niedziela, 12 listopada 2017

Naturalne serum olejowe z witaminą C/ Clochee.

Naturalne serum olejowe z witaminą C/ Clochee.



Antoksydanty, retinol i fitry to nasza broń przeciw szybkiemu starzeniu się skóry. Jeśli nie po drodze Wam z retinolem czy filtrami, stosujcie antoksydanty. Kwas felurowy, kwas alfa-liponowy, Resweratrol, czy najpopularniejsza witamina C, używam ich naprzemiennie. Mam różne formy i formuły antyoksydantów. Dziś o jednym z nich, dosyć nowym produkcie marki Clochee w formie olejowej, zawierającego między innymi witaminę C, która jak wiemy przy regularnym stosowaniu pięknie rozświetla, nadaje blasku. Jest przy tym idelanym sprzymierzeńcem w walce z przebarwieniami. Źrodłem witaminy C w tym produkcie jest wyciąg z róży pomarszczonej, której stężenie w tej roślinie jest wyjatkowo wysokie. W połączeniu z beta-karotenem zawartym w róży  tworzy mieszankę działająco rozjaśniająco i ożywiająco. Ekstarkt z róży znany jest ze swoich właściwości pomagających w poprawie stanu cery trądzikowej, reguluje produkcję sebum i pomaga szybciej uporać się z nieodskonałościami. Powiedzieć można, że to serum to dobra alternatywa dla produktów  zawierających kwas L-askorbinowy, bardzo niestabilny, szybko utleniający się i co się z tym wiąże nie wykazujący pożądanego działania składnik wielu kosmetyków. Serum to oczywiście nie tylko wyciąg z róży pomarszczonej, to także między innymi bardzo odżywczy i doskonale działający na w zasadzie każdy rodzaj cery olej śliwkowy. Olej ten to przede wszystkim bogactwo kwasów omega-6 i omega-9, które naturalnie występują w skórze i są składnikiem jej płaszcza lipidowego. Stosowany na cery tłuste, trądzikowe pomoże w  regulacji gruczołów łojowych, odblokuje pory i wyciszy cerę. Cerom suchym kwasy Omega poprawią barierę lipidową naskórka, będą chronić przed utratą wilgoci. Generalnie olej śliwkowy i olej malinowy to moje ulubione oleje jesli chodzi o pielęgnację cery. Nie jakieś tam egozotyczne, marula, arganowy tylko właśnie te, nasze polskie. 
Na cenę produktu, która niska nie jest (30ml/145zł) składa się prócz dobrego, naturalnego składu także piękne, niemal luksusowe opakowanie. Na prawdę miło brać je do ręki. Ciemne szkło, smukła buteleczka, moja ulubiona stylistyka. Na prawdę ładnie! Antyoksydanty, jeśli chodzi o zachowanie swoich właściwości najlepiej czują się w ciemnym szkle.
 Serum ma przyjemny, delikatny, relaksujący zapach. To połączenie zawartych w nim składników a także naturalnych perfum.
Do aplikacji produktu wystarczą dosłownie dwie, trzy krople, wmasowane w wilgotną skórę (to bardzo ważne, olejek powinien być nakładany właśnie w ten sposób). Wchłania się  dosyć wolno, bo to dosyć treściwy produkt. Ale warto, że tak to ujmę "się poświęcić". Serum znakomicie wpływa na elastyczność i jędrność skóry. Koi i łagodzi podrażnienia, wspaniale nawilża. Rozpromienia i odświeża cerę. Tak jak pisałam wyżej, to mieszanka najlepiej współgrajacych z cerą olei, tak więc nie działa komodogennie. Mówiąc krótko nie zapycha! Serum to pozycja obowiązkowa, kiedy stosuję retinol, retinoidy czy też kwasy. Pomaga cerze na szybką regenerację po złuszczaniu. Potrzebuje ona wtedy porządnego kopa, dawki nawilżenia i ukojenia. 
Serum Clochee stosuję naprzemiennie z innymi produktami z witaminą C, bardzo je lubię, na pewno zostanie ze mną długo, bo jest cholernie wydajny :) *

Znacie to serum Clochee? Chętnie poczytam o Waszych ulubionych produktach z witaminą C.

Ściskam.Iwona.

 *Produkt otrzymałam do przetestowania od marki Clochee. To nie jest wpis sponsorowany.

poniedziałek, 6 listopada 2017

Sanskrit Saponins/ balsam oczyszczający NIOD.

Sanskrit Saponins/ balsam oczyszczający NIOD.




Produkty oczyszczające do twarzy to moja miłość. Testuję, poznaję, wciąż szukam czegoś nowego. Od czego więc mogłam zacząć poznawać markę NIOD? jasne, kupiłam czyścik! Sanskrit Saponins, to jak nazwa wskazuje produkt oparty na saponinach. W tym przypadku pochodzą one z azjatyckiego drzewa Sapindus mukorossi. Odpowiednio wysuszone łupiny orzechów tego drzewa są źródłem saponiny, będącej skutecznym środkiem oczyszczającym, przeciwbakteryjnym i przeciwgrzbiczym. Dopiero od niedawna odkrywane na terenie Europy orzechy piorące z powodzeniem stosowane były od tysiącleci w Indiach czy Nepalu. To w pełni naturalny, skuteczny i całkowicie obojętny dla środowiska środek piorący. Nie wiem, nie próbowałam, póki co piorę sobie twarz :). Balsam oczyszczający NIOD pozbawiony jest wszelkich środków powierzchniowo czynnych, siarczanów, olei czy technologii micelarnych. Jego wysoka skuteczność opiera się na wspomnianych wyżej saponinach, aminokwasach, fajnych roślinnych i owocowych ekstraktach. Silne działanie oczyszczające saponin NIOD umiejętnie zrównoważył  substancjami nawilżającymi, tworząc moim zdaniem bardzo dobry produkt nie tylko oczyszczający ale i świetnie wpływający na niedoskonałości czy zaskórniki. Balsam przeznaczony jest do każdego typu cery, ale to tłuste, mieszane i zanieczyszczone szczególnie zauważą jego pozytywne działanie. Dla cer suchych i wrażliwych korzystne będzie stosowanie tego produktu w schemacie na przykład co drugi dzień. 
Balsam Sanskrit Saponins,otrzymujemy w tubce i może kojarzyć się z pastą do zębów. Ten ma jednak bardziej przyjemną, mniej zbitą konystencję. Zdecydowanie bliżej mu do balsamu jednak. A ten ma kolor żóły i dość specyficzny, ziemisty zapach. Czuć naturę. Obstawiam, że części z Was na pewno się nie spodoba. Zalecam więc na początek spróbowanie mniejszej pojemności produktu (90ml), tak aby ocenić nie tylko właściwości ale i zapach właśnie. Balsam, co warto podkreślić nie służy do demakijażu. Substancje w nim zawarte, mogą mocno podrażnić oczy. 
Balsam szczególnie dobrze sprawdza mi się w porannym oczyszczaniu twarzy. Wmasowany w buzię, tworzy gładką emulsję, która doskonale oczyszcza, nie naruszając przy tym warstwy lipidowej skóry. Chwilowe uczucie suchości i lekkiego ściągnięcia, ma zmobilizować skórę do wznowienia produkcji istotnych dla niej elementów. Producent nazywa to procesem "naturalnego recyklingu". Nie należy oczyszczać skóry zbyt łagodnie ale i zbyt agresywnie, bo prowadzi to do nadmiernej suchości i nadprodukcji sebum. Balsam NIOD to doskonała propozycja produktu opartego na naturalnych środkach myjących, znanych od tysiącleci . Po jego użyciu widzę niesamowitą różnicę w strukturze cery. Jest miękka, dopieszczona, pory wyraźnie się zmniejszają a wypryski szybciej się goją. Balsam stosowany rano stanowi dla mnie doskonały początek dla dalszej pielęgnacji, opartej na antyoksydantach, filtarch a następnie makijażu, który wygląda lepiej i trzyma się zdecydowanie dłużej. Przy dłuższym stosowaniu tego produktu, zauważyłam znaczną poprawę w stanie cery, szczególnie w kwestii zaskórników na brodzie, które są moją zmorą od lat.
 Balsam kupuję w mniejszych pojmnościach i stanowi on dla mnie doskonały produkt na wyjazdy. Nic nie stoi na przeszkodzie aby używać go wtedy jako kilkunastominową dogłębnie oczyszczającą maseczkę, czy produkt do drugiego oczyszczania wieczorem. 
Uwielbiam, uwielbiam, no może tylko cenę mniej uwielbiam. Za opakowanie 90ml zapłacić trzeba 21 funtów, ale czego się nie robi dla urody i lepszego samopoczucia? To Inwestycja w przyszłość, tego przekonania się trzymam :) 

