środa, 28 czerwca 2017

Enzymatyczny żel myjący/ Vianek.

Enzymatyczny żel myjący/ Vianek.



Jak pewnie się orientujecie, produkty do oczyszczania buzi to mój konik. Uwielbiam testować nowości, mam swoich ulubieńców, generalnie kupuję ich najwięcej jeśli chodzi o produkty pielęgnacyjne. Ostatnio myłam twarz nowością marki brzmiącej sielsko, anielsko i tak polsko się kojarząco, czyli Viankiem. A że ogromnie lubię peelingi enzymatyczne, to bez wahania właśnie po żel enzymatyczny sięgnęłam. Tak się składa, że produkty do oczyszczania Sylveco poznałam i uważam, że marka robi je świetnie, uważnie dbając o skład no i o nasze portfele, bo produkty te drogie nie są. 
Ogólnie to powiedzieć muszę, iż dodanie bromelainy do żelu oczyszczającego to świetny pomysł. Przygotowując się do pisania tego posta, próbowałam w  myślach przywołać podobny produkt na polskim rynku i szczerze mówiąc nic do głowy mi nie przychodzi. Także Vianek zapełnił pewną lukę w tym temacie. 
Produkt Vianka to typowy żel oczyszczający zawierający jak zawsze w przypadku produków marki delikatny detergent do którego dodano bromelainę ( przypomnę, że jest to enzym z owoców ananasa, wykazujący delikatne działanie złuszczające i przeciwzapalne), kwas migdałowy i ekstrakt z owoców czarnej porzeczki, źródło witaminy C. 
Produkt dostajemy w poręcznej buteleczce, bez szału i wielkich uniesień po jej ujrzeniu. Praktycznie i prosto, pompka działa bez zarzutu od początku do końca. 
Po zużyciu całej buteleczki tegoż żelu, wniosek jaki mi się nasuwa jest taki, że ta propozycja Vianka to świetne rozwiązanie dla osób zaczynającymi swoją przygodę z produktami działajacymi na zasadzie peelingów enzymatycznych. Dla tych, które boją się jak zareaguje ich cera i wreszcie gdy w tym całym gąszczu różnych produktów, różnych konsystencji nie wiedzą na co się zdecydować. Tutaj sprawa jest prosta, nakładamy żel na buzię, nie musimy martwić się ile go nałożyć, ile trzymać. Wystarczy wykonać te wszystkie czynności jakie wykonuje się z każdym innym żelem do mycia buzi. Skóra staje się przyjemnie odświeżona, wygładzona, promienna. Żelu używałam głównie do porannego oczyszczania. Tak przygotowana buzia świetnie przyjmuje dalszą pielęgnację i makijaż. 
Oczywiście stoję na stanowisku, że tego typu produkt, który ma tak krótki kontakt z cerą nie zadziała i nie pokaże prawdziwej mocy jak tradycyjny peeling enzymatyczny.  Nie można oczekiwać od żelu właściwości jakie mają peelingi czy maski.
Z uwagi na to, że jest to produkt złuszczający raczej nie radziłabym go stosować codziennie. Pamiętajcie, że zbyt częste, zbyt radykalne, nierozsądne stosowanie produktów złuszczających może jeszcze bardziej uwrażliwić Wasze cery i spotęgować nurtujące Was cery problemy.  Żelu używałam dwa do trzech razy w tygodniu, w zależności od potrzeb cery.
Żel dosyć dobrze się pieni, ma odpowiednią konsystencję. Nie podrażnia, nie wysusza cery a fajnie ją wygładza.
Podsumowując, żel enzymatyczny to fajna, ciekawa propozycja do mycia buzi. Nie powaliła mnie może tak na kolana jak kolejny produkt, jaki testuję, czyli żel z kwasami od Sarah Chapman, ale Sarah to inna liga, inne doznania i inna cena i temat na kolejną historię...

Znacie ten żel Vianek? Jak Wasze wrażenia? ( 150ml, około 21zł, w Anglii kupiłam tu, 5,19 funta)

Ściskam. Iwona!

