze.
Oczywiście podkład wygląda najlepiej na skórze nawilżonej ale nie natłuszczonej. Idealnie współgra z Lush Enzymion ( czytaj, recenzja) . Czytałam opinie, że podkład słabo odbija światło, spróbujcie koniecznie odcienia ze złotym rozświetleniem. Przepięknie wygląda, na prawdę zbieram komplementy :).
Nie spodziewałam się pod podkładzie za tak niewiele, tak wiele. A powinnam, bo The Ordinary z reguły mnie nie zawodzi. Uważam, że  drogeryjne podkłady zostawił daleko w tyle a i luksusowe marki powinny  poczuć konkurencję na plecach.

Ściskam. Iwona. 

czwartek, 24 sierpnia 2017

Pasta do mycia twarzy. Jedyna taka/ Fresh&Natural.

Pasta do mycia twarzy. Jedyna taka/ Fresh&Natural.




To był produkt z cyklu "muszę to mieć". Produkty myjące to mój konik, uwielbiam testować, poznawać, delektować się składami, zapachami, konsystencjami. Pasta myjąca Fresh&Natural zainteresowała mnie w szczególności, bo to pierwszy produkt oczyszczający o zwartej konsystencji, który bez problemu emulguje się z wodą, na polskim rynku. Czekamy na więcej.
Czy polecam?Tak, tak! Jeśli chodzi o właściwości, użyte składniki, działanie to bardzo dobry zawodnik, który śmiało może konkurować z produktami marek zagranicznych, często kilkukrotnie droższych. Połączenie olei z delikatnymi detergentami pozwoliło uzyskać świetny produkt doskonale radzący sobie z zanieczyszczeniami (brudem, makijażem, sebum) skóry i przywracający jej prawidłową równowagę. Fresh&Natural podszedł do tematu profesjonalnie i w produkcie znajdziecie wspaniały wachlarz składników zapewniących skórze równowagę. Mamy tu masło shea, masło kakakowe, dbające o natłuszczenie cery a także skłądniki,które szczególnie lubię w kosmetykach, czyli te działające przeciwbakteryjnie i przeciwzapalnie jak: olejek z drzewa herbacianego, olejek z szałwii, melisy, jodły czy olejek z cytryny. I to ten ostatni wpływa moim zdaniem najbardziej na zapach pasty. Szczerze mówiąc wolałabym tu nuty melisy, szałwii czy mięty :D. 
Pasta ma dosyć plastyczną konsystencję, przed jej użyciem należy ogrzać niewielką ilość w dłoniach a następnie wykonać masaż, jak w przypadku innych tego typu produktów. Resztki makijażu oczu i twarzy, sebum, zanieczyszczenia? Możecie je pożegnać a przywitać odświeżoną, oczyszczoną, delikatnie rozjaśnioną buzię, przygotowaną do dalszych zabiegów pielęgnacyjnych. To produkt, który nie narusza warstwy hydrolipidowej skóry, nie pozbawi skóry naturalnej ochrony i nie pobudzi gruczołów łojowych do nadmiernej produkcji sebum. 
Pasty używam we wszystkich możliwych kombinacjach, do demakijażu, do drugiego oczyszczania a także oczyszczania rano. W każdym z nich sprawdza się wyśmienicie. Nie powoduje podrażnień, nie wysusza nie powoduje powstawania niedoskonałości. Za duży atut uważam, to że znakomicie łączy się z wodą dzięki temu bez problemu można ją zmyć. Żadnych nieprzyjemnych powłoczek czy warstewek. 
Pasta Fresh& Natural do doskonały zawodnik, w swoim przedziale cenowym ciężko szczególnie na zagranicznym rynku znaleźć coś podobnego.
Polecam! A Wy?  ( 150ml, 39,90 zł lub 12,99 funta Ecoeuphoria)

sobota, 19 sierpnia 2017

Stralight. Krem na noc/ Lush Botanicals.

Stralight. Krem na noc/ Lush Botanicals.