Ściskam.
Iwona



czwartek, 2 listopada 2017

Najlepszy krem z filtrem/Survival 30. NIOD

Najlepszy krem z filtrem/Survival 30. NIOD






Świadoma jestem konsekwencji i zagrożeń jakie niesie za sobą nie stosowanie odpowiedniej ochrony przeciwsłonecznej przez cały rok. Promienie UVA odpowiedzialne za szybsze starzenie się skóry, plamy a także choroby nowotworowe są niebezpieczne przez cały rok, bo ich natężenie jest ciągle tak samo wysokie. Pamiętajcie szkody, wywołane przez promienie UVA są o wiele bardziej dotkliwe niż promieniowanie UVB. UVA wnikają w głąb skóry, penetrują i uszkadzają komórki nie powodując bólu, czy innego dyskomfortu. Dobrego, tak zwanego miejskiego filtra szukałam od wielu lat. Większość jakie testowałam, to apteczne produkty, które cechuje zazwyczaj ciężka, tłusta kosnystencja, lepkość, często nie współgrają z nakładanym na nie makijażem. Twarz zaczyna szybko się błyszczeć i równie szybko zapychać, powodując powstawanie zaskóników czy innych niespodzianek. To są produkty na gorące wakacje w tropikach, nie na codzień. 
NIOD to marka wchodząca w skład większej całości, skupiająca między innymi The Ordinary czy Hylamide. Jakiś czas temu wprowadziła produkty z filtrami. Muszę powiedzieć, że z dość mocnym zainteresowaniem czekałam na pierwsze wrażenia odnośnie nich. Dość szybko sieć, zaczęła pozytywnie o nich pisać. Złożyłam więc zamówienie i grzecznie poczekałam aż produkt do mnie dojdzie (niestety popyt jak zwykle przewyższył podaż i nim jak dostałam filtr minęło dobre 3 tygodnie). 
Filtr Survival 30 jest ze mną od ponad dwóch miesięcy i chyba powinnam zaśpiewać "czekałam na Ciebie tyle lat...". Dla mnie to jest produkt doskonały! Nie kosztuje mało, bo za buteleczkę 30 ml trzeba zapłacić 25 funtów (około 120zł) ale jak pomyślę, ile przez ostatnich kilka lat wydałam pieniędzy, na produkty, które mi nie pasowały, to nie żałuję wcale. Czekam jeszcze na filtry The Ordinary, obawiam się jednak, że nie będą to tak zaawansowane produkty jak NIOD, który stawia na innowacyjność i skuteczność. Preparaty NiOD Survival to nie tylko ochrona przed promieniami UVA i UVB, ale także tak ważna szczególnie w kontekście zanieczyczeń powietrza, które w Polsce przekraczają wszystkie możliwe normy, ochrona przed smogiem, stresem, działaniem wolnych rodników, których mamy w nadmiarze, podczerwieni i niebieskiego światła.  Wydaje mi się, że rynek kosmetyków drogeryjnych z filtrem dotychczas nie oferował tak szerokiej ochrony przed tak wieloma czynnikami. 
Preparaty NIOD oferują ochronę na trzech poziomach : Survival 10, Survival 20, Survival 30. W skład kolekcji wchodzi jeszcze Survival O, przeznaczony do użytku wieczornego, chroniący przed światłem pochodzącym z technologii (komuterów, telewizorów czy telefonów). Survival O może być także użwany w ciągu dnia, z innymi preparatami przeciwsłonecznymi, które nie mają ochrony przed promieniami UVA. 
Pewnie te wszystkie technologie i zapewnienia nie zrobiłyby na mnie wrażenia, gdyby produkt kiepsko zachowywał się na skórze. Jest jednak idealnie! Preparat ma lekką, szybko wchłaniającą się formułę opartą na filtrach mineralnych (tlenku cynku i dwutlenku tytanu) zamkniętych  w elastycznych, niekomedogennych silikonach. To te innowacyjne silikony mają decydujące znaczenie w wysokiej skuteczności preparatów Survial. Prócz nich w składzie znalazła się także luteina, wyjątkowy antyoksydant, chroniący przed niebieskimi promieniami a także wpływająca na poprawę ealstyczności skóry, kompleks probiotyków, algi mikronizowane, tworzące barierę przed wpływem zanieczyszczeń środowiska i smogiem a także frakcjonowana melanina (ochrona przed światłem widzialnym  wysokiej energii, emitowanym przez monitory LCD czy oświetlenie LED). 
Dla siebie wybrałam produkt z najwyższą ochroną, czyli Survival 30. Na produkt z fitrem nakładam zazwyczaj makijaż, przy niższym wskaźniku miałabym obawy, że ochrona jednak nie jest wystarzcająca, bo nie zawsze mam możliwość reaplikacji produktu. W sieci pojawiło się wiele zapytań, dlaczego nie ma w ofercie preparatu z filtrem 50 czy 60. Jak przekonuje NIOD różnica  między faktorem 30 a 50 wynosi zaledwie 1 procent, tak więc nie miałoby to sensu. Preperat Survival 30 nałożony w odpwiedniej ilości ( jedna pełna pompka na twarz i szyję) stanowi pełną ochronę przed wszystkimi rodzajami szkodliwych promieni. 
Preparat jak możecie zauważyć ma buteleczce lekko beżowy kolor, ale jak podkreśla producent, nie są to pigmenty, stosowane przez wielu producentów, w celu zmniejszenia efektu bielenia skóry w przypadku filtrów mineralnych. Zabarwienie to wynika z użytych technologii, luteiny i melaniny. Preparat na buzi nie daje żadengo koloru, tuż po aplikacji buzia wygląda na lekko zabieloną ale po kilku minutach wraz z wchłonięciem się preparatu w skórę efekt ten znika. Buzia jest wygładzona,zmatowiona koloryt wyrównany. Preperat na skórze zachowuje się jak najlepsza baza.Nie wchodzi w zmarszczki, świetnie wygląda w okolicy pod oczami.  Czasem zastanawiam, czy to na pewno filtr :). Nakładam go zazwyczaj na serum antyoksydacyjne. Makijaż z bazą w postaci tego filtra trzyma się cały dzień, buzia nie świeci się wcale ( makijaż nakładam o 7 zmywam około 20). Survival 30 nie powoduje u mnie u mnie dodatkowych niespodzianek. Pamiętam jednak, że preparaty z filtrem potrzebują dokładnego, dwuetapowego oczyszczenia, często nakładam też preparat złuszczający (na przykład tonik z kwasem glikolowym THe Ordinary). 
Nie testowałam produktu w upalne lato, bo takiego w Kornwalii nie ma. Preparat bardzo dobrze radził sobie w temperaturach poniżej 25 stopni, świetnie radzi sobie i teraz. Na codzień stosuję sporo produktów z kwasami, retinolem a te wymagają ochrony przeciwsłonecznej w ciągu dnia. Nie nabawiłam się żadnych przebarwień, plam czy innych uszkodzeń. 
Dla mnie to jest produkt bez wad, nie czepiam się nawet trochę nieudanego dozowania. Mleczko potrafi oblepiać pipetkę, rozlewać się po szyjce. Dozowanie w postaci pipetki ma jeden niewątpliwy plus, pozwala na precyzyjną aplikację (jedna pompka to wystarczająca ilość, która zapewni skuteczną ochronę). Przyznam, że zawsze miałam problem z odmierzeniem odpowiedniej ilości produktu.