 

sobota, 24 czerwca 2017

Full Of Grace. Serum kojące do twarzy/Lush.

Full Of Grace. Serum kojące do twarzy/Lush.




Serum kupiłam w zasadzie przez przypadek. W salonach Lush panuje świetna atmosfera, pracują świetni, wyluzowani ludzie i nawet jeśli nie mam nic do kupienia to lubię tam wejść. Powąchać, popatrzeć, nawdychać się tej atmosfery właśnie. Tak było i tym razem, nie miałam w planach nic kupić albo może inaczej, nie chciałam kupować znowu maski lub znowu czyścika, jak zawsze w Lush. "W takim razie spróbuj tego"- powiedziała Dziewczyna mnie obsługująca. " mydła w kostce też nie chcę", mówię do niej. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę, że owa kostka leży przy karteczce z napisem Serum do twarzy. No wspaniale! Pani trafiła w sedno. Full of Grace to kojące serum do twarzy,  w bardzo nietypowej formie, bo kostki. Kupiłam go z zamiarem stosowania na noc, lubię wtedy nałożyć na buzię, coś kojącego, otulającego tak aby zrelaksować cerę, dać jej kopa do regeneracji właśnie w ciągu nocy. 
Serum oczywiście jest naturalne, oczywiście bazuje na samych składnikach naturalnych i oczywiście cały proces produkcji odbywa się bez narażania zwierząt na jakiekolwiek cierpienie. Znaczy to tyle, że firma na nich na szczęście nie testuje.
Serum poza ciekawą konsystencją ma  świetny skład. To odżywcza mieszanka olejów: różanego, migdałowego i rumiankowego z masłem murumuru o działaniu przeciwbakteryjnym a także ekstraktem z grzybów Portobello, prawdziwą bombą bogatą w antyoksydanty. 
Serum może wydawać się bogate i tłuste, nie ma się co temu dziwić. Osobiście z tego typu produktami jestem na bakier ale Lush pomyślał o takich przypadkach jak ja dodając do serum puder kalaminowy, zapobiegający tłustości. A dodatkowo wykazujący silne  właściwości antybakteryjne i przeciwzapalne. 
Serum najlepiej aplikuje mi się postępując jak z każdą inną kostką do masażu, czyli delikatnie pocieram nią buzię.  Kostka w kontakcie ze skórą błyskawicznie się topi i uwalnia wszystko to co w niej dobre i wnika w skórę. Nawilża ją, delikatnie ujędrnia, pomaga redukować suche skórki ( moja zmora to te przy nosie), koi, goi jakieś drobne niespodzianki. To pierwsze serum z taką ilością olejków, które mnie nie zapchało i nie powoduje powstawania zaskórników. Dodatek wspomnianego wyżej pudru rzeczywiście sprawia, że serum nie jest jakoś tłuste, naprawdę nie ma uczucia ciężkości, której nienawidzę.  Świetnie mi się sprawdza, gdy nakładam wcześniej peeling kwasowy lub maskę głęboko oczyszczającą. Przywraca równowagę i ukojenie cerze, po tychże zabiegach. 
Dla cery mieszanej czy tłustej a nawet normalnej serum wystarcza jako cała nocna pielęgnacja. 
Nie spodziewałam się, że ta niepozorna, mała kostka tak pozytywnie mnie zaskoczy! ( 8,25 funta/20gram, sklepy Lush)

Znacie ten produkt Lush, koniecznie zdradźcie Waszych ulubieńców.

Ściskam. Iwona. 



poniedziałek, 19 czerwca 2017

Balsam do twarzy i ciała/ Avene Trixera.

Balsam do twarzy i ciała/ Avene Trixera.





