piątek, 26 kwietnia 2019

Flawless Moisturiser/ dr Sam Bunting

Flawless Moisturiser/ dr Sam Bunting




Jeśli szukacie kremu, który będzie miał w składzie cuda wianki, egozotyczne składniki, nowoczesne technologie obiecujące cofnąć zegar o kilkanaście lat, to Flawless Moisturiser Dr Sam Bunting nie będzie dla Was. Jeśli natomiast Wasz cel to nawilżona, zdrowa i odrobinę jaśniejsza (za sprawą niacinamidu) cera, to trafiliście bardzo dobrze, zapraszam do czytania. 
Nadmienię, że markę tworzy dermatolog w oparciu o swoje doświadczenia, dostępną wiedzę a także skuteczne, podparte badaniami  składniki.  
Cerom takim jak moja czyli z objawami trądziku, problemem nadmiernego wydzielania sebum, poddawanym często różnym kuracjom, starsznie ciężko jest znaleźć dobry, nieobciążający krem nawilżający. Wiele osób ( sama byłam długo w tej grupie) pomija ten krok w pielęgnacji. Skóra pozbawiona dawki nawilżenia traci swoje właściwości ochronne, obronne, wydziela więcej sebum, robi się szorstka, wszystko to może potęgować problemy związane z trądzikiem. 
Uważam, że Flawless Moisturizer to podstawowy, kojący i nawilżający krem dla takich cer jak moja. Jego niekomodogenna formuła zawiera kompleks skadników, które nie tylko nawilżają ale i zatrzymują wilgoć w skórze (okluzja). Wspiera barierę skórną wszystkich typów cery, w tym także tych ze skazami trądzikowymi. 
Krem zawiera:
-0,5% kwasu hialuronowego,
-0,5% alantoiny,
-10% masła shea ,
-3%  gliceryny,
-5% kompleksu cukroweg0,
-5% niacinamidu,
Można go używać na szyję, dekolt i pod oczy ("skóra to skóra, jak mawia dr.Sam). Krem ma żelowo-kremową jedwabistą konsystencję. Mnie to kojarzy się z przyjemnym balsamem. Dość szybko się wchłania pozostawiając skórę nawilżoną i miękką w dotyku, w żadnym wypadku nie tłustą czy nadmiermnie obciążoną. Ilość aplikowanego produktu zależy tutaj od kondycji skóry czy pory roku. Ogromny plus za brak zapachu...
Dla mnie ten krem to jest fantastyczny, wszechstronny produkt, który bardziej przypomina apteczne kremy. Nakładając na buzię czuję jak bym miała na sobie kojący opatrunek. Flawless Moisturiser doskonale wzmacnia barierę obronną skóry poprzez zwiększenie produkcji ceramidów, uspokaja, wycisza i przyśpiesza gojenie niedoskonałości, pomaga w reducji przebarwień, reguluje ilość wydzielanego sebum a także zwiększa tolerancję na retinoidy, które stosuję od jakiegoś czasu. 
Dla mnie to jest krem nocny, na dzień jednak wolę coś lżejszego. 
Flawless Moisturizer to doskonały, neutralny produkt nawilżająco, kojący. W duecie z Flawless Cleanser czytaj recenzję czyni dla skóry cuda i stanowi podstawę pielęgnacji cery trądzikowej .Moja ocena 9/10 (25f/50ml. Wysyłka na cały świat kupiłam tu)

poniedziałek, 22 kwietnia 2019

Kale-Lalu-yAHA toner. Delikatny tonik z kwasem glikolowym i antyoksydantami. Krave Beauty.

Kale-Lalu-yAHA toner. Delikatny tonik z kwasem glikolowym i antyoksydantami. Krave Beauty.