Lush Botanicals to  świat w którym do głosu dopuszczone są tylko składniki naturalne, to idealny świat, dla tych którzy nie godzą się na substancje chemiczne dodawane do kosmetyków, którzy nie wierzą w sprytny marketing wielkich koncernów, którzy obiecują cuda a aktywne składniki umieszczają w minimalnej, nieefektywnej ilości. Lush Botaniclas tworzy bez ściemy, wczytując się w skład, czy to na początku czy w środku czy wreszcie na końcu, nie znajdziemy substancji uznawanych za szkodliwe dla zdrowia, czy gospodarki hormonalnej naszego organizmu. Są za to same roślinne ekstrakty, absoluty, wody roślinne, zimnotłoczone masła i olejki eteryczne. O nie, nie to nie są produkty o prostych, minimalistycznych składach. Wszystkie one mają bogate, rozbudowane formuły. Dech zapiera! 
Pamiętajcie, że wszystkim produktom Lush Botanicals najlepiej mieszka się w lodówce. Niska temperatura wraz ze szkłem Miron Violet Glass zapewnią im świeżość i bezpieczeństwo, przez całe 10 tygodni. Ze względu na brak konserwantów, termin ważności produktów jest bardzo krótki, zapewniam Was jednak, że po użyciu Lush Botanicals odstawicie wszystko inne. 
Moja lodówka mieści obecnie dwa produkty Lush Botanicals, jest jednak pojemna i chętnie przyjęłaby więcej. Niestety sklep Lush Botanicals i mój dom dzieli zbyt duża ilość kilometrów, abym mogła je kupić i bezpiecznie przesłać. Krem pod oczy Stardust Eye Cream znalazł się w ulubieńcach lipca (czytaj, ulubieńcy lipca), za jakiś czas poświęcę mu na pewno dłuższy wpis. Tymczasem dzisiaj zajmę się kremem na noc Stralight, bo pielęgnacja nocna jest niezwykle ważna. Nasza skóra regeneruje się po całym dniu, potrzebuje składników, które ją odżywią, nawilżą, pobudzą do działania. Produkty na noc muszą więc być bogate w składniki ( nie mylić z tłustymi maziami). Krem Starlight powstał na bazie wody pomarańczowej, zawiera dużą dawkę antyoksydantów, witamin, minerałów a także kwas hialuronowy, witaminę E i witaminę B5. Czego tu nie ma: olejek z pestek jabłek, olejek z pestek kiwi, olejek z pestek opuncji, olej z pestek żurawiny, olejek z pestej jojoba, ekstrakt z listków róży stulistnej, z owoców granatu, figi, truskawki, jeżyny czy grejpfruta. Na prawdę, minimalizm składowy w przypadku tego produktu nie wchodzi w grę :). Krem przepięknie pachnie, cytrusowymi nutami. Tak, to jest dosyć treściwa konsystencja, na szczęście dosyć szybko się wchłania. Moja skóra dosłownie go pije. Wklepany jako ostatni krok w pielęgnacji, czy to po kwasach czy moim ulubionym serum Buffet The Ordinary, dokarmia skórę w czasie nocy, odżywia, nawilża i ujędrnia. Mam odwodnioną cerę, na noc potrzebuję więc treściwych kremów, aby pomóc jej w przywróceniu równowagi. Moja dosyć kapryśna cera, nie reaguje histerycznie na ten krem. Żadnego pogorszenia cery po stosowaniu tego kremu nie odnotowałam. Porcja chłodnego kremu z lodówki wklepana w buzię, szyję i dekolt gwarantuje dobrą noc!  (50ml, 195zł, kupicie tu)
Znacie produkty Lush Botanicals?
Ściskam.Iwona.

piątek, 18 sierpnia 2017

Tonik nawilżający/Resibo.

Tonik nawilżający/Resibo.