Dawno żaden  produkt  do pielęgnacji ciała tak pozytywnie mnie nie zaskoczył jak tym razem. Nigdy też nie zdarzyło się aby balsam do ciała sprawdzał się także na mojej dość problematycznej cerze. Nie miałam pod tym względem szczerze mówiąc żadnych oczekiwań, wszak często gęsto kremy  przygotowane pod konkretne problemy skóry potrafiły się u mnie nie sprawdzić. 
Avene darzę wielką sympatią, ich produkty są ze mną/ z nami od wielu lat. Ich stosowanie zapewnia i mi i mojej rodzinie komfort bez podrażnień, uczuleń. Co przy wrażliwej skórze zdaje się być niezwykle istotne.
Linia TRiXera to nowości ostatnich kilku miesięcy w rodzinie Avene. To kompleksowa ochrona wrażliwej, suchej i bardzo suchej skóry dla całej rodziny. Prócz mleczka o którym traktuje dzisiejszy post, znajdziemy tu również niezwykle przyjemny żel pod prysznic. 
Balsam jak przystało na produkt dla całej rodziny ma 'rodzinną pojemność', bo aż 400ml ( wydaje mi się, że dostępne są mniejsze pojemności, ale cenowo opłaca się ta większa pojemność). 
Balsam ma ciekawą półpłynną, lekką konsystencję bez zapachu. Jest kompletnie nie tłusty i za to mu chwała, szczególnie gdy lato za oknem. Do jego niewątpliwych plusów zaliczam szybką aplikację i jeszcze szybsze wchłanianie. To lubię! 
Receptura balsamu oparta jest na trzech rodzajach lipidów roślinnych, aby przywrócić skórze naturalną barierę ochronną a specjalny opatentowany składnik o nazwie Selectiose ( nie musicie go zapamiętywać) , zmniejsza i łagodzi podrażnienia. Oczywiście znajdziemy tu także kojącą wodę z Avene.
Moja skóra na ciele i twarzy przeszła transformację. Z tłustej na twarzy jest teraz normalna, a z normalnej na ciele stała się niezwykle sucha, szybko reagująca podrażnieniami. Szczególnie groźnie było na łokciach i kolanach , gdzie zmiany powodowały dyskomfort w postaci nawet krwawień. Zrezygnowałam z naturalnych maseł czy balsamów. Olej koksowy, masło z avocado czy shea, tak polecane w przypadku problemów z suchą skórą powodowały u mnie zaognienie zmian. Z podkulonym ogonkiem wróciłam więc do produktów aptecznych. Co by o nich nie mówić, to najlepiej przebadane dermatologicznie preparaty, które rzeczywiście mogą pomóc w przypadku dużych problemów.
I taki jest ten balsam, niesamowity! Nie mogę się doczekać aby go zaaplikować aby zaraz poczuć się komfortowo. Balsam koi, goi, delikatnie chłodzi skórę. Świetnie sprawdza się tuż po goleniu a także z czym przyszło mi się zmierzyć wczoraj, delikatnym poparzeniem skóry od słońca. Przyniósł jej niesamowity komfort. To mleczko daje taki efekt o jakim marzyłam od zawsze. Długofalowo nawilża, zmiękcza, napina skórę. Nabiera ona niesamowitego blasku, wszelkie niedoskonałości są mniej widoczne. I co niezwykle istotne efekt ten trwa długie godziny. Skóra jest miękka i przyjemna w dotyku.
Pewnego razu z braku laku postanowiłam go nałożyć na buzię. Wspaniale szybko się wchłonął, nawilżył  a rano po przebudzeniu nie odnotowałam żadnej katastrofy o co w moim przypadku wcale nie trudno. Uwielbiam takie wielofunkcyjne produkty.
Balsam rekomendowany jest dla całej rodziny, niestety nie sprawdziłam go na pozostałych członkach rodziny. Moi Panowie na słowo balsam, reagują jednym wielkim "ble", to jest dla dziewczyn!  (apteka melissa, 47,99)

Znacie ten produkt Avene?

Ściskam. iwona 




czwartek, 15 czerwca 2017

Produkty The Ordinary, podsumowanie.

Produkty The Ordinary, podsumowanie.