Kale-Lalu-yAHA  Krave Beauty, to jeden z najlepszych toników  jakie dane było mi używać. Śmiem twierdzić, jakkolwiek dziwacznie to zabrzmi, że jest najbardziej nawilżający tonik złuszczający jaki miałam. 
O marce, założycielce, filozofii i stosowanych składnikach pisałam przy okazji recenzji żelu oczyszczającego, także tam Was odsyłam. (czytaj wpis)
Pewnie pomyślicie, że przychodzę nie wczas z propozycją takiego produktu. Wiosna, to ten czas kiedy wiele z Was kończy kuracje złuszczające. Trądzik niestety nie rozumie pór roku i trwa dzielnie rodząc niezliczone frustracje. Idąc zresztą tym tokiem myślenia, mieszkańcy gorących i słonecznych  stref klimatycznych nie mogli by leczyć trądziku w ogóle. Kwasy, retinoidy w przypadku skór problematycznych, łojotokowych stosować można cały rok. Nie bójcie się zatem i pamiętajacie o ochronie przeciwsłonecznej. 
Tonik Krave to delikatny środek złuszczający oparty na naturalnie pozyskiwanym z trzciny cukrowej, kwasie glikolowym. Regularne stosowanie produktu odsłania młodszą, zdrowszą i promienną cerę karmiąc ją jednocześnie dawką wspaniałych zielonych przeciwutleniaczy: pietruszki, szpinaku i jarmużu (love!). Przypomnę, że kwas glikolowy należy do grupy kwasów AHA, działających tylko na powierzchni skóry, ze względu na to że rozpuszczają się tylko w wodzie.  Ze względu na swoją budowę łatwo i szybko penetruje naskórek. Stężenie kwasu w toniku Krave wynosi 5,25%.  Produkt o tej zawartości kwasu prócz delikatnego złuszczenia będzie miał przede wszystkim właściwości poprawiające nawilżenie naskórka, ujędrnienie, będzie spłycał niewielkie zmarszczki, niwleował przebarwienia, odblokowywał pory, zmniejszał zaskórniki. Generalnie ja jestem zwolenniczką stosowania niskich stężeń kwasów w domu. Małymi kroczkami do celu.  Ma neutralne dla skóry i nieco wyższe niż zazwyczaj występujace w tego typu produktach pH ( u mnie wyniosło ono około 4,5). Ale to tylko na korzyść, bo to może być dobra opcja dla cer szczególnie wrażliwych czy osób, które dopiero zaczynają przygodę z kwasami. 
Co w składzie poza kluczowym składnikiem, czyli kwasem glikolowym?  Koktajl antyoksydantów, dodających energii,  pozyskiwanych z zielonych liści jarmużu, szpinaku i pietruszki. To najlepsze z natury co można dać skórze. Dalej, aloes, kwas hialuronowy i witamina B5, aby nawilżyć, ukoić i pomoć w utrzymaniu odpowiedniego poziomu nawilżenia. Na koniec, alatoina. Bardzo lubię ten składnik, bo łagodzi wszelkie podrażnienia jakie może wywołać proces złuszczania. Nawilża i koi skórę objętą stanem zapalnym jaki wywołuje kwas. 
Sam produkt na pierwszy rzut oka,  ze względu na swój zielony kolor, kojarzy się dosyć łagodnie. Może to jest jakaś droga, dla wszystkich tych z Was, które panicznie boją się produktów z kwasami...
Częstotliwość aplikacji produktu należy dostosować do swoich potrzeb. Na początek wystarczy 2-3 razy w tygodniu. Można go połączyć z lekkim kremem nawilżającym. To też będzie okej i będzie działać. Jeśli Wasza cera jest dojrzała, problematyczna z zapachanymi porami, tutaj można tonik stosować nawet codziennie. Ja robię to 3-4 razy w tygodniu.
Tonik można aplikować wacikiem, ja jednak preferuję nakładanie go dłońmi. Unikam w ten sposób dodatkowego tarcia i zmniejszam ryzyko podrażnień.
Przy regularnym stosowwaniu tego produktu, mogę powiedzieć, że moja cera jest bardziej promienna, gładka, niezwykle miękka. Pory są wyraźnie mniejsze. Struktura cery uległa zdecydowaniej poprawie. Małe przebarwienie na nosie uległo rozjaśnieniu. Tonik jest baardzo delikatny, żadnych podrażnień, czerwonej cery. Prócz tych wszystkich właściwości widocznych gołym okiem, tonik wspomaga przenikanie a tym samym lepszą efektywność innych substancji aktywnych, które nakładamy w dalszych krokach naszej pielęgnacji. 
Nie mam żadnych zastrzeżeń co do tego produktu. Będzie on dobrym wstępem dla osób zaczynających przygodę z kwasami, dla osób które szukają produktu który podtrzyma efekty silniejszych kuracji czy wreszcie dla osób które szukają delikatnego, całorocznego toniku złuszczajacego. 
Uwaga! Po sześciu miesiącach stosowania preparatów z kwasem glikolowym należy zrobić około trzymiesięczną przerwę.
Moja ocena 10/10. ( kupiłam  tu. Koszty wysyłki zależne od wagi) 


czwartek, 18 kwietnia 2019

Advanced Replenishing Toner/ Paula's Choice. Tonik wygładzający, nawilżajacy i działający antyoksydacyjnie.

Advanced Replenishing Toner/ Paula's Choice. Tonik wygładzający, nawilżajacy i działający antyoksydacyjnie.



Uwielbiam kosmetyki Paula's Choice z kilku powodów. Marka dba aby powstawały one  w oparciu o skuteczne,  sprawdzone składniki. Używa  ich w stężeniach takich aby rzeczywiście przynosiły oczekiwane efekty. Nie są to tanie kosmetyki, ale myślę, że warto inwestować w "prawdę" a nie marketing bez pokrycia.
Advanced Replenishing Toner z serii Resist, to produkt wyjątkowy. Wszystkie komponenty w nim użyte to składniki mające działanie antyoksydacyjne, przeciwstarzeniowe, wygładzające i nawilżające. Ale o nich póżniej... Bogata, mleczna  i jedwabista formuła produktu idealnie sprawdzi się u cer potrzebujących regeneracji, czyli suchych, wrażliwych a także tłustych czy mieszanych, poddawanych różnego rodzaju kuracjom czy zabiegom. 
To jest taki produkt, który się lubi od pierwszego użycia. Skóra staje się miękka, ukojona, widocznie promienna. Znikają zaczerwienienia czy oznaki podrażnienia. 
Wróćmy do składu, kluczowe składniki aktywne to:
-kwas ferulowy, wykazujący silne działanie antyoksydacyne i antyalergiczne, przezciwzapalne a także antytrądzikowe. Chroni przed promieniwaniem UV. Rozjaśnia przebarwienia. Doskonale sprawdza się w synergii z witaminą C i E, tę pierwszą także stabilizuje. 
-kwercetyna, łagodzi podrażnienia
- fosfolipidy, działają zmiękczająco i ułatwiają przenikanie inncyh substancji aktywnych w głąb skóry, zatrzymują wilgoć w skórze. Doskonałe w pielęgnacji skór odwodnionych.
-koktajl antyoksydantów, które w połączeniu z kwasem felurowym tworzą maksymalną i skuteczną ochronę przef wolnymi rodnikami,
-ekstrakt  z lukrecji, rozjaśnia przebarwienia, przyśpiesza regenerację skóry,
-ekstrakt z buraka, kwas hialuronowy, działające w obszarze nawilżenia ,

Skład jak na tonik jest wyjątkowo bogaty. Ze względu na swoją formułę może zastąpić lekkie serum. Metoda ta sprawdzi się szczególnie u cer mieszanych, tłustych i problematycznych.
Ogromny plus za brak barwników i substancji zapachowych.
Tego toniku używam już jakieś pół roku, ani razu mnie nie podrażnił, nie pogorszył stanu cery. Tuż po aplikacji, czuję jakbym miała na sobie łągodzący kompres. Cudowny!. Cera staje się momentalnie ukojona, nawilżona i wygładzona. Przy dłuższym stosowaniu także promienna i pełna blasku. Tonik nie wysusza a wpływa na poprawę nawilżenia cery. A to z kolei przyczynia się do mniejszej widoczności zmarszczek, poprawy napięcia i jędrności. Replenishing Toner świetnie sprawdzi się w pielęgancji każdego typu cery także dojrzałej. U mnie najlepiej sprawdza się w momentach kiedy mam podrażnioną cerę, kiedy potrzebuję czegoś lekkiego, nie obciążajacego, czegoś co ukoi i pomoże skórze szybciej się regenerować. 
(22f/118ml. Kupiłam na lookfatastic)

poniedziałek, 8 kwietnia 2019

Balancing Serum. Serum normalizujące+kontrola niedoskonałości/Resibo.