Siegając po kolejny produkt Resibo (czytaj, recenzja olejku do demakijażu) byłam przekonana, że otrzymam produkt oparty na naturalnych składnikach, łączący klasyczne receptury wraz z najnowszymi technologiami. Wszystko po to aby uzyskać produkt jak najbardziej skuteczny i "zdrowy", bo stworzony aby był bezpieczny dla skóry a także z poszanowaniem środowiska, które nas otacza. Nie sądziłam jednak, że kupując tonik będzie aż tak dobrze!. Minimalny, ale przemyślany od początku do końca skład, pozwolił uzyskać produkt o maksymalnych efektach. 
Tonik to dla mnie istotny produkt w pielęgnacyjnej rutynie, nigdy go nie pomijam, nie godzę się na byle jakie produkty. Na szczęście co raz więcej osób docenia, że dobry tonik może robić robotę a wielu producentów, robi świetne produkty.
Tonik-mgiełka Resibo może poszczycić się znakomitym składem. Zawiera wodę różaną, wodę pomarańczową (uzyskiwaną z kwiatów które dopiero zaczęły kwitnąć, lub pąków), ekstrakt z nasion dyni, wyciąg z korzenia rabarbaru a także kwas hialuronowy. Z połączenia tychże składników otrzymujemy produkt, który ma właściwości przeciwzapalne, przeciwobrzękowe a także silnie nawilżające. Toniki to moja słabość, testuję ich całe mnóstwo, ale to Resibo plasuje się w ścisłej czołówce. Ma skład, który rzeczywiście działa, nie tylko wspaniale odświeżając ale i nawilżając cerę.  Jego właściwości i działanie mogłabym porównać do słynnych korańskich esencji. Produkt, przez to, że zawiera kwas hialuronowy, jest trochę gęstszy niż tradycyjne toniki. Moją ulubioną metodą aplikacji jest, wylanie niewielkiej ilości w zagłębienie dłoni a następnie delikatne wklepanie w twarz. paamietam także, aby wklepać ją także w okolice oczu, bo woda różana ma wspaniałe właciwości przeciwobrzękowe. Staje się ona momentalnie ukojona, nawilżona, napięta a przy tym produkt wspaniale pachnie, zapewniając mały relaks. Jego używanie jest prawdziwą przyjemnością, nie tylko koi zmysły, ale i oczyszcza, odświeża i łagodzi podrażnienia . Mamy lato sporo przebywam na plaży, słońce i wiatr, sprawiają, że cera potrzebuje dawki porządnego nawilżenia. Po dokładnym jej oczyszczeniu, to właśnie ten tonik jest pierwszym krokiem aby odzyskała równowagę. W kolejnym kroku bardzo lubię nałożyć kojącą maskę REN (czytaj recenzję).
Nasze spotkanie z tonikiem Resibo dobiega powoli końca, będzie powtórka. Rzadko zdarza się tak udane połączenie składu, który jednocześnie daje tak zauważalne efekty (150ml/ 10,90 funta kupisz Tu, lub 49zł kupisz tu

Znacie ten produkt Resibo? ciekawa jestem Waszych typów odnoście ulubionych toników.

Ściskam.
Iwona
 



niedziela, 13 sierpnia 2017

Kojąca maska do twarzy. Evercalm Ultra Comforting Mask. REN

Kojąca maska do twarzy. Evercalm Ultra Comforting Mask. REN




Nie wyobrażam sobie pielęgnacji bez maseczek. Uważam, że każdy rodzaj cery ich potrzebuje, nie jestem za to zwolenniczką lansowanej w internecie częstotliwości ich nakładania. Codzienne maseczkowanie, może przynieść więcej złego niż dobrego. Przerobiłam to na sobie, zadowalających efektów nie uzyskałam, raczej nie wrócę do tego schematu. Równie istotny jak częstotliwość jest rodzaj nakładanej maseczki. Te głęboko oczyszczające mimo, tego że mam problematyczną cerę, więc ich częste nakładanie kusi, nakładam rozsądnie, raz do dwóch razy w tygodniu. Staram się zapewnić równowagę cerze, nawilżam ją i koję, bo bywa odwodniona. Evercalm Ultra Comforting Rescue Mask REN, nadaje się do tego celu idealnie. Sięgając pamięcią do moich dotychczasowych doświadczeń z maskami związanych, stwierdzam, że nie miałam bardziej kojącej i komfortowej maski. 
W masce zastosowano po raz pierwszy jeśli chodzi o produkt kosmetyczny oryginalny ekstrakt z białych grzybów, który Uwaga! odstresowuje skórę poprzez blokowanie sygnałów bólowych i zapalnych do mózgu. Serio?! Brzmi nadzwyczaj poważnie ale sorry REN, mnie to nie kupuje. 
Pomijając ten slogan, maska ma porządny skład na bazie tylko naturalnych składników, bez substancji niepożądanych. Jej zapach jest w stu procentach naturalny. 
Evercalm uwielbiam, za jej jedwabistą, kremową konsystencję, która już w momencie zetknięcia się z palcami sprawia wrażenie niezwykle delikatnej. Nakładając ją na twarz czuję jak bym nakładała na buzię opatrunek. Jej właściwości sprawiają iż jest idealna dla cer zaczerwienionych, podrażnionych słońcem czy spierzchniętej wiatrem. Cery suche a także narażone na zmiany czasu czy stres będą równie zadowolone. 
Maseczkę nakładam w zależności od potrzeb, cienką warstwą na buzię. Producent mówi o pozostawieniu jej na 10 minut, ja często robię to dłużej. Następnie usuwam pozostałości przy pomocy wacika nasączonego nawilżającym tonikiem (polecam Wam tę metodę!). A potem, no cóż, jest wspaniale. Cera jest ukojona, aksamitnie miękka, nawilżona, gładka. Jej koloryt zostaje delikatnie wyrównany i zyskuje ona na promienności. Maska REN to mój nieodłączny element pielęgnacji po dniu spędzonym na plaży. Słońce, wiatr, duże ilości filtrów sprawiają, że cera zaczyna kaprysić. Maska pomaga mi wrócić do jako takiej równowagi. Nakładam ją zawsze wtedy, gdy mam ciężki stresujący dzień, zmęczona cera to uwielbia.
Bardzo Wam polecam ten produkt ( Galilu, 199zł, lookfantastic 28 funtów)

