czwartek, 28 marca 2019

Cleansing Volumizing Paste /Christophe Robin. Pasta myjąca do włosów z glinką.

Cleansing Volumizing Paste /Christophe Robin. Pasta myjąca do włosów z glinką.




Cleansing Volumizing Paste Christophe Robin, to bardzo ciekawy głęboko oczyszczający i nadający włosom objętości produkt. Nie jest płynem, a pastą, kóra przy pierwszym spojrzeniu do pudełeczka kojarzy się z kupą. Na szczęście to tylko takie skojarzenie, bo nasz nos łapie już zapach, jakim nasycony jest produkt. Oczyma wyobraźni widzę bukiet świeżo ściętych róż z ogródka babci. Cudowny, romantyczny, naturalny i przywołujący miłe chwile. Ktoś powie mycie włosów, to mycie włosów, dla kogoś innego to przykry obowiązek. Ten produkt sprawi, że ta prozaiczna czynnosć stanie się takim trochę rytuałem.
Pasta jest produktem w pełni naturalnym z delikatnymi substancjami myjącymi, aby nie podrażniać skóry głowy. Najważniejszym jej składnikiem jest glinka Rhassoul. Rhassoul/ghassoul/glinka marokańska to jedna z najwcześniej poznanych i wykorzystywanych w pielęgnacji glinek. Wydobywa się w jedynych na swiecie złożach znajdujących się w Górach Atlas znajdujących się w Maroku właśnie.
Bogata w magnez, cynk, krzem, wapń, żelazo, lit. Odpowiednia dla cer trądzikowych ale i wrażliwch. Oczyszcza, odtłuszcza, reguluje wydzielanie sebum, nie narusza bariery hydrolipidowej skóry. Zastosowana na włosy, zrobi dokładnie to samo co maska na twarz. Można powiedzieć, że pasta Christophe Robin to swego rodzaju glinkowa maska myjąca do skóry głowy i  włosów. Wchłonie nadmiar sebum, wpłynie na ich sprężystość i objętość a przy tym będzie łagodna dla skóry głowy (działanie łagodzące dodatkowo spotęguje zastosowana w produkcie woda różana).
To niesamowite, jak pasta błyskawicznie i wspaniale się pieni. Aby porządnie umyć włosy i skórę głowy wystarczy odrobina produktu. W moim osobistym rankingu to jeden z najbardziej wydajnych produktów do mycia włosów.
Rezultaty? Po użyciu tego produktu, czuję jak bym w moje włosy  tchnęła nowe życie. Skóra głowy jest dokładnie i dogłębnie oczyszczona. Pasta zapewnia jej także odpowiednią równowagę, żadnych podrażnień, tylko regulacja wydzielanego sebum. Wysuszone włosy są lekkie, pełne objętości i lekko "dociążone". Pasta w przeciwieństwie do wielu szamponów dodających objętości nie robi z moich włosów trudnego do rozczesania siana. Włosy w dotyku są miękkie i jedwabiste. W dniu kiedy myję włosy tą pastą nie stosuję już żadnej odżywki, jedynie sprej ułatwiający układanie i dodający objętości Briogeo. Mam wrażenie, że każdy produkt nałożony po umyciu włosów tą pastą wykazuje lepsze działanie. Nie muszę się bać, że coś je obciąży i przyniesie efekt odwrotny do zamierzonego.
Moja rzeczywistość jest taka, że muszę myć włosy codziennie, bo bardzo się przetłuszczają. Robię to rano i normalnie gdybym miała jakąś nocną imprezę, musiałabym umyć je jeszcze raz. Stosując tę pastę moje włosy zyskują znacznie na świeżości i to wieczorne mycie mogłabym w zupełności pominąć. 
Pasta Chrtistophe Robin zyskała stałe miejsce w mojej łazience. Wpływa na ogólną kondycję włosów cienkich, delikatnych i szybko przetłuszczajacych. Nie jest to produkt co codziennego stosowania. Maseczek glinkowych na twarz nie używamy też przecież codziennie. 
Jedynym minusem tego produktu jest cena. Warto kupować mniejsze pojemności. Tak jak pisałam na początku jest szalenie wydajna i małe opakowanie wystarczy na długie miesiące ( mam krótkie włosy) . 75ml/17 funtów ( kupiłam w promocji 15% na lookfantastic) 

piątek, 22 marca 2019

Balancing Mist/ Disciple Skincare.