Balancing Serum. Serum normalizujące+kontrola niedoskonałości/Resibo.




Bardzo się cieszę, że Resibo zdecydowało się na włączenie do swojej oferty serum przeznaczonego dla problematycznych, trądzikowych i przetłuszczających się cer. Radość tym większa, że nie jest to serum olejowe. Nie przepadam za tą mocno okuzyjną, zatykającą pory formą pielęgnacji. Oleje, tak, ale tylko od czasu do czasu, ewentualnie kropla jako dodatek do ulubionego serum czy kremu. 
Balancing Serum używam codziennie od ponad dwóch miesięcy. Jestem pod ogromnym wrażeniem, działania, konsystencji i zachowania na skórze. W jego składzie cały wachlarz substancji odpowiedzialanych za wsparcie cer trądzikowych w walce z niedoskonałościami i nadmiernym wydzielaniem sebum. Wśród nich wymienić należy azeloglicynę. Ta nowoczesna i mniej drażniąca forma kwasu azelainowego wykazuje działanie rozjaśniające, przeciwzapalne, antybakteryjne. Dobrze nawilża,  kondycjonuje i nadaje cerze zdrowego blasku. Sprawdza się w pielęgnacji cer dojrzałych. Dalej, działający przeciwzapalnie i regulująco a także antyoksydacyjnie niacinamid. Składnik bardzo na topie i słusznie bo działa wielozadaniowo i skutecznie.  Mamy tu także witaminę E i kwas hiualuronowy. Za dodatkowe wsparcie w matowieniu cery odpowiadają skrobia z manioku oraz ekstrakty z kwiatów lotosu.
Serum jest leciutkie i nieobciążające. Ma postać mlecznej emulsji/ lekkiego lotionu. Do aplikacji wystarczy kilka kropel. Wchłania się to niemal błyskwicznie (warto odczekać chwilę przed nałożeniem kremu tak aby substancje miały czas na działanie i żeby to działanie nie zostało "zachwiane" przez składniki w nim się znajdujące).
Serum bardzo ładnie wygładza i matuje cerę. Przy czym koniecznie muszę zaznaczyć, że jest to naturalny mat. Żadnego dyskomortu, ściągniętej cery. Cera nie staje się nadmiernie oddtłuszczona a nawilżona. Taka lepsza wersja naszej cery :)
Serum można z powodzeniem stosować na całą twarz, ale i jeśli macie taką potrzebę tylko na strefę T. Świetnie sprawdza się pod makijaż, dzięki właściwościom wygładzającym i matującym. 
Nie będę pisać i mówić, że jest to produkt na całe trądzikowe zło. Pielęgnacja cery trądzikowej to bardzo trudny, wymagający czasu, systematyczności i cierpliwości temat. Jeśli borykacie się z trądzikiem od lat i nic nie pomaga warto wybrać się do lekarza, poszukać przyczyny i wdrożyć leczenie. Serum Resibo to taki mój pielegnacyjny pewniak i wsparcie w walce o lepszy wygląd. Nie ma tu substancji, które mogłyby pogorszyć jej stan. Wszystkie składniki tu użyte są aktywne, pewne i sprawdzone w pielęgnacji cery trądzikowej. Tu wszystko będzie działać. 
Balancing Serum zauważalnie reguluje pracę gruczołów łojowych, zmniejsza skłonności do pojawiania się niedoskonałości.Nawet wyrzuty hormonalne, które przechodzę każdego miesiąca, przebiegają znacznie łagodniej. Serum koi, goi i regeneruje trądzikową cerę. Pozytwnie wpływa na przebarwienia. Ogólnie cera wygląda zdrowiej i młodziej.
Dla osób, które mają szczególnie tłustą cerę ze względu na tę odżywczą formułę może z powodzeniem zastąpić krem. Pomysł ten sprawdzę latem, teraz zazwyczaj używam po nim lekkiego kremu. 
Serum  bardzo  polecam wszystkim zmagajacym się z trądzikiem. Tak jak pisałam wyżej to jest absolutnie wyjątkowy i unikatowy produkt na polskim rynku kosmetyków naturalnych. ( 30ml/79zł. W UK kupiłam na ekosmetyki. Obecnie jest na nie promocja -10%). 