Ściskam. Iwona
 

środa, 9 sierpnia 2017

Rapid Radiance Cleanse. Żel/Maska. Sarah Chapman

Rapid Radiance Cleanse. Żel/Maska. Sarah Chapman


Tym z Was, które śledzą rytuały pielęgnacyjne na Intagramie, produkty Sarah Chapman ukazały się nieraz. Tym z Was, którym umknął ten temat powiem, że Sarah To angielska kosmetolog z wieloletnim doświadczeniem, która zaczęła robić kosmetyki. Robi to na naprawdę najwyższym poziomie. Produkty te bogate są w dużo substancji aktywnych, naturalnych olejków, ekstraktów gwarantuje to efektywne działanie  i zadowolenie wielu.  Do tematu Sarah podchodzi profesjonalnie, każdy produkt opatrzony jest filmikiem na temat jego właściwości i zastosowań.
Jeśli chodzi o produkty myjące w ofercie marki znajdziemy dwa rodzaje. Pierwszy z nich to bardzo popularny balsam Ultimate Cleasner, któremu na pewno kiedyś poświecę kilka chwil na blogu. To produkt powiedziałabym uniwersalny, niezwykle delikatny i przyjemny, dostosowany w zasadzie do każdego typu cery. Dzisiaj natomiast zajmę się innym produktem oczyszczającym od Sarah czyli Rapid Radiance Cleanse. To żel ukierunkowany na konkretne potrzeby skóry: czyli głębsze oczyszczanie i delikatne złuszczanie. Będzie więc znakomitym rozwiązaniem dla problematycznych, szarych, zmęczonych cer. Bezproblemowe też oczywiście nie będą zawiedzione, wszak każda cera złuszczenia potrzebuje. 
Rapid Radiance Cleanse to mądrze przemyślna formuła na bazie zielonej glinki, która jak wiem doskonale oczyszcza, wyciąga zanieczyszczenia, jest niezwykle pomocna w przypadku pielęgnacji cer problematycznych. Z innych ciekawych składników, które uwielbiam a które produkt ten zawiera jest kwas salicylowy, świetny na niedoskonałości, to ten kwas który ma bardzo małą cząsteczkę, dzięki czemu świetnie penetruje skórę i naprawdę szybko mierzy się z niedoskonałościami. Jest tu także kwas mlekowy. Oczywiście gdyby żeby żel bazował na tylko tych składnikach, mógłby wysuszać. Równowagi tym składnikom dodają witaminy (C i E)  i olejki z neroli, geranium czy bergamotki, dla uspokojenia skóry, nadania jej blasku i w efekcie przywrócenia lepszego wyglądu.
Muszę zatrzymać się przy zapachu. To niezwykła ziołowa, odprężająca mieszanka. Moje klimaty, jeśli jednak to ziołowe, swojskie i przy tym dość intensywne nie pasują Waszemu nosowi, nie zaiskrzy między Wami. Wiem sama po sobie, zapach to bardzo ważna dla mnie część produktu, i bywa że znakomite właściwości produktu przeszkadzają mi tak bardzo, że trudno wystawić mi pozytywną notę ogólną.
Żel nadaje się drugiego oczyszczania wieczorem lub też o poranku. Tutaj Sarah ma radę, sugeruje nałożyć produkt na skórę i potrzymać ją na buzi w czasie kiedy myjemy zęby. Zastosowanie produktu jako maski sprawi, ze wszystkie składniki aktywne będą miały szansę wniknąć w skórę i pokazać lepszy wygląd cery. Niezależnie jak stosuję ten czyścik, nie wysusza on skóry, nie podrażnia. Znakomicie oczyszcza, rozjaśnia i rozpromienia skórę. Pory są mniej widoczne a niedoskonałości ukojone. Tak przygotowana skóra lepiej przyjmie dalszą pielęgnację.  
Uwielbiam ten produkt, każda miłośniczka przemyślanej, zrównoważonej pielęgnacji powinna go spróbować :) ( 33 funty/100ml) 