Balancing Mist/ Disciple Skincare.



W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam pokazać, że tonik nie musi być skomplikowany, naładowany egzotycznymi składnikami, aby działał i przynosił wymierne efekty w postaci zdrowej i zrównoważonej cery. Chcę Was przekonać także (jeśli do tej pory tego nie zrobiliście), że tonizacja to ważny etap w pielęgnacji cery. Wyrównuje pH, w zależności od użytych składników działa na różne skóre dolegliwości. Kolejne produkty znacznie lepiej się wchłaniają a tym samym skuteczniej działają kiedy zaaplikowane są na zwilżoną tonikiem skórę. 
Od kilku miesięcy stosuję antybiotyk na trądzik, dodatkowo na brodę aplikuję Differin. Widzę bardzo dobre rezultaty. Staram się nie obciążać cery skomplikowaną, podrażniającą pielęgnacją, bo siłą rzeczy zrobiła się nadwrażliwa. Do tonizacji wystarcza mi neutralna w działaniu woda termalna i Balancing Mist Disciple Skincare. To najbardziej "prosty" tonik w mojej kolekcji. Przyznam, że znalezienie dwu-trzyskładnikowego produktu wcale proste nie było. 
Disciple Skincare to angielska marka założona przez psychoterapeutkę Charlotte Ferguson. Gama kilku produktów, które znajdują się aktualnie w ofercie marki skierowana jest do osób ze "zestresowaną" skórą borykających się z trądzikiem wieku dorosłego czy wypryskami. Używając minimalnej ilości naturalnych składników, Disciple swoimi produktami chce pomóc w walce o czystą, piękną cerę. Minizmalizm widoczny jest także w chłodnej, prostej szacie graficznej. Mnie to kupuje. Wszystkie produkty, nie są też przesadnie drogie.
Balancing Mist to prostota w najlepszym tego słowa znaczeniu. To tylko trzy składniki. Główne skrzypce gra tu woda z geranium. Geranium posiada naukowo udowodnione właściwości przeciwbakteryjne, regenerujące i antyoksydacyjne. Geranium przypisuje się także właściwości regulujące hormony. Pamiętajmy, że to one właśnie są odpowiedzialne, za trądzik wieku dorosłego. Drugim składnikiem toniku są działające ujędrniająco i przeciwzmarszczkowo peptydy miedzi. Uwielbiam! serum peptydowe NIOD to mój ulubieniec od wielu wielu miesięcy. Patrząc na kolor i cenę toniku, raczej nie dodali go w ilościachtakich jak w Cooper Amino Isolate Serum  2:1 (czytaj recenzję). Skład zamyka zapobiegajaca odparowywaniu wody z naskórka i działająca nawilżająco gliceryna.
Tonik dostajemy w postaci mgiełki. Atomizer nie jest zły ale do ideału mu brakuje. Nie rozpyla idealnej mgiełki, stąd trzeba być uważnym w aplikowaniu produktu jako odświeżenie w ciągu dnia na buzię pokrytą makijażem.
Mgiełkę stosuję jako pierwszy krok tuż po tym jak wykonam oczyszczanie. Może być stosowana zarówno rano jak i wieczorem. To bardzo dobry produkt dla cer tłustych i trądzikowych z problemem wyprysków czy rozregulowaną produkcją sebum. Działa ściągająco, regulująco i zwężająco na pory. Lubię nakładać ją w większej ilości w dniach kiedy moje hormony próbują wziąć górę nad dobrym stanem cery i pojawiają się wypryski, cera szybciej się prztłuszcza. Czuję, że trzymam ją w ryzach. 
Balancing Mist jest idealnym sprzymierzeńcem w walce ze stanami zapalnymi skóry. Przynosi ukojenie, równowagę i jędrność problematycznej cerze. Tak jak pisałam wyżej jestem w trakcie kuracji dermatologicznej i takie proste rozwiązania nie tylko ją wspomagaja ale i są pomocne w celu powrotu do równowagi. ( 50ml/15funtów. Kupiłam na Cult Beauty


środa, 20 marca 2019

C-Tango Multivitamin Eye Cream/ Drunk Elephant.