piątek, 5 kwietnia 2019

LIQ CR. Serum z retinolem. Liqpharm

LIQ CR. Serum z retinolem. Liqpharm




To nie moje pierwsze spotkanie z retinolem. Choć wprowadziłam go do pielęgancji całkiem niedawno, widzę że jest to składnik, który przynosi wspaniałe i widoczne efekty mojej trądzikowej cerze. Retinol zresztą to nie tylko niwelowanie problemów z  trądzikiem, to przecież witamina młodości, zapobieganie i redukcja zmarszczek, terapia przebarwień. Pozytywne działanie retinolu jest do nie do podważenia, podparte wieloma badaniami naukowymi.
W tym sezonie postawiłam na produkt LIQ CR zawierającego w swoim składzie 0,3% czystego retinolu. Na wyższe stężenia przyjdzie czas, póki co w  zupełności wystarczy mi oscylowanie w granicach 0,3-0,5%. Osobiście wolę dłuższe i delikatniejsze kuracje dzięki czemu  unikam nikomu niepotrzebnego łuszczenia czy nadmiernej wrażliwości. Tę samą zasadę stosuję także w przypadku kuracji kwasami. 
Ten preparat to świetna opcja dla osób zaczynających przygodę z retinolem. Bez krzyku, bólu i łuszczenia pozwoli wejść w temat. Spokojnie, osoby zaprawione w boju też będą usatysfakcjonowane tym produktem, wystarczy że zwiększycie częstotliwość stosowania serum (może być nawet codziennie). 
Naprawdę jestem zaskoczona jaka moc kryje się w tym serum. Sukces zapewne podyktowany jest składem. W nim prócz retinolu, który jak pisałam wyżej sam w sobie ma wielką siłę, znajdziemy kwas laktobionowy tak dla równowagi i uzupełnienia działania tego pierwszego. Kwas laktobionowy wykazuje silne działanie antyoksydacyjne, przeciw przebarwieniom, może byc także sprzymierzeńcem w walce z trądzikiem. Zapobiega także łuszczeniu czy uwrażliwieniu cery, jakie powodować może retinol. To nie wszystko, bo LIQ CR to także nawilżający kwas hialuronowy a także witamina E w wysokich stężeniach. Dzięki czemu produkt nie tylko wykazuje wysoką skuteczność ale ma i jedwabistą, przyjemną kosnystencję. Można się zapomnieć....Ciut się lepi tuż po aplikacji ale pamietajmy, że to pielęgnacja nocna, tutaj nie potrzebujemy specjalnych wymagań. W nocy cera szczególnie dobrze się regeneruje, niech tych składników aktywnych będzie jak najwięcej.
Na oczekiwane i spektakularne (dla mnie takie są) efekty jak zawsze w przypadku stosowania preparatów z retinolem trzeba troszeczkę poczekać. Serum aplikowałam co drugą noc. Po około 3-4 tygodniach, moja cera była wyraźnie jaśniejsza, produkowała mniej sebum, rozszerzone pory uległy zmniejszeniu. Byłam dobrej myśli, kontynowałam kurację dalej. Cierpliwość i systematyczność zostały wynagrodzone. Po około 12 tygodniach moja cera zaczęła wykazywać oznaki przemiany. Stała się jasna, promienna, problem trądziku został wyraźnie zmniejszony, zdecydowanie mniej się przetłuszczała, była gładka. Udało mi się także rozjaśnić przebarwienie, które miałam na nosie. Retinol działa także na polu, który przyniesie korzyści w przyszłosci, czyli zapobiega przedwczesnemu starzeniu się skóry, działa silnie antyoksydacyjnie.
Podczas kuracji LIQ CR moja cera się nie łuszczyła, nie była zaczerwieniona ani nie swędziała. A to znaczy tylko jedno, takie stężenie retinolu jest było odpowiednio dobrane do jej potrzeb. Oczywiście solidnie przykładałam się także do dbania o jej płaszcz lipidowy. Tutaj sięgałam najczęściej po bogate w oleje i ceramidy serum Liqiud Gold Startia (czytaj recenzję)
Kurację prepeartaem LIQ CR skończyłam po czterech miesiącach z efektami bliskimi ideału. Aktualnie stosuję antybiotyk i maść przepisaną od lekarza w nadziei, że wreszcie będzie idelanie ( jeśli chodzi o trądzik). Do LIQ CR na pewno będę wracać. ( 30ml, w UK kupiłam na Amazon).


poniedziałek, 1 kwietnia 2019

Fresh w Polsce. Przetestowałam trzy produkty marki.

Fresh w Polsce. Przetestowałam trzy produkty marki.



Zaczęło się na początku lat dziewięćdziesiątych od kostki mydła (dostępnej zresztą w ofercie po dzień dzisiejszy). Dzisiaj marka Fresh znacznie się rozrosła i oferuje luksusowe, piękne a przy tym naturalne produkty. Ok, jest drogo, ale ma to uzasadnienie w formułach i najwyższej jakości składnikach. Decydując się na maskę czy krem Fresh macie pewność, że wszystko tu użyte to są bezpieczne, aktywne składniki. Żadnych zapychaczy, polepszaczy, sztucznych zapachów czy barwników. 
Póki co prztestowałam trzy produkty marki, wszystkie oceniam bardzo wysoko. Używanie każdego z nich to prawdziwa przyjemność, swego rodzaju rytuał, SPA wykonywane w domowym zaciszu. Wszystko jest tu dopieszczone do granic możliwości. Wspaniałe konsystencje, niezwykłe zapachy no i efekty, po których moja cera wygląda na szczęśliwą i zadbaną.

Soy Face Cleanser, produkt kultowy i pionierski jeśli chodzi o wykorzystanie niezwykłych właściwości soi w kosmetykach. Po szeroko zakrojonych badaniach zespół Fresh  odkrył iż aminokwasy zawarte w soi mają właściwości uelastyczniające. Produkt powstał w latach dziewięćdziesiątych ale  po dzień dzisiejszy jest świętym Graalem dla osób z suchą i wrażliwą cerą a także dla wszystkich tych, których świadoma pielęgnacja  oparta jest o delikatne, nieagresywne oczyszczanie. Niezwykłe właściwości żelu oparte są na wspomnianych wyżej  kojących cechach soi, nawilżajacych i chłodzących zaletach ekstraktu z ogórka a także korzyściach płynących z użycia wody różanej. 
Wszystkie te składniki to bogata, odżywcza, kojąca, redukująca zaczerwienienia i oznaki stresu formuła. 
Żel pięknie pachnie ogórkiem, delikatnie się pieni i myje bez podrażnień. Zbiera tysiące pozytywnych opinii. Szczególnie dobrze sprawdzi się u osób z wrażliwą, podatną na zaczerwienia czy dotkniętą trądzikiem cerę. Uważam, że stosowanie tego żelu znacząco wpłynęło na uspokojenie mojej cery. Jeśli macie cerę, która toleruje więkoszość porduktów oczyszczajacych, ten żel może okazać się trochę nudny. Przy moich problemach z trądzikiem i stosowanymi różnego rodzaju kuracjami, ten prosty żel to prawdziwe wybawienie, ukojenie ale i przy tym dobrze wykonana robota. Nie dziwię się, że to hit marki. ( kupuję w pojemności 50ml/ 11,50f na john.lewis) 