piątek, 4 sierpnia 2017

Ulubieńcy lipca.

Ulubieńcy lipca.



Kolejny wpis z ulubieńcami, tym razem będzie to pochwała polskich produktów i polskich marek, którym mimo zmiany kraju i dostępu do niezliczonej ilości nowości, nadal i niezmiennie kibicuję. Kibicuję też wszystkim dziewczynom, które zdecydowały się tu prowadzić swoje sklepy z polskimi kosmetykami właśnie. Rynek to potężny ale i konkurencja duża. Cieszę, się że Resibo, Iossi i inne marki mogę kupić na terenie Anglii. 
Zacznijmy podsumowanie lipca.

Pasta myjąca Fresh& Natural, to moje największe odkrycie i pozytywne zaskoczenie ubiegłego miesiąca. Chłopaki i Dziewczyny jeżeli szukacie porządnego balsamu myjącego o dobrym składzie i normalnej cenie ( 39,90). Nie wahajcie się, bierzcie Fresh& Natural w ciemno! Produkt zapełnił lukę, bo tego typu produktów polskie marki kosmetyczne dotąd nie stworzyły ( chyba, że o czymś nie wiem, to sorry). Bo co to za sztuka, zrobić mieszanki olejków do demakijażu? moim zdaniem żadna, wiele firm to robi. Konsystencja idealnie nazwana, co w przypadku wielu produktów nie zawsze jest oczywiste. Produkt nadaje się do demakijażu jak i drugiego oczyszczania. I tak go używam, w zależności od humoru. Muszę się spieszyć, bo produkt ma krótki termin ważności. Boski skład: oliwa z oliwek, olejek z szałwii, olejek z drzewa herbacianego, olejek cytrynowy ( to jego aromat przoduje jeśli chodzi o zapach pasty), olejek jodłowy. Pastę bez problemu można zmyć wodą i cieszyć się czystą cerą (150ml/12,95 funta klik )

Postawię piwo, temu kto mi znajdzie na angielskich półkach drogeryjnych płyn do higieny intymnej a dwa piwa będą za znalezienie takiego o dobrym składzie :D.  No będzie ciężko, tymczasem w oczekiwaniu na Wasze typy znowu udałam się na polską półkę. I mam Delikatny żel do mycia ciała i higieny intymnej Momme. 100% natury na bazie delikatnych środków myjących i prebiotyków dla stymulowania rozwoju tych "korzystnych bakterii " w miejscach intymnych. Przebadany dermatologicznie. Przyjemny, delikatny, myje bez podrażnień. Dba o miejsca intymne i chroni przed infekcjami. I to urocze opakowanie... (8,96 funta, 150ml)

Tonik Resibo, to zarazem nowość jak i ulubieniec lipca.  Na prawdę nie wiem jak mogłam go dotąd nie spróbować. Wspaniała bogata konsystencja i skład. Znajdziemy tu wodę różaną i pomarańczową, ekstrakt z nasion dyni, kwas hialuronowy. To naprawdę przyjemność go używać. Jak on koi, goi to jest bajka. Oczyszcza, odświeża, nawilża. Toniki to moja słabość, a ten znajduje się w czołówce i myślę, że będzie miał zawsze miejsce w mojej łazience. Jedynie mimo różnych kombinacji nie umiem nim zrobić mgiełki. Psikam go na dłoń i nakładam na buzię ciesząc się niezwykle przyjemnym aromatem i właściwościami ( 10,99/150 ml klik)