Tym z Was, którym umknęło to uwadze, w kilku słowach napiszę o projekcie pod tytułem The Ordinary.  Marka należy do większej całości pod nazwą Deciem, w szeregach której znajdziecie między innymi takie marki jak NIOD czy Hylamide, dostępny w UK w każdym Boots. The Ordinary to produkty  o prostym składzie bogatym w aktywne składniki, co wiąże się z wysoką skutecznością. To produkty przeznaczone dla osób wiedzących czego chcą, wiedzących jakie składniki aktywne mają dobry wpływ na ich akurat typ cery.  The Ordinary to także dobra opcja dla osób dopiero zaczynających przygodę ze świadomą pielęgnacją. Każdy produkt, to konkretne składniki aktywne : witamina C, witamina B3, kwas hialuronowy, witamina F, pozwalające na testowanie i poszukiwanie odpowiedniej opcji dla siebie. Większość produktów za pewnymi wyjątkami  można łączyć, tak by uzyskać jeszcze lepszy efekt. A wszystko to za na prawdę rozsądną cenę. Jedynym problemem, z jakim marka wciąż nie może sobie poradzić jest wciąż kiepska dostępność produktów. Wina leży niestety po stronie koncernu, moim zdaniem nie powinni prowadzić przedsprzedaży produktów i tyle. Kilkasest tysięcy zamówień i oczekiwanie na podkłady od kwietnia, to trochę przegięcie...
Testuję produkty od wielu miesięcy, zdążyłam wyrobić sobie o nich zdanie.  Dzisiejszy wpis to post zbiorczy na temat wszystkich produktów jakie mam lub miałam. Jestem ogromnie wdzięczna za wszystkie wiadomości i maile na temat Waszych doświadczeń z produktami marki.

Zaczynamy: 
 Niacinamide 10%+Zinc 1% to pierwsze serum jakie kupiłam.  Produkt wykazuje szerokie zastosowanie: działa przeciwutleniająco , jest niezwykle pomocny w leczeniu skóry trądzikowej. Zmniejsza problem nadmiernego wydzielania sebum, redukuje widoczność porów. Wygładza, napina i nawilża. Na temat tego tego serum jest na blogu oddzielna recenzja, także zapraszam (Klik). To jest produkt godny uwagi, poprawia stan cery trądzikowej, przyśpiesza gojenie zmian zapalnych i wygładza. Jedna z Was mi napisała, że preparat potrafi wysuszać szczególnie wrażliwą cerę! Także,  tutaj musicie obserwować stan cery, być może trzeba będzie zmniejszyć częstotliwość stosowania produktu. (Cosibella, 28zł) 

Serum z 23% witaminy C i 2% kwasu hialuronowego, bez wody, oleju i silikonów. To preparat z naprawdę dosyć sporym stężeniem kwasu askorbinowego ( witaminy C) o dosyć nietypowej konsystencji. Już piszę o co z nią chodzi. Kwas askorbinowy normalnie występuje w postaci proszku, a że to serum nie zawiera wody, nie miał on gdzie się rozpuścić. Stąd nakładając serum czujemy drobinki, proszku którym jest kwas askorbinowy. Przyznam, że na początku kompletnie nie nie wiedziałam jak podejść do tematu aplikacji. Te drobinki dość tępo się rozprowadzały. Moja rada jest taka, że najlepiej serum nakładać na lekko zwilżoną czy to tonikiem czy wodą termalną skórę. Następnie całość należy wklepać opuszkami palców. Proszek fajnie się rozpuszcza i całość szybko wchłania się w skórę. Uprzedzam, to serum nie jest dla każdego. Jeżeli nigdy nie stosowałyście preparatów z witaminą C, takie stężenie może okazać się po prostu zbyt wysokie. Ja wiem, że wiele z Was myśli, że to 'tylko witamina C', pamiętajmy jednak, że to kwas. Sama nie jestem nowicjuszką jeśli chodzi o preparaty z kwasami i w tym przypadku za każdym razem podczas aplikacji czuję dosyć mocne mrowienie. Producent mówi, o stosowaniu go nawet dwa razy dziennie. Moim zdaniem to za dużo, osobiście to serum stosuję 3-4 razy w tygodniu, zawsze wieczorem. Stosowane częściej powodowało, że moja cera zaczęła reagować przesuszeniem.
A nie o to chodzi w przypadku preparatów z witaminą C. Witamina C to prawdziwa bomba przeciw wczesnemu starzeniu się skóry, rozjaśnia przebarwienia, dodaje świetlistości cerze, napina i ujędrnia skórę. W tym przypadku serum wzbogacano kwasem hialuronowym aby dodatkowo pomógł nawilżyć cerę.
To jest serum, które rzeczywiście szybko przynosi efekty. Jestem zachwycona za każdym razem kiedy go nakładam. Problemem jedynie tutaj jest ta nietypowa konsystencja, do reszty nie mam zastrzeżeń. (cosibella, 28zł)