Black Tea, Instant Pertfecting Mask. Dostałam ją w prezencie do przetestowania od Marytny. Jako, że w tym czasie moja cera przechodziła jeden z wielu kryzysów, skupiłam się raczej na rozwiązywaniu problemów związanych z trądzikiem, antyoksydacja była mi akurat zupełnie nie w głowie. Sięgnęłam po nią za jakiś czas i to było jak dar niebios dla mojej cery już trochę zmęczonej kuracjami przeciw trądzikowi. Potrzebowałam dać jej kopa w postaci nawilżenia, miękkości, jędrności. Znakomite działanie maska zawdzięcza oczywiście składowi opartemu na niezwykłych   właściwościach ekstraktu z czarnej herbaty. Mamy tu ferment z czarnej herbaty ( znany jako kombucha). Działa on nie tylko silnie antyoksydacyjnie, odmładzająco ale i zmiękczająco, wygładzająco a także znacznie poprawia blask cery. Formuła została także wzbogacona ekstraktem z liczi, który wykazuje działanie ujędrniające i wygładzające. Mamy tu także sok z korzenia jicima wyróżniający się właściwościami nawilżajacymi i odżywczymi. Faktura tej maski przypomina trochę puszystą, lekką śmietankę, coś dosyć lekkiego, podobnego do kremu. Nigdy nie wysycha. Zapach jest dosyć intensywny, to połączenie herbaty z...ogórkiem? Tuż po aplikacji maska daje fajne uczucie lekkiego chłodu, które  uderza w skórę. 
Ta maska robi wszystko, to jest naprawdę niesamowite. Zwęża pory, wygładza, nawilża ( bez pozostawiania tłustej warstwy). Wyraźnie redukuje zaczerwienienia a także skazy. Minimalizuje wygląd drobnych zmarszczek i linii. Odpręża, zmiękcza i koi. Świetna do stosowania pod makijaż przed wyjściem. Bądźmy realistkami maska nie usunie zmarszczek, nie zniweluje przebarwień, ale naprawdę spektakularnie poprawi wygląd cery i głęboko ją odpręży. Jak na produkt do stosowania w domu, jestem zachwycona. Warto kupić małe opakowanie 30ml, wystarczy na naprawdę długo ( kosztuje 29f, pełny wymiar 100ml, 77 f. Do kupienia na John Lewis).

Na koniec jeden z nowszych produktów marki (z tego co widziałam na stronie Sephora, niedostępny w Polsce), czyli Vitamin Nectar, Antioxidant Glow Water. Linia Vitamin Nectar zawiera mieszankę witamin C i E, ekstraków owocowych i mienrałów aby pomóc w rewitalizacji szarej, zmęczonej, pozbawionej blasku cery. Wygodna forma produktu pozwala na idealną aplikację. Pod makijaż, na makijaż, o każdej porze. Mgiełka poza tym, że pysznie, owocowo pachnie to błyskawicznie zmiękcza, rozluźnia i nawilża cerę. Błyskawicznie odpręża i odświeża cerę. Ze względu na wygodę stosowania można ją nosić w torebce, sprawdzi się idealnie w podróży. ( 100ml/ 19f. Kupiłam na John Lewis).

Jak wiecie nie jestem częstą klientką perfumerii, tym razem zachęcam do zakupów. Wybierając produkty Fresh moim zdaniem wiecie za co płacicie. 

czwartek, 28 marca 2019

Cleansing Volumizing Paste /Christophe Robin. Pasta myjąca do włosów z glinką.

Cleansing Volumizing Paste /Christophe Robin. Pasta myjąca do włosów z glinką.




Cleansing Volumizing Paste Christophe Robin, to bardzo ciekawy głęboko oczyszczający i nadający włosom objętości produkt. Nie jest płynem, a pastą, kóra przy pierwszym spojrzeniu do pudełeczka kojarzy się z kupą. Na szczęście to tylko takie skojarzenie, bo nasz nos łapie już zapach, jakim nasycony jest produkt. Oczyma wyobraźni widzę bukiet świeżo ściętych róż z ogródka babci. Cudowny, romantyczny, naturalny i przywołujący miłe chwile. Ktoś powie mycie włosów, to mycie włosów, dla kogoś innego to przykry obowiązek. Ten produkt sprawi, że ta prozaiczna czynnosć stanie się takim trochę rytuałem.
Pasta jest produktem w pełni naturalnym z delikatnymi substancjami myjącymi, aby nie podrażniać skóry głowy. Najważniejszym jej składnikiem jest glinka Rhassoul. Rhassoul/ghassoul/glinka marokańska to jedna z najwcześniej poznanych i wykorzystywanych w pielęgnacji glinek. Wydobywa się w jedynych na swiecie złożach znajdujących się w Górach Atlas znajdujących się w Maroku właśnie.
Bogata w magnez, cynk, krzem, wapń, żelazo, lit. Odpowiednia dla cer trądzikowych ale i wrażliwch. Oczyszcza, odtłuszcza, reguluje wydzielanie sebum, nie narusza bariery hydrolipidowej skóry. Zastosowana na włosy, zrobi dokładnie to samo co maska na twarz. Można powiedzieć, że pasta Christophe Robin to swego rodzaju glinkowa maska myjąca do skóry głowy i  włosów. Wchłonie nadmiar sebum, wpłynie na ich sprężystość i objętość a przy tym będzie łagodna dla skóry głowy (działanie łagodzące dodatkowo spotęguje zastosowana w produkcie woda różana).
To niesamowite, jak pasta błyskawicznie i wspaniale się pieni. Aby porządnie umyć włosy i skórę głowy wystarczy odrobina produktu. W moim osobistym rankingu to jeden z najbardziej wydajnych produktów do mycia włosów.
Rezultaty? Po użyciu tego produktu, czuję jak bym w moje włosy  tchnęła nowe życie. Skóra głowy jest dokładnie i dogłębnie oczyszczona. Pasta zapewnia jej także odpowiednią równowagę, żadnych podrażnień, tylko regulacja wydzielanego sebum. Wysuszone włosy są lekkie, pełne objętości i lekko "dociążone". Pasta w przeciwieństwie do wielu szamponów dodających objętości nie robi z moich włosów trudnego do rozczesania siana. Włosy w dotyku są miękkie i jedwabiste. W dniu kiedy myję włosy tą pastą nie stosuję już żadnej odżywki, jedynie sprej ułatwiający układanie i dodający objętości Briogeo. Mam wrażenie, że każdy produkt nałożony po umyciu włosów tą pastą wykazuje lepsze działanie. Nie muszę się bać, że coś je obciąży i przyniesie efekt odwrotny do zamierzonego.
Moja rzeczywistość jest taka, że muszę myć włosy codziennie, bo bardzo się przetłuszczają. Robię to rano i normalnie gdybym miała jakąś nocną imprezę, musiałabym umyć je jeszcze raz. Stosując tę pastę moje włosy zyskują znacznie na świeżości i to wieczorne mycie mogłabym w zupełności pominąć. 
Pasta Chrtistophe Robin zyskała stałe miejsce w mojej łazience. Wpływa na ogólną kondycję włosów cienkich, delikatnych i szybko przetłuszczajacych. Nie jest to produkt co codziennego stosowania. Maseczek glinkowych na twarz nie używamy też przecież codziennie. 
Jedynym minusem tego produktu jest cena. Warto kupować mniejsze pojemności. Tak jak pisałam na początku jest szalenie wydajna i małe opakowanie wystarczy na długie miesiące ( mam krótkie włosy) . 75ml/17 funtów ( kupiłam w promocji 15% na lookfantastic) 