Polecam!

Ściskam. Iwona
 

środa, 25 października 2017

Niech mówi zapach. Peeling śliwkowy/ Ministerstwo Dobrego Mydła.

Niech mówi zapach. Peeling śliwkowy/ Ministerstwo Dobrego Mydła.





W tym przypadku, to zdecydowanie zapach robi robotę. Powala na kolana, otula, otumania, relaksuje,  oczyszcza umysł ze złych myśli ale też pobudza soki trawienne. To śliwka, a dokładniej olej śliwkowy, który śliwką nie pachnie a marcepanem. Mało logiczne, ale olej śliwkowy to najpiękniej pachnący olej ever! 
To już moje któreś z kolei opakowanie peelingu Ministerstwa Dobrego Mydła. Swój pierwszy egzemplarz kupiłam tuż po wprowadzeniu go do oferty, bo kibicuję dziewczynom z Ministerstwa ogromnie. Śledzę je od dawna, z radością patrzę jak idą do przodu, bywa ciężko ale nie poddają się, bo wierzą w to co robią i co najważniejsze robią to dobrze. 
Peeling w pięknym, minimalistycznym ciężkim słoju mieści około 300 gram radości. Na radość tę składają się prócz uzależniającego zapachu i inne składowe. Zapach wszak ważny, dopełnia pięknie całości. I opakowanie też istotne i szata graficzna potrzebna odpowiednia. Wszystko to mamy moim zdaniem pięknie dopracowane. Równie istotne jest wnętrze, składniki odpowiednio dobrane, tak aby zdarły to co zalega a i nie wysuszyły  skóry i odpowiednio ją wypielęgnowały. Ministerialne Dziewczyny już o to wszystko zadbały i do peelingu dodały wszystko co trzeba. Produkt jest na bazie cukru trzcinowego, spore to drobinki. Nie ma pitu pitu, zdzierają jak należy  a przy tym pobudzają krążenie, odświeżają i odprężają skórę. Wspomniany już tu dziś wielokrotnie bohater, czyli olej śliwkowy prócz zapachu ma wspaniałe właściwości pielęgnacyjne. Bogaty w kwasy nienasycone Omega-6 i Omega-9, które jak wiemy są naturalnym składnikiem płaszcza lipidowego skóry, poprawia barierę lipidową, chroni przed utratą wody, nawilża ją i uelastycznia. Jest przy tym lekki, dość szybko się wchłania i nie pozostawia zbyt tłustej powłoki. Nie samą śliwką peeling stoi. Aby skóra była miękka, nawilżona, lekko natłuszczona i chroniona przed czynnikami zewnętrznymi upakowano do niego olej ze słodkich migdałów, olej z pestek winogron, masło shea, masło kakaowe a także skwalan z oliwek. 
Peeling ma dość suchą konsystencję, która moim zdaniem zmieniła się na przestrzeni czasu. Ale jest ona i tak, najlepsza jeśli chodzi o stosowane do tej pory przeze mnie peelingi naturalne. Sporo z tych, które testowałam jest dla mnie zbyt tłusta, drobinki cukru czy soli często dosłownie pływają w olejach. Nie znoszę brrr. 
Dobra kwestię zapachu, ogólnego wizerunku, składu i konsystencji mamy załatwione. Czy mówiłam, że kocham ten zapach? Czas na działanie. W końcu po to go kupiłam, żeby działał. Prócz tego, że zamienia nie lubianą przeze mnie czynność, jaką jest peelingowanie w swoisty rytuał to i o ciało dba odpowiednio. Złuszcza, odświeża i odpręża po całym dniu. Peeling ma jeszcze jeden istotny minus, po jego zastosowaniu skóra nie jest wysuszona, wołająca pomocy i szybkiego nawilżenia. Wręcz przeciwnie, jest ona tak miękka, że nie muszę nic już na nią nakładać, prócz piżamy albo i nie... Wierzcie mi zapach, jaki będziecie za sobą roztaczać, na pewno rozpali zmysły Waszych Połówek . Nic tylko korzystać z okazji :).
Jestem i będę wierną fanką tego produktu na zawsze!

A jak u Was? Znacie peeling i inne produkty Ministerstwa Dobrego Mydła ? ( 300gram/38 zł kupicie tu) *

*Ten egzemplarz peelingu otrzymałam od marki. To nie jest wpis sponsorowany.

Ściskam.
Iwona

wtorek, 17 października 2017

Maybelline, Instant Anti-Age Rewind Eraser Dark Circles Treatment Concealer/ najlepszy korektor ever!

 Maybelline, Instant Anti-Age Rewind Eraser Dark Circles Treatment Concealer/ najlepszy korektor ever!