Peeling 30% AHA BHA 2%, to preparat którego wiele z Was było bardzo ciekawe. Musiałam jednak mieć trochę czasu na jego porządne przetestowanie. Myślę, że było to około 3 miesięcy. I to jest Proszę Państwa petarda!  Teraz mini salon kosmetyczny możemy mieć w domu. Wysokie stężenie kwasów wzbogacone substancjami nawilżajacymi (kwas hialuronowy), łagodzącymi a także wspomagającymi gojenie (witamina B3) a do tego niskie PH, naprawdę robi tutaj swoje. Mieszanka koloru ciemnoczerownego nałożona na buzię wygląda groźnie. Za pierwszym razem zastanawiałam się czy to nie jakieś poparzenia :D. Czuć oj czuć, że peeling ma moc! mrowienie, lekkie szczypanie towarzyszy Mi od początku do końca obcowania z nim.Peeling zostawiamy na buzi 10 minut, sugerowałabym przestrzegać tego czasu. Oczywiście jeśli Wasza skóra zareaguje wyjątkowo źle, należy produkt jak najszybciej zmyć.
Na rezultaty nie trzeba długo czekać, gładka cera, zamknięte pory.Produkt stworzona z myślą o cerze trądzikowej, zaskórnikowej, produkującej sebum w nadmiarze. I tutaj  peeling działa znakomicie. Prócz właściwości przciwzapalnych ma także działanie ujedrniające, wpływa na produkcję kolagenu w skórze. Trudno mi ten efekt porównać do jakiegokolwiek innego. Chyba jedynie profesjonalne zabiegi kosmetyczne dają takie rezultaty. Jeżeli borykacie się z problemem wrastających włosków po depilacji, ten peeling ma temu zaradzić. Nie testowałam go jednak pod tym kątem.
Tutaj znowu jak w przypadku serum z witaminą C, przestrzegam i odradzam stosowanie tego produktu, jeżeli nigdy nie miałyście do czynienia z produktami z kwasami! Po drugie po użyciu peelingu koniecznie sięgajcie po ochronę przeciwsłoneczną. Ja chyba odpuszczę stosowanie tego produktu w okresie letnim, moja cera szybko "łapie' przebarwienia, nie będę ryzykować. (cosibella, 34zł).

Na koniec jeśli chodzi o produkty do twarzy,serum które pojawiło się całkiem niedawno w ofercie The Ordinary, czyli serum z kwasem salicylowym 2%. Musiałam je kupić, bo kwas salicylowy od lat jest moim ulubionym składnikiem jeśli chodzi o walkę z pryszczami i zaskórnikami.  Serum stosuję głównie punktowo na stany zapalne. Poprzez złuszczanie naskórka zauważyłam, że szybsze ich gojenie. Pory są oczyszczone, zaskórniki zwężone. Świetny produkt do stosowania miejscowego w okresie kiedy moja skóra przechodzi kryzysy. Serum ma tylko 15ml pojemności. ( cosibella, 22zł).

W ofercie The Ordinary znajdziecie także produkt do pielęgnacji okolic oczu, czyli Caffeine Solution 5%+EGCG.  Na widok kofeiny i zielonej herbaty w składzie reaguję zawsze ochoczo. Składniki te to dla mnie znak, że produkt będzie działał przeciw obrzękom, opuchnięciu i ogólnie może choć troszkę niwelował oznaki niewyspania. Produkt przychodzi w buteleczce z pipetką, łatwo się go dozuje. Z tym, że produkt potrafi osiadać na jej szyjce. Trzeba pamiętać o jej oczyszczeniu. Produkt trzymam w lodówce, nałożony rano i delikatnie wmasowany,  łagodzi i niweluje obrzęki. Okolice oczu wyglądają zdecydowanie lepiej. Niestety moim zdaniem preparat kiepsko nawilża. Jeżeli nakładam go na noc na niego aplikuję jeszcze krem pod oczy Resibo.  Super połączenie! (cosibella, 31zł).