piątek, 22 marca 2019

Balancing Mist/ Disciple Skincare.

Balancing Mist/ Disciple Skincare.



W dzisiejszym wpisie chciałabym Wam pokazać, że tonik nie musi być skomplikowany, naładowany egzotycznymi składnikami, aby działał i przynosił wymierne efekty w postaci zdrowej i zrównoważonej cery. Chcę Was przekonać także (jeśli do tej pory tego nie zrobiliście), że tonizacja to ważny etap w pielęgnacji cery. Wyrównuje pH, w zależności od użytych składników działa na różne skóre dolegliwości. Kolejne produkty znacznie lepiej się wchłaniają a tym samym skuteczniej działają kiedy zaaplikowane są na zwilżoną tonikiem skórę. 
Od kilku miesięcy stosuję antybiotyk na trądzik, dodatkowo na brodę aplikuję Differin. Widzę bardzo dobre rezultaty. Staram się nie obciążać cery skomplikowaną, podrażniającą pielęgnacją, bo siłą rzeczy zrobiła się nadwrażliwa. Do tonizacji wystarcza mi neutralna w działaniu woda termalna i Balancing Mist Disciple Skincare. To najbardziej "prosty" tonik w mojej kolekcji. Przyznam, że znalezienie dwu-trzyskładnikowego produktu wcale proste nie było. 
Disciple Skincare to angielska marka założona przez psychoterapeutkę Charlotte Ferguson. Gama kilku produktów, które znajdują się aktualnie w ofercie marki skierowana jest do osób ze "zestresowaną" skórą borykających się z trądzikiem wieku dorosłego czy wypryskami. Używając minimalnej ilości naturalnych składników, Disciple swoimi produktami chce pomóc w walce o czystą, piękną cerę. Minizmalizm widoczny jest także w chłodnej, prostej szacie graficznej. Mnie to kupuje. Wszystkie produkty, nie są też przesadnie drogie.
Balancing Mist to prostota w najlepszym tego słowa znaczeniu. To tylko trzy składniki. Główne skrzypce gra tu woda z geranium. Geranium posiada naukowo udowodnione właściwości przeciwbakteryjne, regenerujące i antyoksydacyjne. Geranium przypisuje się także właściwości regulujące hormony. Pamiętajmy, że to one właśnie są odpowiedzialne, za trądzik wieku dorosłego. Drugim składnikiem toniku są działające ujędrniająco i przeciwzmarszczkowo peptydy miedzi. Uwielbiam! serum peptydowe NIOD to mój ulubieniec od wielu wielu miesięcy. Patrząc na kolor i cenę toniku, raczej nie dodali go w ilościachtakich jak w Cooper Amino Isolate Serum  2:1 (czytaj recenzję). Skład zamyka zapobiegajaca odparowywaniu wody z naskórka i działająca nawilżająco gliceryna.
Tonik dostajemy w postaci mgiełki. Atomizer nie jest zły ale do ideału mu brakuje. Nie rozpyla idealnej mgiełki, stąd trzeba być uważnym w aplikowaniu produktu jako odświeżenie w ciągu dnia na buzię pokrytą makijażem.
Mgiełkę stosuję jako pierwszy krok tuż po tym jak wykonam oczyszczanie. Może być stosowana zarówno rano jak i wieczorem. To bardzo dobry produkt dla cer tłustych i trądzikowych z problemem wyprysków czy rozregulowaną produkcją sebum. Działa ściągająco, regulująco i zwężająco na pory. Lubię nakładać ją w większej ilości w dniach kiedy moje hormony próbują wziąć górę nad dobrym stanem cery i pojawiają się wypryski, cera szybciej się prztłuszcza. Czuję, że trzymam ją w ryzach. 
Balancing Mist jest idealnym sprzymierzeńcem w walce ze stanami zapalnymi skóry. Przynosi ukojenie, równowagę i jędrność problematycznej cerze. Tak jak pisałam wyżej jestem w trakcie kuracji dermatologicznej i takie proste rozwiązania nie tylko ją wspomagaja ale i są pomocne w celu powrotu do równowagi. ( 50ml/15funtów. Kupiłam na Cult Beauty


środa, 20 marca 2019

C-Tango Multivitamin Eye Cream/ Drunk Elephant.