Dobra to już ostatni polski produkt w tym zestawieniu. Pokarm dla skóry, jak mówi o swoich produktach Ania, właścicielka Lush Botanicals. Mam dwa produkty marki, krem/serum pod oczy Star Dust i krem a noc. Przyznam, że dawno nie miałam w rękach produktów o tak rozbudowanych i pięknych  składach bez konserwantów, syntetyków, chemii i toksyn. Tylko zimnotłoczone oleje, oleje i absoluty. Produkty w większości na bazie wody różanej.  Wszystkie  mają krótki termin ważności i należy je przechowywać w lodówce. Serum pod oczy bogate jest w antyoksydanty, kwas hialuronowy a także ma wysoką zawartość kofeiny, którą uwielbiam za redukowanie obrzęków. Krem ma piękny słodki zapach  manadrynki i różowego lotosu i idealną konsystencję. Nawilża, chroni, uelastycznia i redukuje opuchnięcia. Mój letni hit, który w dodatku dba o moją figurę. Lodówkę mam na dole, łazienkę na górze i zawsze zapominam go zabrać czy to do niej czy z niej :D. ( 30ml/195zł Lush Botanicals).

Miałam już różne formy witaminy C, także te spod szyldu The Ordinary. Ascrobyl Glucoside Solution 12%, to mój ulubiony produkt. Świetny jeśli chodzi o aplikację, wchłanianie i efekty po zastosowaniu. Zaletą tej formy witaminy C jest powolne uwalnianie i możliwość wnikania w głębsze warstwy skóry. Witaminę C uwielbiam, za to jak pięknie rozjaśnia, rozpromienia cerę, spłyca drobne zmarszczki ( używam jej także w okolice pod oczami), zwiększa gęstość i elastyczność cery. To składnik, który zawsze muszę mieć w łazience. Sięgam po niego najczęściej rano. ( 59zł/ 30ml, cosibella) 

I to by było na tyle jeśli chodzi o moich ulubieńców. Wracam, z kolejnymi w przyszłym miesiącu. A jak u Was?

Ściskam. Iwona

środa, 2 sierpnia 2017

Grape Water/ Caudalie.

Grape Water/ Caudalie.



W swojej ofercie prócz eliksiru (klik) naładowanego składnikami celującymi w konkretne potrzeby skóry, Caudalie posiada również Grape Water. Odbiorcą tego produktu może być każdy, kto potrzebuje nawilżenia i ukojenia. Grape Water przypomina trochę apteczne wody termalne, ale wodą termalną ze względu na skład nie jest, choć w działaniu moim zdaniem to podobne produkty, przewaga bardziej nawilżających właściwości wody Caudalie. Woda Caudalie to coś dla tych z Was, które szukają w swojej pielęgnacji nieskomplikowanych składów. A to w połączeniu z jakością i skutecznością jaką daje marka Caudalie tworzy całkiem fajny produkt. 
Woda w stu procentach z winogron została stworzona aby odświeżyć i uspokoić cerę bez wywoływania jakichkolwiek skutków ubocznych. Wytwarzana jest z winogron organicznych, nie zawiera żadnych dodatków ani sztucznych zapachów. To czyste, wspaniałe odświeżenie dla skóry.  
Nie wiem które to już opakowanie tego produktu. Uwielbiam i używam zamiennie z wodami termalnymi właśnie. W przeciwieństwie do nich Grape Water nie ma tego słonawego posmaku. Stosuję ja bez wyjątku o każdej porze roku z naciskiem oczywiście na lato. Nie ma nic bardziej orzeźwiającego i pobudzającego niż mgiełka rozsiana na twarzy chłodną wodą (trzymam ją wtedy w lodówce). Wspominałam już, że Grape Water ma rewelacyjny rozpylacz, otulający buzię? 
Woda ma wielorakie zastosowanie, ja używam jej najchętniej jako kolejny krok po oczyszczeniu buzi celem odświeżenia i pobudzenia, celem nawilżenia a także zniwelowania opuchnięć po nocy. Nie żałuję sobie, psikam konkretnie! Jednym słowem to taka moja baza ku dalszej pielęgnacji. To produkt, który z powodzeniem zastąpi tonik, choć ja często bawię się dalej i tonik po użyciu tej wody nakładam ( szczególnie wieczorem).
Lekko wilgotna skóra lepiej przyjmuje dalszą pielęgnację, czy to będzie serum (szczególnie z kwasem hialuronowym) czy olejki, dlatego woda Caudalie jest świetną bazą do tego typów produków. Ze względu na prosty skład neutralizuję nią także produkty z kwasami, szczególnie tyczy się to wysokich stężeń. To będzie dobra opcja dla wszystkich z Was, które boją się działania takich produktów. Po ich ich użyciu należy psiknąć buzię wodą, kwasy zadziałają łagodniej i zmniejszycie ryzyko podrażnień. 
W prostocie siła! Grape Water jest tego najlepszym dowodem. Idealna, bezzapachowa, estetyczny wygląd, robi to co ma robić. Uwielbiam.