Podałam Wam adres polskiego dystrybutora kosmetyków The Ordinary, bo o to często pytacie. Produkty można kupić w niepełnej ofercie także na Lookfantastic czy  Victoriahelath.


sobota, 10 czerwca 2017

Ulubieńcy maja.

Ulubieńcy maja.



Moje urodziny, imieniny, Dzień Mamy, słońce, zieleń, plaża, to był Nasz maj. A u Was jak? Mam nadzieję, że było równie przyjemnie :)
Czas rozliczyć go kosmetycznie. Te kilka produktów, które Wam pokażę, to na prawdę na ten czas produkty dla mnie wyjątkowe. Sięgam po nie z największą przyjemnością, bo wspaniale wywiązują się ze swoich zadań. 

REN Evercalm Ultra Comforting Rescue Mask, to majowa nowość, ale już zdobyła moje serce swoją delikatnością i skutecznością. Ta kojąca maska , błyskawicznie zwalcza zaczerwienienia, podrażnienia, świąd, stany zapalne skóry.  Idealna dla skóry zaczerwienionej, podrażnionej wiatrem czy słońcem, narażonej na stres czy zmiany czasu. REN chwali się, że jako pierwszy zastosował w produkcie tego typu esktrakt z białych grzybów, który odstresowuje skórę poprzez blokownie sygnałów bólowych. Ta maska to wspaniały kompres dla zmęczonej, podrażnionej cery. Przyjemna aksamitna, kremowa, otulająca formuła błyskawicznie koi, zapewnia poczucie komfortu. Skóra po jej użyciu robi się miękka, gładka i aksamitna. Maseczka doskonale sprawdzi się przy każdym typie cery,począwszy  od suchej na tłustej potrzebującej komfortu i ukojenia kończąc. To jest maska która jest prawdziwym pocieszeniem dla skóry. ( 50ml/ 28 funtów. klik )

La Roche Posay, Effaclar H, kojąco-nawilżający krem myjący. To produkt przeznaczony dla cery tłustej ze skłonnością do trądziku, uwrażliwionej przez stosowanie różnych kuracji. To mój hit ostatnich miesięcy!. Tak przyjemnego, komfortowego, otulającego produktu myjącego nie spotkałam od lat. Kremowa, niepieniąca się formuła bez mydła, doskonale oczyszcza buzię bez wysuszenia, podrażnienia i dyskomfortu. Błyskawicznie, koi, goi i nawilża. Rzeczywiście daje poczucie, iż na twarz nakładam niezwykle przyjemny krem a nie produkt myjący. Tego produktu nie może zabraknąć w mojej łazience, nigdy! ( 200ml/ 47, 99złotych Superpharm ).

I znowu La Roche Posay, tym razem ukochałam markę w produkcie do makijażu. O kremie koloryzującym z serii Effaclar Duo pisałam już w jednym z ostatnim wpisów, tam Was więc odsyłam (klik). Zdania o nim nie zmieniłam, używam codziennie. Kryje zgodnie z moimi preferencjami, nie daje płaskiego matu, wygląda po prostu naturalnie. Na buzi trwa cały dzień no i wykazuje właściwości lecznicze. Nie mogłam marzyć o lepszym produkcie ( 40ml/ 49,99 Superpharm )

Kojący balsam Resibo, kupiłam także w maju i to było na prawdę dobre posunięcie. Balsam ma dosyć bogatą formułę, która nawilża, koi i regeneruje usta. Świetny w każdym momencie dnia. W Kornwalii często wieje, borykam się więc ze spierzchniętymi ustami. Nałożenie tego balsamu to prawdziwy opatrunek dla ust. Usta błyskawicznie stają się gładsze, nawilżone, soczyste. I uwaga, efekt ten trwa, nawet wtedy gdy balsam zniknie z ust. Nie przesadzajcie z ilością nakładanego produktu, bo potrafi się wtedy nieestetycznie zbierać (10ml/ 39zł Resibo).