C-Tango Multivitamin Eye Cream/ Drunk Elephant.




Kochają go redaktorki, testują instagramerki i blogerki. Generalnie mile widziane jest pokazanie w swojej rutynie pielęgnacyjnej uroczego opakowania z logo słonika. Drunk Elephant proszę Państwa jest na fali. Słodko, kolorowo, modnie i bardzo drogo. Od jakiegoś czasu produkty marki można bez problemu kupić w UK ( Cult Beuaty ma darmową wysyłkę tdo Polski, także miłej zabawy :D).
Bodźcem do założenia marki przez amerykankę Tiffany Masterson było niezadowolenie wynikające z często udawanych formuł pełnych substancji, które zamiast pomagać, szkodzą. Obietnice, które okazują się tylko bełkotem marketingowym. Wszyscy to znamy prawda?  Sama Tiffany zaczęła mieć również problemy z cerą. W swoich produktach wyeliminowała wszystkie substancje uznawane za drażniące. Te podejrzane składniki to : olejki eteryczne, barwniki, zapachy, silikony, alkohole, SLS i filtry chemiczne. Decydując się na produkty Drunk Elephant możecie mieć większą pewność, że nie będą one szkodzić cerom szczególnie wrażliwym w tym także poddawanym różnego rodzaju kuracjom dermatologicznym.
Wizualnie tutaj jest cacy. Wszystkie produkty marki zapakowane są w słodkie opakowania typu airless, dzięki czemu nie mają kontaktu z czynnikami środowiska i w konsekwencji mogą swoje właściwości pielęgnacyjne zachować od początku do końca na najwyższym poziomie. Same pompki są wykręcane. Wygląda to wszystko uroczo. Myślę, że zgodzą się ze mną wszyscy producenci kosmetyków, że tego typu opakowanie znacząco wpływa na ostateczną cenę produktu. 
Póki co moją łazienkową półkę zdobią dwa produkty marki. O jednym z nich będzie dzisiejszy wpis. 
Pisałam już nie raz,  że z kremami pod oczy mam różne relacje.  Producenci często dodają do nich niewielkie ilości substancji czynnych ( ma to związek z bardzo drogimi badaniami okulistycznymi), ciężko więc o spektakularne efekty. Dlatego poraz kolejny napiszę, jeśli nie macie wyjatkowo wrażliwej okolicy, spróbujcie aplikować Wasze ulubione serum do twarzy także w okolice oczu. Rekomenduję te z witaminą C, czy nawet retinolem.
C-Tango Eye Cream to kombinacja zawierająca składniki rozjaśniające, pielegnujące i kondycjonujące okolicę wokół oczu. Łącznie ponad 70.. w tym trzy różne formy witaminy C, ekstrakt z ogórka,osiem form peptydów, ceramidy, olejki roślinne, substancje łagodzące. To tango silnych ale i jednocześnie łagodnych substancji pomagających zachować świeże, zdrowe spojrzenie. 
Przekręcamy pomarańczową nakrętkę i według założeń producenta ma być magia.  Krem ma postać balsamu, przy czym według mnie nie jest on jakiś szczególnie nadzwyczajny, jedwabisty. Bez fajerwerków, powiedziałabym nawet że balsam jest tępawy w odbiorze, nie pozwala na wykonanie dłuższego masażu. Znam lepsze formuły .
Pisząc tę recenzję, jestem po skończonym opakowaniu, wnioski? Patrząc na skład to to jest prawdziwa peterda, bez zapachu, nie będzie więc podrażniać okolic oczu. Krem przede wszystkim pięknie rozjaśnia okolice oczu. Buzia wydaje się zdrowsza, promienna i wypoczęta. Niestety dość kiepsko nawilża. Nie polecam go zatem osobom z suchą skórą. Będzięcie zawiedzione. Ja w każdym razie byłam. 
Reasumując, mam mieszane uczucia względem tego produktu. Gdyby był o połowę tańszy, pewnie byłoby okej. Przy tej cenie ( około 250zł) i całym tym szale na markę spodziewałam się zdecydowanie więcej... Oczywiście doceniam długą listę wspaniałych składników, opakowanie, ale kremu nie kupię ponownie. Cała ta otoczka wokół marki daje wrażenie, że otrzymujemy produkty doskonałe, warte tej ceny. W moim odczuciu tak nie jest. Testuję jeszcze serum nawilżające i jest przeciętne, nie mam na niego pomysłu w mojej pielęgnacyjnej rutynie. Moja ocena 6/10. ( kupiłam na Cult Beauty w promocji -15%. Regulrna cena to 54funty). 