Znacie ten produkt Caudalie?

Ściskam.Iwona.

sobota, 29 lipca 2017

Rouge Coco Shine w odcieniu Boy/ Chanel.

Rouge Coco Shine w odcieniu Boy/ Chanel.






W zamyśle seria Rouge Coco Shine łączyć ma właściwości szminki z błyszczykiem. Będzie to więc lżejsza, bardziej naturalna forma nadania ustom koloru. Zakochałam się w tych świeżych, półtransparentnych kolorach i ich lekkości. Na prawdę ta seria idealnie wpisuje się w moje minimalistyczne pojęcie makijażu. Miękki balsam w formie sztyftu nałożony na usta przyjemnie je otula i zmiękcza. Daje to poczucie, że mam coś na ustach, jednak nie jest to nic rzucającego się w oczy. Są one lekko pokryte kolorem, pięknie mienią się w słońcu. Produkt będzie w moim mniemaniu idealnym rozwiązaniem na lato. 
Długo dumałam jaki odcień wybrać, podoba mi się większość z podstawowej gamy, która co jakiś czas ubogacana jest limitowanymi kolorami. W końcu wybrałam Boy, przepiękny, dzienny z odrobiną różu i brązu odcień. Będzie pasował większości karnacji. 
Konsekwentnie i te szminki utrzymane są w minimalistycznym, eleganckim i luksusowym stylu. Nie będę tutaj zapierać się, że nie robi to na mnie wrażenia. Bo robi!. Niemniej nie dam się pokroić za Chanela, nie jestem bezkrytyczna. Dla mnie szminki i produkty do makijażu nie są wyznacznikiem mojej "zajebistości", próbą dowartościowania się, czy też pomysłem na zły humor. Dla mnie inwestycją są produkty do pielęgnacji, co zresztą widać po recenzjach jakie zamieszczam.
Po dość długim czasie stosowania tego produktu, niestety uważam, że dałam się trochę zwieść sloganom reklamowym.Nie oszalałam na jej punkcie. Ani to dla mnie hit, ani też kit. 
Fajnie, że ją mam, fajnie bo udało mi się kupić neutralny kolor. Efekt nią uzyskuje jest prawie niewidoczny, ale sprawia że to taka kropka nad "i" w makijażu. Wygląda on świeżo i przyjemnie. To taki fajny gadżet do torebki.
Szminka ma niestety kilka słabych stron, co przy tej cenie, przy tej marce moim zdaniem miejsca mieć nie powinno. Po pierwsze trwałość, która jest żadna. Na prawdę nie daję się nabrać na stwierdzenia, że to sprawa indywidualna. Jeśli aplikuję szminkę, nie jem, nie piję, nie oblizuję ust zbyt często, oczekuję że będzie ona trwać na ustach. Tutaj kolor, blask potrafi zniknąć po kilkunastu minutach. Kiepska trwałość wiąże się niestety ze słabą wydajnością, A jeśli dodamy to, że seria ta ma mniejszą pojemność niż wszystkie inne szminki Chanel, robi się nieciekawie. Szminka niestety też nie nawilża i potrafi przesuszać a także nieestetycznie się zbierać. Zdarzyło mi się to wielokrotnie. Nie będzie zatem dobrą opcją na zimę anie upalne lato, kiedy usta potrafią się przesuszyć.
Mimo cudownego koloru, pięknego opakowania i fajnego  wrażenia po jej aplikacji,  dla mnie to jest produkt tylko przeciętny. Nie jest to pomadka warta marzeń, wzdychania ani też ceny jakiej trzeba za nią zapłacić w Polsce ( 169zł, w UK 25 funtów).

Ciekawa jestem Waszej opinii o tej serii pomadek Chanel.

Ściskam. Iwona.