Nie ma blogerki, vlogerki czy też każdej innej osoby, która nie słyszałaby o tym korektorze. produkt kultowy, wspaniały, internet z reguły pieje z zachwytu nad jego właściwościami. Jakiś czas temu na Instagramie pisałam Was, że produkt w końcu pojawi się w polskich drogeriach. Z tego co widzę tak się stało, akurat w czasie sporej promocji w Rossmannie. Przyznać się kto poszedł po Instant Age Rewind? 
Korektor Maybelline był jednym z pierwszych zakupów po przyjeździe do UK i otrząśnięciu się z szoku, kiedy to nagle na wyciągnięcie ręki mam marki niedostępne w Polsce. Przyznajcie sami, Polska wciąż jest w kosmetycznym tyle. Niestety,  nowości czy limitowane kolekcje wciąż wprowadzane są ze sporym opóźnieniem. Przyglądam się temu z "zewnątrz" i jest to bardzo widoczne. 
Ale o korektorze miało być, no więc kupiłam go w jednej z promocji. Zostawiając w kasie 5 funciaków, miałam wrażenie, jak bym złapała Pana Boga za nogi. I bynajmniej nie trzymałam w rękach produktu selektywnej marki, tylko Maybelline, z którą moje relacje delikatnie mówiąc na obecnym etapie mojego życia bywają z reguły burzliwe. Wydaje mi się, że więkoszość ich produktów skierowana jest jednak do młodszej grupy wiekowej. I kurczę, powiedzieć muszę, że korektor jest na prawdę dobry! Chyba nie zdarzyło mi się nigdy, abym poraz kolejny i kolejny wróciła do tego samego produktu. W tym przypadku tak jest. W moim osobistym rankingu zostawił daleko w tyle na przykład korektor Narsa, który w moim przypadku nie nadaje się do codziennego stosowania.
Niewątpliwie innowacyjna i niespotykana w tego typu produktach jest metoda aplikacji przy pomocy gąbeczki. Zaznaczyć trzeba, że służy ona jedynie do aplikacji a nie równomiernego rozprowadzenia. Tutaj trzeba posiłkować się palcami lub BB. Gąbeczka jest miękka i aplikowanie niem korektora to na prawdę przyjemność. Cały mechanizm skonstruwany jest tak, że produkt da się wydobyć do ostatniej kropli. Wreszcie, nie trzeba wykonywać akrobacji, obliczeń i przemyśleń jak poradzić sobie z korektorem przy końcu, jak to ma miejsce w przypadku tradycyjnych opakowań. 
Korektor ma przyjmnie kremową, nie za rzadką nie za gęstą konsystencję. Rozprowadzając go palcami mam wrażenie nakładania dobrego, drogiego kremu. Pod palcami czuć aksamitne wykończenie. Nie jest tłusto, przytłaczająco i ciężko. Korektor radzi sobie z tuszowaniem pierwszych zmarszczek. Umówmy się, żaden produkt nie ma mocy zakrycia ich w 100%. Z przymrużeniem oka traktujmy wszystkie youtuberki, które nakładają jednorazowo pół opakowania, dołączając do tego odpowiednie oświetlenie,pół kilograma rozświetlacza i zyskując idelane wygładzenie i zakrycie wszystkiego, z oczami włącznie ;D. Korektor Maybelline to jest produkt, którego można używać codziennie, bez obaw o wysuszenie okolicy oczu. Borykam się z tym problemem dość często, kiedy sięgam po kryjace korektory. Cienie stają się mniej widoczne, zmarszczki wygładzone a do tego niezły efekt rozjasnienia okolicy oczu. Czy można oczekiwać czegoś więcej od korektora? Mi to wystarczy, a jeśli dodać do tego, że jest to produkt drogeryjny, to jest prawdziwa bomba. 
Jeśli chodzi o kolory to  kupuję zazwyczaj light, to ładny beżyk z przewagą żółtych tonów, ale nie będzie to kolor dobry dla bardzo jasnych cer. Od jakiegoś czasu w obiegu na angielskim rynku są dwa nowe odcienie, bardzo jasny Fair a także Brightener, który jest ze mną od niedawna, ale jestem nim oczarowana. To piękny różow0-łososiowy kolor, który wspaniale rozjaśnia i otwiera oko. Idealnie sprawdza się po nieprzespanej nocy, czy też teraz jesienią, kiedy cera zaczyna robić się trochę ziemista. Wielka szkoda, że koloru tego nie ma w Polsce, bo podobnych kolorów i efektów próżno szukać wśród drogeryjnych korektorów. W swojej ofercie takie kolory mają marki selektywne Bobbi Brown czy YSL. 

Mówię Wam bierzcie i nie zastanawiajcie się długo!

sobota, 14 października 2017

Balsamy do ciała idealne na jesień.

Balsamy do ciała idealne na jesień.




Przyszedł czas ciepłych swetrów, grubszych dżinsów, koców i zmian temperatury. Na wszystkie te czynniki skóra mojego ciała reaguje dość histerycznie. Staje się przesuszona, na kolanach i łokciach szczególnie. Potrzebuje specjalnej pielęgnacji, odstawiam lekkie balsamy, które towarzyszyły mi przez całe lato (Czytaj recenzja balsamu Avene) i sięgam po cięższy kaliber. W dzisiejszym poście pokażę Wam dwa moje ulubione balsamy, które towarzyszą mi jesienią właśnie. 
Pierwszy produkt, to ziołowe masełko pielęgnacyjne Momme Cosmetics. Kupiłam je z zamiarem stosowania na moje dzieci. Jednak, moi synowie niechętnie podchodzą do kwestii nacierania się czymkolwiek. W zasadzie to kąpiele i mycie, mogłyby dla nich nie istnieć, chyba że wiąże się to z zabawą :). Nic, to Ja Matka, masełka, lekkiego niczym chmurka, puszystego niczym pianka używam z prawdziwą przyjemnością. Sięgając po produkty Momme Cosmetic mam pewność, że prócz uroczych opakowań, dostanę najwyższą jakość i najlepsze naturalne składniki. Produkty tworzone są z myślą o najmłodszych i ich bezpieczeństwie, to jest naprawdę spora odpowiedzialność. Masełko to ziołowy kompres na podrażnioną, przesuszoną skórę. Zawarty w nim innowacyjny składnik Celllike, wykazuje wyjątkowe podobieństwo z cechami skóry. Wielowarstwowe liposomy działają na wielu płaszczyznach, utrzymując nawilżenie, łagodząc objawy AZS, czy łojotokowego zapalenia skóry. Mamy tu także zieloną herbatę, lukrecję, rumianek leczniczy, rdest czy rozmaryn. Masełko ma jak na tak bogaty skład wspaniałą konsystencję, podobną do tradycyjnych balsamów. To nie jest nic podobnego na przykład do musów Ministerstwa Dobrego Mydła, które też bardzo lubię ale są "mniej musowe" jeśli o konsystencję chodzi. 
Masełko nakładam zazwyczaj wieczorem na lekko osuszoną skórę, delikatnie wmasowywuję w całe ciało, skupiając się szczególnie na łokciach i kolanach. Wchłania się dosyć szybko ale nie błyskawicznie. Nie oczekuję tego po produkcie o tak dużej zawartości maseł i olejków. Produkt idealnie pielęgnuje, wygładza i nawilża skórę, jak widać nie tylko dzieci ale i ich Mam. 