Na koniec kolejny produkt do oczyszczania...no cóż, mam świra na punkcie produktów do oczyszczania. W maju szczególnie upodobałam sobie balsam Steam Clean , Skin& Tonik London. Sama natura zamknięta w słoiczku. Jestem zakochana w jego aromacie. Eukaliptus w połączeniu z miętą tworzy mieszankę niezwykle przyjemną dla nosa. To są moje aromaty! Po szczegóły o produkcie zapraszam dwa posty wstecz (klik).  ( 50ml/ 154,90 zł, Organicall ). 

Tak oto przedstawiają się moi ulubieńcy, większość z nich używam także i w czerwcu, oczywiście obiecuję wrócić z kolejnymi perełkami już w lipcu :)

Ściskam. Iwona.



wtorek, 6 czerwca 2017

Ritual Of Sakura/ pianka pod prysznic, Rituals.

Ritual Of Sakura/ pianka pod prysznic, Rituals.






Markę Rituals poznałam kilka lat temu, kiedy to dane mi było trochę pobyć w Holandii. Nie znałam wtedy blogów, nie żyłam internetowym światem, kompletnie nie wiedziałam co kupuję. Uwiodły mnie zapachy a także ciekawa konsystencja żelu pod prysznic. Dziś już wiem, wiele więcej na temat marki, jej pochodzenia a także jej filozofii. A tę tworzą proste słowa " szczęście zbudowane jest na drobnych rzeczach". Takie to proste, nie oczekujmy od życia nie wiadomo czego. Dążmy do szczęścia małymi krokami. Czerpmy radość z małych rzeczy, tych wydawało by się prozaicznych. Do takich niewątpliwie zaliczyć można codzienny prysznic czy też kąpiel. Niech będzie więc aromatycznie, uwodzicielsko, relaksująco. To dla tych chwil swoje produkty tworzy Rituals. Ich produkty to przede wszystkim zapach. Linia The Ritual of Sakura jest wyjątkowa, oparta na symbolu najważniejszym w Japonii, czyli wiśni. 
Myślisz Rituals, mówisz pianka pod prysznic. To najbardziej rozpoznawalny produkt marki ze względu na ciekawą konsystencję, która przypomina gęsty, kremowy i aksamitny żel do golenia. Po kontakcie z wodą zmienia się w przyjemną piankę. Pianka ma piękny, wyrafinowany, relaksujący zapach. Nie jest on zbyt trwały, ale kąpiel na pewno umili, potem znika wraz z wytarciem skóry ręcznikiem. Co do jego właściwości, nie mam się do czego przyczepić robi to co ma robić, myje i odświeża ciało a  za sprawą zapachu i koi zmysły. Właściwości pielęgnacyjne zapewnia tu między innymi mleczko ryżowe.
Piankę Rituals traktuję jako pewnego rodzaju gadżet. Używam jej zawsze wtedy, gdy znudzi mi się mój ulubiony olejek La Roche Posay, gdy potrzebuję pięknego zapachu, odprężenia, chwilowego poczucia, że jestem w SPA. Nie jest to dla mnie produkt mocno pielęgnujący, jakoś wybitnie nawilżający. W składzie znajdziecie SLS-y, a perfumy przed ekstraktami. Firma na szczęście nie testuje na zwierzętach, a do produkcji nie używa olejów mineralnych i parabenów. Także, dla wrażliwych na przesuszenie, łuszczących się skór ( a moja do takich należy) produkt może okazać się drażniący. Zdecydowanie lepiej sprawdzi się tutaj olejek z tej linii. 
Pianka ma dosyć przyzwoitą wydajność, nie napiszę na ile mi starcza, bo nie używam jej codziennie, tylko od czasu do czasu.

Znacie Rituals? 

Ściskam. Iwona.