C-Tango Multivitamin Eye Cream/ Drunk Elephant.




Kochają go redaktorki, testują instagramerki i blogerki. Generalnie mile widziane jest pokazanie w swojej rutynie pielęgnacyjnej uroczego opakowania z logo słonika. Drunk Elephant proszę Państwa jest na fali. Słodko, kolorowo, modnie i bardzo drogo. Od jakiegoś czasu produkty marki można bez problemu kupić w UK ( Cult Beuaty ma darmową wysyłkę tdo Polski, także miłej zabawy :D).
Bodźcem do założenia marki przez amerykankę Tiffany Masterson było niezadowolenie wynikające z często udawanych formuł pełnych substancji, które zamiast pomagać, szkodzą. Obietnice, które okazują się tylko bełkotem marketingowym. Wszyscy to znamy prawda?  Sama Tiffany zaczęła mieć również problemy z cerą. W swoich produktach wyeliminowała wszystkie substancje uznawane za drażniące. Te podejrzane składniki to : olejki eteryczne, barwniki, zapachy, silikony, alkohole, SLS i filtry chemiczne. Decydując się na produkty Drunk Elephant możecie mieć większą pewność, że nie będą one szkodzić cerom szczególnie wrażliwym w tym także poddawanym różnego rodzaju kuracjom dermatologicznym.
Wizualnie tutaj jest cacy. Wszystkie produkty marki zapakowane są w słodkie opakowania typu airless, dzięki czemu nie mają kontaktu z czynnikami środowiska i w konsekwencji mogą swoje właściwości pielęgnacyjne zachować od początku do końca na najwyższym poziomie. Same pompki są wykręcane. Wygląda to wszystko uroczo. Myślę, że zgodzą się ze mną wszyscy producenci kosmetyków, że tego typu opakowanie znacząco wpływa na ostateczną cenę produktu. 
Póki co moją łazienkową półkę zdobią dwa produkty marki. O jednym z nich będzie dzisiejszy wpis. 
Pisałam już nie raz,  że z kremami pod oczy mam różne relacje.  Producenci często dodają do nich niewielkie ilości substancji czynnych ( ma to związek z bardzo drogimi badaniami okulistycznymi), ciężko więc o spektakularne efekty. Dlatego poraz kolejny napiszę, jeśli nie macie wyjatkowo wrażliwej okolicy, spróbujcie aplikować Wasze ulubione serum do twarzy także w okolice oczu. Rekomenduję te z witaminą C, czy nawet retinolem.
C-Tango Eye Cream to kombinacja zawierająca składniki rozjaśniające, pielegnujące i kondycjonujące okolicę wokół oczu. Łącznie ponad 70.. w tym trzy różne formy witaminy C, ekstrakt z ogórka,osiem form peptydów, ceramidy, olejki roślinne, substancje łagodzące. To tango silnych ale i jednocześnie łagodnych substancji pomagających zachować świeże, zdrowe spojrzenie. 
Przekręcamy pomarańczową nakrętkę i według założeń producenta ma być magia.  Krem ma postać balsamu, przy czym według mnie nie jest on jakiś szczególnie nadzwyczajny, jedwabisty. Bez fajerwerków, powiedziałabym nawet że balsam jest tępawy w odbiorze, nie pozwala na wykonanie dłuższego masażu. Znam lepsze formuły .
Pisząc tę recenzję, jestem po skończonym opakowaniu, wnioski? Patrząc na skład to to jest prawdziwa peterda, bez zapachu, nie będzie więc podrażniać okolic oczu. Krem przede wszystkim pięknie rozjaśnia okolice oczu. Buzia wydaje się zdrowsza, promienna i wypoczęta. Niestety dość kiepsko nawilża. Nie polecam go zatem osobom z suchą skórą. Będzięcie zawiedzione. Ja w każdym razie byłam. 
Reasumując, mam mieszane uczucia względem tego produktu. Gdyby był o połowę tańszy, pewnie byłoby okej. Przy tej cenie ( około 250zł) i całym tym szale na markę spodziewałam się zdecydowanie więcej... Oczywiście doceniam długą listę wspaniałych składników, opakowanie, ale kremu nie kupię ponownie. Cała ta otoczka wokół marki daje wrażenie, że otrzymujemy produkty doskonałe, warte tej ceny. W moim odczuciu tak nie jest. Testuję jeszcze serum nawilżające i jest przeciętne, nie mam na niego pomysłu w mojej pielęgnacyjnej rutynie. Moja ocena 6/10. ( kupiłam na Cult Beauty w promocji -15%. Regulrna cena to 54funty). 



poniedziałek, 4 marca 2019

Balsam odżywczy/Resibo.

Balsam odżywczy/Resibo.