Drugi produkt to już cięższy kaliber, przeznaczony do specjalnych celów, na konkretne problemy skóry. Balsam Lipikar Baume AP+ La Roche Posay to produkt, który pokochają osoby z wrażliwą, suchą i swędzącą skórą. Zawiera niacynamid i masło Karite ( aż 20%), aby pomóc w eliminacji nieprzyjemnych objawów skórnych.  Poręczna tubka, zupełny brak zapachu a także odpowiednia gęstość to największe atuty tego produktu. Nie, nie to nie jest nic lekkiego. Wręcz przeciwnie, ten balsam to gęsta, treściwa, długo wchłaniająca się formuła. I tak ma być, spragniona skóra potrzebuje takiego opatrunku. Na aplikację, wmasowanie i a potem wchłonięcie potrzebny jest dłuższy czas. Moim zdaniem, to nie jest produkt na lato, kompletnie też nie sprawdzi się po porannym prysznicu. Niemniej balsam  rzeczywiście koi, goi, łagodzi podrażnienia i głęboko nawilża. Po jego użyciu skóra rzeczywiście wygląda lepiej. Nie stosuję go codziennie, to mój ratunek kiedy skóra jest bardziej przesuszona i potrzebuje kompresu aby mogła wrócić do równowagi. To produkt, który muszę mieć w łazience. 

Ciekawa jestem czy wy szczególnie dbacie o Wasze ciało jesienią i zimą a może jesteście tymi szczęściarami, które nie mają żadnych problemów?

Ściskam.
Iwona
 

niedziela, 8 października 2017

Podkład Le Teint Touche Eclat (nowa wersja)/YSL.

Podkład Le Teint Touche Eclat (nowa wersja)/YSL.




W zamiarze podkład marki YSL Le Teint Touche Eclat ma idealnie odzwierciedlać legendarny korektor w pisaku, który jak obliczono, sprzedaje się na całym świecie co 10 sekund. Światło należy do YSL! Ucieszył mnie ten produkt, bo wedle zapewnień producenta idealnie pasowałby do moich wyobrażeń odnośnie podkładu doskonałego. W podstawowym jak dla mnie produkcie do makijażu szukam takiego, który dodawałby jej blasku, światła,  wyrównywał jej koloryt, nie robił szpachli. Fajnie jak będzie dopasowywał się do odcienia skóry, mówiąc krótko szukam podkładu, który będzie upiększał cerę i nie popsuje, wysiłku jaki wkładam każdego dnia w obserwację cery i dopasowywanie pielęgnacji do jej aktualnych potrzeb. 
Wydawałoby się dosyć bogata kolorystyka nie do końca współgra z odcieniem mojej skóry. Wybrałam dla siebie odcień B20, który co ciekawe na dłoni wygląda jako dopasowany, nałożony na buzię jest dla mnie za jasny. Kolejny B30 jest dla mnie już zbyt żółty i za ciemny. Najlepszym rozwiązaniem byłoby więc zmieszanie dwóch odcieni, nie poszłam jednak  tą drogą ( ze względów finansowych). Tak więc do południa wyglądam jak głupek, bo podkład jest za jasny. Dobrze kolorystycznie wygląda w godzinach popołudniowych, bo o jakieś pół tonu ciemnieje. 
Podkład ma półpłynną konsystencję i przyznam, że przy tej wydawałoby się lekkości zaskakująco dobrze kryje. Na początku nie mogłam się z nim dogadać, ani pędzel ani tym bardziej dłonie, nie dawały efektu jaki zadowolił by mnie czy też był zgodny z obietnicami producenta. To dla tego podkładu, wreszcie zdecydowałam się na zakup Beautyblendera. Podkład nałożony gąbką wygląda najlepiej. Nie kryje niedoskonałości, wyprysków na amen, ale zastosowana po raz pierwszy w produktach gamy Touche Eclat substancja o nazwie "soft focus gel" rozprasza światło i tworzy na buzi piękny film, który sprawia, że znienawidzone pryszcze da się przeżyć. Nie ma tu mowy o efekcie maski. 
Podkład niestety u mnie podkreśla suche skórki. Każdy to robi, powiecie. I ja się z tym zgodzę, jednak są takie podkłady które robią to mniej ordynarnie. U mnie skórki przy nosie a także przesuszona skóra na brodzie stają się bardzo widoczne.
Co do trwałości nie mam zastrzeżeń, ale nie mam problemów z przetłuszczaniem się cery, na co dzień rzadko używam pudrów, chyba że są to te upiększające, wygładzające.
Le Teint to produkt świetny dla cer lubiących glow, naturalny efekt bez maski. Tak jak pisałam wyżej, u mnie potrzebuje on specjalnej metody aplikacji abym była zadowolona. 
Zbliżam się do końca butelki i coś Wam powiem, o wiele lepsze wrażenie zrobił na mnie jakieś 5 razy tańszy podkład The Ordinary, który póki co uważam za tegoroczne odkrycie (czytaj recenzję ). Chcę jeszcze spróbować wodnego Double Wear. Co mówicie, warto? (30ml/229zł)

Ściskam. Iwona.

poniedziałek, 2 października 2017

Skoncentrowany krem/serum pod oczy. Lush Botanicals.

Skoncentrowany krem/serum pod oczy. Lush Botanicals.




Przyznam szczerze, że większość produktów pielęgnacyjnych okolice oczu nie spełnia moich oczekiwań. Sfera ta jest wyjątkowa, wrażliwa jak żadna inna potrafi zdradzić wiek, nieprzespaną noc a także wiele chorób. Trudno pielęgnować i zapobiegać tylu problemom, kosmetyki muszą wykazywać się tu na prawdę efektywnym działaniem i wysoką skutecznością. Zdecydowanie łatwiej było mi znaleźć odpowiednie produkty, kilkanaście lat temu, kiedy to potrzebowałam jedynie delikatnie nawilżyć ten obszar i zdecydowanie trudniej znaleźć mi kosmetyk, teraz kiedy mam 37 lat. Nie będę się tu czarować moja cera i ciało się zmienia, różne sytuacje życiowe a także zdrowotne powodują, że obecnie szukam produktów mocno nawilżających, odżywczych, takich które pomogą odrobinę zredukować obrzęki pod oczami. Wszystko po to aby ujędrnić, rozświetlić i oczywiście opóźnić procesy starzenia się tej wrażliwej okolicy. Kryteria jakimi się kieruję przy wyborze kremu pod oczy to przede wszystkim odpowiednia ilość odpowiednio dobranych substancji aktywnych i  super jeśli będzie to naturalny skład. Krem pod oczy Stardust Lush Botanicals zamieszkał w mojej lodówce wraz z kremem na noc (czytaj recenzję ).   Sięgając po niego wiedziałam, że spełnia on podstawowe kryteria jeśli chodzi o skład a także substancje aktywne, których w Stardust jest na prawdę ogromna ilość. Na prawdę ciężko na rynku kosmetyków znaleźć tak rozbudowany, bogaty, treściwy skład. Produkt to prawdziwa bomba antyoksydantów, witamin, minerałów a także kwasu hialuronowego. Olejek z pestek granatu, olejek z pestek kiwi, olej z pestek opuncji, olej z pestek jojoba, masło shea, masło murumuru, ekstrakt z zielonej kawy, mleczko pszczele a także tak pożądana przeze mnie w produktach pod oczy kofeina, to tylko niektóre składniki produktu. Całości dopełnia słodki ale świeży cytrusowy zapach z wysuwającą się na pierwszy plan mandarynką. 
Krem ma bardzo skoncentrowaną konsystencję w zasadzie przypominającą dobre serum. Nie jest jednak tłusty ani ciężki. Taki w sam raz! Do jednorazowej aplikacji wystarczy naprawdę niewielka ilość, nie radzę kombinować i przesadzać, bo będzie smużył i nieestetycznie wyglądał szczególnie jeśli nałożycie potem makijaż. Zaaplikowany w rozsądnej ilości jest świetną bazą pod cięższe korektory, wyglądają one wtedy optycznie lżej. Chłodny krem ( przypominam, że wszystkie produkty Lush Botanicals należy trzymać w lodówce) daje natychmiastowe odprężenie, ukojenie, nawilżenie i  odżywienie okolicy oczu. Wszystkie składniki w tym odprężająca kofeina działają aby zapewnić skórze odpowiednie nawilżenie, elastyczność a także promienność. Przy systematycznym stosowaniu, skóra staje się wygładzona i miękka. Spojrzenie zyskuje na świeżości, jest bardziej wypoczęte i bardziej nawilżone, bo od dłuższego czasu zmagałam się z suchością tego obszaru. 
Stardust umieszczam w czołówce produktów dla osób potrzebujących czegoś więcej niż delikatnego nawilżenia. Zadowolone będą wszystkie osoby poszukujące porządnego, treściwego, działającego odżywczo, rewitalizująco i poprawiającego napięcie skóry. To wreszcie produkt, dla tych z Was, które cenią naturalny skład ale nie lubią konsystencji tłustych masełek. Tutaj konsystencja przypomina śmietankę, którą lepiej wklepać niż rozsmarować. ( 30ml/195zł kupicie tu)*