poniedziałek, 4 marca 2019

Balsam odżywczy/Resibo.

Balsam odżywczy/Resibo.



W całej tej mnogości produktów do pielęgnacji ciała ciężko mi się powstrzymać z chęcią testowania wciąż czegoś nowego i pozostawania dłużej przy jednym produkcie. Nie zdarza mi się często ponawiać zakupów. W przypadku odżywczego balsamu do ciała Resibo tak jednak jest. Dla mnie to idealny i bezproblemowy produkt do codziennego użytku. Trochę zaczęły mnie męczyć te wszystkie tłuste, naturalne masła do ciała. Wchłania to się milion godzin, często tłuści ubrania. Chciałam napisać, że jestem zbyt leniwa na takie historie, ale to nie prawda. Odepowiednim słowem będzie tu-niecierpliwość. Ta cecha charakteru towarzyszy mi nie tylko w "kosmetycznym" życiu ale i na co dzień. 
 Resibo spełnia wszystkie moje podstawowe oczekiwania jeśli chodzi o balsam. Ma naturalny skład, wspaniałe składniki (o nich za chwilę), udaną kosnystencję i co najważniejsze działa! Firma nie testuje oczywiście na zwierzętach.
Balsam dostajemy w miękkiej tubie. Lubię takie rozwiązania, chociażby dlatego, że nic się nie marnuje. Pod koniec wystarczy tubę przeciąć i cieszyć się produktem do ostatniej kropli. No chyba, że jesteśmy niezadowolone, wtedy ta ostatnia kropla nabiera nowego znaczenia :D. Nie ma się do czego przyczepić jeśli chodzi o stylistykę. Jesteśmy do niej przywyczajone od lat. Prosto, pastelowo i schludnie. Ewidentne skojarzenia, że o to mamy w rękach produkt blisko związany z naturą.
W składzie oleje: monoi, także egzotyczny olej kukui (wysoka zawartość kwasów tłuszczowych, silne działanie regenerujące, naturalny filtr przeciwsłoneczny), olej migdałowy, olej abisyński, masło shea a także panthenol.  Wszystkie te składniki połączone w całość zapewniają kompleksowe działanie.
Nie wiem jak oni to zrobili, że przy przeważającej ilości maseł i olei konsystencja balsamu nie jest tłusta i ciężka. Produkt jest powiedziałabmy pośrodku między lekkim a tym mocno odżywczym. Po rozprowadzeniu nie zmienia się w olej,  wchłania się błyskawicznie pozostawiając po sobie lekki ochronny i przyjemny woal zapobiegający  ucieczce wody z naskórka. Nic nieprzyjemnego. Aplikować go należy w dosyć małych porcjach inaczej potrafi się mazać i trochę ślizgać po skórze. 
Działanie balsamu jak najbardziej pokrywa się z obietnicami złożonymi przez producenta. Nawilża na długie godziny, zmiękcza i wygładza skórę. Można się dotykać bez końca. Skóra jest dobrze odżywiona, miękka i elastyczna.  Wygląda na zadbaną i dobrze chronioną. 
Balsam to także ciekawy zapach, gardenii tahitańskiej. Nie mam pojęcia co to, ale wierze, że zapach oddaje jej aromat. Nie jest on cieżki, mocny i intensywny i co ciekawe jak perfumy na każdym pachnie troszkę inaczej.
Reasumując moja skóra kocha ten produkt a ja kocham go dodatkowo, bo jest przyjemny i bezproblemowy. ( 200ml/59 zł. w UK kupiłam na ekosmetyki płacąc 13,99 f)