*Recenzowany produkt to wygrana. To nie jest wpis sponsorowany.

środa, 27 września 2017

Delikatniej myć się nie da/ Kojąco-nawilżający krem myjący Effaclar H.

Delikatniej myć się nie da/ Kojąco-nawilżający krem myjący Effaclar H.




 Kojąco-nawilżający krem myjący Effaclar H stworzono z myślą o potrzebach cer tłustych, problematycznych, często uwrażliwionych, zmęczonych kuracjami wysuszającymi. Wiem sama po sobie, że często w walce z niedoskonałościami zapominałam o zachowaniu równowagi pomiędzy stosowaniem różnych kuracji, kwasów, retinolu a  zapewnieniem cerze odpowiedniej dawki nawilżenia i odpoczynku od substancji, które w nadmiarze mogą przynieść odwrotne korzyści. Do oczyszczania przywiązuję dużą wagę. Dokładnie zmywam w zależności od pory makijaż, brud, nadmiar sebum czy kremy z filtrami, które nieodstaecznie  oczyszczone powodują u mnie wysyp pryszczy. 
Z kremem Effaclar H nie mogę się rozstać, zużyłam już trzy opakowania, bo uważam, że nie ma delikatniejszego produktu do mycia twarzy niż on. Testuję ogrom produktów do oczyszczania i jestem w stanie wiele pieniędzy na nie przeznaczyć. Owszem, większość z nich zapewnia mi nie tylko dobre oczyszczenie ale i komfort. Ale nie taki jak po użyciu Effaclar H...Gęsty, przyjemnie otulający krem, działa jak prawdziwy kompres dla skóry zmęczonej różnymi kuracjami i eksperymentami. Produkt rozprowadzam na lekko wilgotnej buzi wykonując masaż. Cały zabieg przebiega niezwykle przyjemnie, bo krem jest na prawdę bardzo delikatny.  Następnie spłukuję go wodą i osuszam przy pomocy małego ręcznika bawełnianego ( kupuję hurtowo na Amazon czy Ebay, tak abym każdego dnia mogła używać czystego) delikatnie przyłożonego do buzi i ją osuszam. Krem jak na tak delikatny produkt świetnie oczyszcza, jednak sam w przypadku wieczornego oczyszczania to za mało. Na prawdę nie zachęcam do kopiowania pomysłów pewnej prezenterki telewizyjnej, która robi kosmetyki, przekonujących że Jej płyn micelarny może być stosowany samodzielnie przez osoby posiadające tłustą cerę do zmywania makijażu i oczyszczania. No nie może! Effaclar H samodzielnie stosuję tylko rano, kiedy moja cera nie wymaga aż tak dokładnego mycia. Wieczorami, tylko po uprzednim wstępnym oczyszczeniu olejkiem czy płynem micelarnym. 
Effaclar H prócz tego że myje, wspaniale koi i nawilża cerę. Czuję, że dyskomfort jaki jej  czasem funduję, został zniwelowany. Używam, go zawsze po stosowaniu peelingu The Ordinary 30% AHA, który jest prawdziwą petardą oczyszczającą, ale to dość spore stężenie kwasów. Stosowanie tak delikatnego produktu myjącego pozwala buzi szybciej się zregenerować. 

A jakie są Wasze ulubione produkty do oczyszczania?

Ściskam.Iwona

czwartek, 21 września 2017

Znalazłam idealny, naturalny tusz do rzęs/ Lily Lolo

Znalazłam idealny, naturalny tusz do rzęs/ Lily Lolo




Witajcie,
Tusz do rzęs to w moim przypadku kosmetyk podstawowy i niezbędny. Nie używam cieni, nie robię kresek, stawiam tylko na wytuszowane rzęsy. Z dobrym tuszem jak z dobrym podkładem. Niby do wyboru jest ogorm produktów, ale ciągle czegoś nam brakuje, i nawet jeśli jest okej, zawsze może być przecież lepiej. Jestem wymagająca, nie uznaję kompromisów, nie bawią mnie sytuacje, w których wydaję na tusz dwie stówy a potem muszę miesiąc czekać nim nabierze on odpowiedniej konsystencji. Cenię i lubię kosmetyki naturalne, jednak jeśli chodzi o kolorówkę sporo rzeczy mi nie pasuje. Większość naturalnych mascar jakie wypróbowałam była tylko przeciętna, rzadka konsystencja, kiepska trwałość i mizerny efekt. Z pewną dozą rezerwy podeszłam do produktu Lily Lolo. Nie spodziewałam się wiele, postanowiłam, że po jej zakupie podejmę ostateczną decyzję odnośnie dalszych poszukiwań naturalnych tuszów do rzęs. Stało się zupełnie odwrotnie niż zamierzałam, bo zużyłam już 3 opakowania Lily Lolo i póki mi się nie znudzi będę kupować dalej. 
Nie będę się tu rozpisywać zbytnio na temat marki, bo pewnie większość z Was o Lily Lolo słyszało. To przede wszystkim piękne składy, minimalistyczne opakowania, trwałość i wygoda użytkowania, bo na przestrzeni lat, marka sporo produktów zaczęła produkować w wypiekanych wersjach, ułatwiając znacznie aplikację.
Dzięki swojemu składowi, który nie jest oparty jak więkoszość naturalnych mascar na wosku pszczelim ( będzie to zatem produkt wegański), tylko pozyskuje się go z owoców myrica pubescens, mascara także pielęgnuje rzęsy. W składzie znajdziecie olej z róży, wosk z nasion słonecznika czy wosk ryżowy. 
Jakiś czas temu marka wprowadziła dobre zmiany, udoskonalając skład ale zrezygnowała z koloru brązowego, który wcześniej był dostępny. Obecnie, ku niezadowoleniu wielu dziewczyn produkt dostępny jest tylko w jednym czarnym kolorze. Czerń, za to jest piękna, głęboka i nasycona.
Efekt jaki osiągam tym produktem wreszcie jest taki jakiego oczekuję od dobrego tuszu do rzęs. Rzęsy są podkreślone, podkręcone i wydłużone, każda kolejna warstwa potęguje ten efekt. Za ogromną zaletę podczas wykonywania makijażu uważam, to że tusz nie zasycha momentalnie, dzięki temu mogę dołożyć kolejne warstwy, uzyskując naturalny efekt.Tusz zupełnie nie skleja rzęs i pozostaje na oczach większość dnia. Testuję go w różnych warunkach i naprawdę nigdy nie czuję dyskomfortu, nigdy nie mam obaw, że tusz się rozmaże czy wykruszy. To nie jest tusz wodoodporny, więc nie zalecam płakać ani też chodzić w ulewie :)
Nie mam żadnych problemów ze zmyciem tuszu, robię to płynem do tego celu przeznaczonym lub olejem. 
Tusz ma 6 miesięcy terminu ważności, po tym czasie należy go wyrzucić, jeśli nie udało Wam się go zużyć. Moim zdaniem po tym czasie traci większość swoich właściwości.( 7ml, 69,30zł, kupicie między innymi tu).

Koniecznie dajcie znać, jakie są Wasze ulubione tusze do rzęs :)

Ściskam.
Iwona

niedziela, 17 września 2017

Antyoksydanty w pielęgnacji cery/ nowości The Ordinary.

Antyoksydanty w pielęgnacji cery/ nowości The Ordinary.





Witajcie,
Stosujecie w swojej pielęgnacji antyoksydanty? Nie? Czym prędzej naprawcie ten błąd! Przekonałam się osobiście, że ich wprowadzenie na stałe do pielęgnacyjnej rutyny, jakieś półtora roku temu, znacznie wpłynęło na poprawę stanu cery. Stała się ona promienna, gładka, drobne przebarwienia zostały wyeliminowane a najważniejsze, że w znacznym stopniu udało mi się pożegnać z bliznami po trądziku, które mnie nękały, skutecznie psując mi humor za każdym spojrzeniem w lustro.
W skrócie antyoksydanty, pozwalają walczyć z wolnymi rodnikami, których mamy w nadmiarze przez tempo i styl życia. Papierosy, alkohol, stres, zanieczyszczone powietrze, czy spożywanie tabletek antykoncepcyjnych, te wszystkie czynniki wpływają na to, że wolnych rodników mamy w nadmiarze. Nadmiar ten wpływa na kondycję całego organizmu, a takze  na przedwczesne starzenie się skóry. Antyoksydanty/ Przeciwutleniacze pozwalają walczyć z nadmiarem wolnych rodników. Są one świetnym uzupełnieniem filtrów, a jeśli ktoś tak jak ja wciąż nie może trafić na filtr idealny, polecam na stałe włączyć preparaty zawierające przeciwutelniacze.
Najbardziej znanym antyoksydantem znanym większości z Was, jest witamina C. Sama zaczęłam swoją przygodę z antyoksydantami właśnie od preparatów z tym składnikiem ( czytaj, najlepsze serum z witaminą C) . Problem z witaminą C jest taki, że najpopularniejsza jej forma, czyli kwas askorbinowy, jest wyjątkowo niestabilna, wrażliwa na różne czynniki. Nigdy nie pokusiłam się na preparat ze sklepów z półproduktami. Na szczęście producenci znając ten problem, poszukują i tworzą nowe skuteczne i stabilne pochodne witaminy C. 
Antyoksydanty to nie tylko witamina C, ale wiele innych ciekawych i często działających silniej niż ona i o tym  będzie dzisiejszy wpis. Wszystko za sprawą The Ordinary, które w ostatnim czasie wprowadziło całą gamę produktów działających antyoksydacyjnie. Jestem zachwycona! Jak zwykle się nie zawiodłam, wysokie stężenia, gwarantować mogą prawdziwy sukces. Dzisiejszy wpis to krótki opis właściwości i zastosowań poszczególnych produktów. Mam je od tygodnia, ciężko więc nawet o opinię wstępną. Ot, co udało mi się zapoznać z podstawowymi właściwościami jak konsystencja czy zachowanie na skórze. Żeby się nie powtarzać, wszystkie trzy preparaty nie zwierają oleju, wody i silikonów. Rozpuszczono je w substancji najbardziej optymalnej, doskonałym nośniku substancji aktywnych czyli glikolu roślinnym ( Propanediol). Wszystkie sera szybko się wchłaniają do matu. Są więc idealne w porannej pielęgnacji. ( 30ml/5,50 victoriahelath)

 Resveratrol 3%+Ferulic Acid 3%. Genialne połączenie, czekałam na to serum odkąd pojawiły się zapowiedzi. Większość kosmetyków dostępnych na rynków oscyluje wokół stężeń 1% jeśli chodzi o Resveratol i 0,5 jeśli chodzi o kwas ferulowy. Tutaj mamy aż 3%. Resveratrol to jeden  z najmocniejszych przeciwutleniaczy pozyskiwany głównie ze skórek czerwonych winogron i innych ciemnych owoców: porzeczek czy jagód. Nie ma drugiego tak dobrze przebadanego składnika mającego działanie anti-aig. Wymiata wolne rodniki, spowalnia efekty starzenia się skóry, pobudza budowę kalogenu, która jak wiemy z wiekiem ulega spowolnieniu. Ma  świetne działanie regenerujace, przeciwzapalne i ujędrniające. Kwas ferulowy, to kolejny wspaniały przeciwutelniacz, dodatkowo posiadający zdolność absorbcji promieni UVA i UVB. Warto zwrócić uwagę, że kwas felurowy stabilizuje witaminę C w preparatach zwiększając jej efektywność aż 8-mio krotnie. Kwas felurowy sprawdza się dobrze w leczeniu stanów zapalnych czy likwidacji zaskórników.
Serum The Ordinary jak wszystkie produkty antyoksydacyjne najlepiej stosować rano. Ja łączę go z serum z witaminą C, także The Ordinary ( 30ml/

Alpha Liponic Acid 5%, Serum z kwasem alfa-liponowym, kolejne wysoko skoncentrowane serum antyoksydacyjne. Kwas alfa-liponowy jest Uwaga! aż 100 razy silniejszy niż witamina C. Posiada właściwości rozjaśniające, przeciwzmarszczkowe i ujędrniające. Wykazuje niezwykłą biozgodność ze skórą. Polecany jest dla skór dojrzałych ( działanie przeciwstarzeniowe), trądzikowych (działanie przeciwzapalne, zwęża pory), zmęczonej (działanie rozjaśniające). Poprawia koloryt i rozjaśnia przebarwienia. Kwas liponowy to bardzo silnie działajacy składnik, zwłaszcza w proponowanym przez The Ordinary stężeniu. Należy go stosować tylko dwa, do trzech razy w tygodniu tylko na noc, aplikując na skórę 2-3 krople preparatu, pamiętając w ciągu dnia o odpowiedniej ochronie przeciwsłonecznej. Tuż po aplikacji można odczuć delikatne mrowienie, które powinno ustąpić z czasem. Jeśli tak się stanie, preparat należy odstawić. Preparat można łączyć z olejkami czy kremami. ( 30ml/5,90 funta victoriahelath)

Jak widzicie powyższe preparaty zapowiadają się naprawdę imponująco, ale to Euk-134, jest moim zdaniem gwiazdą tej kolekcji. Najbardziej zaawanasowany i tym samym wykazujący najlepsze, kompleksowe działanie antyoksydacyjne. Dotychczas zarezerwowany dla produktów luksusowych, w najczęściej o połowę mniejszym stężeniu. Często łączony z kwasami, w tym witaminą C i jej pochodnymi, które go destabilizują i sprawiają, że nie wykazuje on żadnych pozytywnych właściwości. Ethylbisiminomethylguaiacol Manganese Chloride, tworzy wyjątkowa cząsteczka tworząca rzadkie połączenie, mająca  zdolność nie tylko do wymiatania wolnych rodników ale i regeneracji oferując całodobową ochronę skóry przed toksycznymi związkami, promieniami (ma zdolność naprawy uszkodzeń wywołanych działaniem promieni słonecznych), zmniejsza rumień, zaczerwienienia a także opóźnia starzenie się skóry. Większość antyoksydantów, nie posiada właściwości regeneracyjnych i po zniszczeniu wolnego rodnika ulegają rozpadowi. Euk-134 to moim zdaniem jeden z najlepszych przeciwutleniaczy dostępnych na rynku. Najlepiej stosować go zatem rano, do jednorazowej aplikacji wystarczą 2-3 krople. Ja łączę go z lekkim serum z kwasem hialuronowym.
Jeśli zamierzacie stosować Eu-134 i Resveratrol 3%+Ferulic Acid 3%, ten pierwszy należy stosować rano a serum z kwasem felurowym wieczorem w połączeniu z witaminą C. (30ml, 6,90 funta victoriahelath )


 Mam nadzieję, że jakoś sensownie przedstawiłam Wam podstawowe wiadomości odnośnie tych nowości The Ordianary. Jestem ich ogromnie ciekawa a Wy?

 Ściskam/Iwona

wtorek, 12 września 2017

The Univeil Cleasner Concentrate/ Mahalo.

The Univeil  Cleasner Concentrate/ Mahalo.





Aloha,
Przywitałam się z Wami po hawajsku nie bez przyczyny, albowiem produkt o którym dziś postanowiłam napisać tworzony jest właśnie w tym uroczym zakątku świata.  Założycielką  Mahalo jest mieszkanka  Kauai, jednej z hawajskich wysp. Wszystkie kosmetyki wytwarzane pod szyldem Mahalo są wytwarzane ręcznie. Do tego firma jest w pełni niezależna, począwszy od znajdowania składników, tworzenia olei czy wstępne mieszanie kosmetyków, to wszystko robi we własnym zakresie. Właścicielka Mahalo często pokazuje się na Instagramie, polecam Wam obejrzeć Instastory, być może i Wy wczujecie się w ten hawajski klimat :)
Produkty Mahalo, określiłabym mianem luksusowych. To czym wyróżnia je na tle innych to, to że tworzy produkty łącząc starożytną wiedzę z nowoczesnymi technologiami, gwarantując przy tym wysoką skuteczność w na przykład zwalczaniu stanów zapalnych skóry czy zapobieganiu przedwczesnemu się jej starzeniu.
Każdy z produktów Mahalo inspirowany jest inną hawajską wyspą, właścicielka stara się także aby dany produkt zawierał składnik pochodzący z danej wyspy.
Na pewno wyjątkowo prezentują się opakowania, które są w pełni bambusowe. Wyglądają na prawdę wspaniale na łazienkowej półce, choć z uwagi na materiał nie służy im zbyt wilgotne powietrze.
Testowanie marki zaczęłam oczywiście od zakupu produktu oczyszczającego. The Unveil to skoncentrowany balsam oczyszczający, zawierający na prawdę całe mnóstwo wspaniałych, naturalnych i dobroczynnych dla skóry składników. Może być używany zarówno do demakijażu jak i drugiego mycia. Decydując się na jego zakup, wiedziałam, że będę go raczej używać w tym drugim celu. Na prawdę szkoda, tak fantastyczny pod względem składu produkt przeznaczać do rozpuszczania tuszu czy podkładu.
Po otwarciu wieczka ukazuje nam się zielony balsam, dość szybko reagujący na ciepło naszych dłoni a w kontakcie z wodą zmieniający się w przyjemną emulsję, bez problemu zmywającą się wodą. Ten balsam, będzie świetny dla osób zaczynających przygodę z oleistymi formułami, jest niezwykle lekki, jedwabisty, nie pozostawia żadnej tłustej powłoki. Genialny!
Pisałam wcześniej o znakomitym składzie, czas powiedzieć więc coś więcej. Balsam zawiera tylko te oleje, które "współgrają ze skórą" a także enzymy roślinne i witaminowe, bogate w przeciwutleniacze, na punkcie których mam ostatnio małą obsesję. Na pierwszy i najważniejszy plan wysuwa się tu ekstarkt z zielonej herbaty, bogaty w te właśnie składniki a także flawonidy, które pobudzają produkcję kolagenu i odpowiadają za poprawę jej jędrności. Mówi się o tym, że produkty zawierające ekstrakt z zielonej herbaty wpływają na zmniejszenie uszkodzeń słonecznych. Produkt zawiera także mój ulubiony składnik czyli masło z avocado, bogate w witaminy A, B,E, a także znany w walce z problematyczną cerą olej tamanu. W bogatym składzie balsamu znajdziemy także składniki działające delikatnie złuszczająco, jak ekstrakt z wierzby czy papai. Właśnie dlatego nie używałabym go do demakijażu oczu. Raz, że można nabawić się podrażnień a dwa produkt, będzie świetnie się sprawdzał w drugim myciu.
Balsam doskonale oczyszcza, odświeża, rozpromienia cerę bez uczucia ściągnięcia czy zaczerwienień. Uwielbiam stosować go szczególnie rano, jest świetną bazą pod dalszą bogatą w antyoksydanty pielęgnację a także lekki makijaż.
Pomimo, małej pojemności bo jest to tylko 50ml, produkt jest nadzwyczaj wydajny, do umycia buzi wystarczy niewielka porcja.
Jedyne co mi w nim nie pasuje, to jego zapach, kompletnie się nie zgraliśmy. Połączenie Matcha, z tymi wszystkimi olejkami i ekstraktami nie pasuje mojemu nosowi. Na szczęście mam wrażenie, że wraz z czasem ten zapach jest mniej intensywny.
Kolejnym jego minusem jest cena, która wynosi 57 funtów. Oczywiście jest to wartość względna, dla każdego "drogo" może co innego oznaczać. Byłabym skłonna tyle wydać ponownie, gdyby produkt nie budził we mnie żadnych negatywnych zastrzeżeń. Niestety w przypadku zapachu, nie jestem mu w stanie dać drugiej szansy. Nie przekreślam jednak marki zupełnie, mam ochotę na maski :) . Produkt kupiłam na Alyaka.

Znacie ten produkt?

Ściskam. Iwona.