W całej tej mnogości produktów do pielęgnacji ciała ciężko mi się powstrzymać z chęcią testowania wciąż czegoś nowego i pozostawania dłużej przy jednym produkcie. Nie zdarza mi się często ponawiać zakupów. W przypadku odżywczego balsamu do ciała Resibo tak jednak jest. Dla mnie to idealny i bezproblemowy produkt do codziennego użytku. Trochę zaczęły mnie męczyć te wszystkie tłuste, naturalne masła do ciała. Wchłania to się milion godzin, często tłuści ubrania. Chciałam napisać, że jestem zbyt leniwa na takie historie, ale to nie prawda. Odepowiednim słowem będzie tu-niecierpliwość. Ta cecha charakteru towarzyszy mi nie tylko w "kosmetycznym" życiu ale i na co dzień. 
 Resibo spełnia wszystkie moje podstawowe oczekiwania jeśli chodzi o balsam. Ma naturalny skład, wspaniałe składniki (o nich za chwilę), udaną kosnystencję i co najważniejsze działa! Firma nie testuje oczywiście na zwierzętach.
Balsam dostajemy w miękkiej tubie. Lubię takie rozwiązania, chociażby dlatego, że nic się nie marnuje. Pod koniec wystarczy tubę przeciąć i cieszyć się produktem do ostatniej kropli. No chyba, że jesteśmy niezadowolone, wtedy ta ostatnia kropla nabiera nowego znaczenia :D. Nie ma się do czego przyczepić jeśli chodzi o stylistykę. Jesteśmy do niej przywyczajone od lat. Prosto, pastelowo i schludnie. Ewidentne skojarzenia, że o to mamy w rękach produkt blisko związany z naturą.
W składzie oleje: monoi, także egzotyczny olej kukui (wysoka zawartość kwasów tłuszczowych, silne działanie regenerujące, naturalny filtr przeciwsłoneczny), olej migdałowy, olej abisyński, masło shea a także panthenol.  Wszystkie te składniki połączone w całość zapewniają kompleksowe działanie.
Nie wiem jak oni to zrobili, że przy przeważającej ilości maseł i olei konsystencja balsamu nie jest tłusta i ciężka. Produkt jest powiedziałabmy pośrodku między lekkim a tym mocno odżywczym. Po rozprowadzeniu nie zmienia się w olej,  wchłania się błyskawicznie pozostawiając po sobie lekki ochronny i przyjemny woal zapobiegający  ucieczce wody z naskórka. Nic nieprzyjemnego. Aplikować go należy w dosyć małych porcjach inaczej potrafi się mazać i trochę ślizgać po skórze. 
Działanie balsamu jak najbardziej pokrywa się z obietnicami złożonymi przez producenta. Nawilża na długie godziny, zmiękcza i wygładza skórę. Można się dotykać bez końca. Skóra jest dobrze odżywiona, miękka i elastyczna.  Wygląda na zadbaną i dobrze chronioną. 
Balsam to także ciekawy zapach, gardenii tahitańskiej. Nie mam pojęcia co to, ale wierze, że zapach oddaje jej aromat. Nie jest on cieżki, mocny i intensywny i co ciekawe jak perfumy na każdym pachnie troszkę inaczej.
Reasumując moja skóra kocha ten produkt a ja kocham go dodatkowo, bo jest przyjemny i bezproblemowy. ( 200ml/59 zł. w UK kupiłam na ekosmetyki płacąc 13,99 f)



czwartek, 28 lutego 2019

Cacao Tanning Mousse. Naturalny samoopalacz w piance/Eco By Sonya.

Cacao Tanning Mousse. Naturalny samoopalacz w piance/Eco By Sonya.




Kiedyś nienawidziłam wszystkich samoopalaczy. Za wszystko. Za zapach jaki pozostawiały, za kolor odbiegający daleko od naturalności, za smugi, nierównomierność (ach te kolanka i łokcie). Na szczęście na mojej drodze stanęły produkty Eco By Sonya. Używam ich od ponad roku i polecam wszystkim znajomym, którzy patrząc na mnie mowią : "jak ładnie jesteś opalona", zamiast "jakiego samoopalacza używasz? ".Pytanie takie bynajmniej to żaden komplement a świadczyć może jedynie o tym, że kolor mojej skóry wygląda sztucznie.
Do brzegu. Markę założyła Sonya Driver kiedy to u bliskiej jej osoby (dokładniej siostry) wykryto raka skóry, czerniaka. Sonya postanowiła stworzyć ekologiczną linię produktów, z "dobrymi" pielęgnującymi składnikami aby bezpiecznie opalić skórę z pominięciem promieni słonecznych. Wszystkie produkty marki nie są testowane na zwierzętach i posiadają wszelkie niezbędne certyfikaty świadczące o ich bezpieczeństwie i naturalności.
Jakiś czas temu mogliście poczytać o Face Tan Water (czytaj recenzję) , jedynym i niepowtarzalnym produkcie któego używam do buzi. Kocham, kocham, na zawsze w mojej łazience! Dziś przychodzę z Cacao Firming Tanning Mouse, czyli pianką do opalania. 
Stworzona z wspaniałych organicznych składników: kawy, kakao, imbiru mandarynki, miąższu z czerownej pomarańczy ekspressowo opala i pielęgnuje skórę. Za nadanie ciału opalenizny odpowiada tu Dihydroksyaceton, w pełni  bezpieczny i szybko działający składnik naturalnych produktów samooplających.
Produkt dostajemy w formie lekkiej pianki, przed użyciem należy dokładnie wstrząsnąć butelką. Następnie aplikować na czystą, suchą skórę. Powinniśmy się śpieszyć z aplikacją, gdyż pianka dosyć szybko zasycha. Nie pozostawia jednak żadnego filmu, tłustości. W zasadzie można się od razu ubierać. Zmywamy w zależności od koloru naszej skóry i preferencji. Można to zrobić po godzinie a można i to robię najczęściej, bo produkt aplikuje na noc zmyć o poranku.
Kwestia dość istotna. Zapach. Na mojej skórze po jakimś czasie da się wyczuć zapach typowy dla samoopalaczy. Nie jest może nieznośny, ale jest. Nie przeszkadza mi ani mojemu partnerowi we śnie. 
Efekty. Jeeest! moje ciało wygląda przepięknie. Skóra muśnięta słońcem, bez żółtości, pomarańczy czy nadmiernego brązu. Wygląda naturalnie, wspaniale. Odrobina koloru na moim mocno bladym ciele znacząco poprawia mi humor, dodaje pewności siebie. Ten cellulit, brzuszek ( ciut wystający :D) są jakby mniej widoczne. 
Trwałość. Na dobrze przygotowanej skórze, mam tu na myśli wykonanie dokładnego peelingu całego ciała opalenizna u mnie trzyma się około tydzień. Uważam, że to całkiem dobry wynik. Sobota to zawsze ten dzień, który przeznaczam dla siebie. Maski, peelingi i samoopalacz. Uwielbiam ten czas. 
Ja nie jestem psychofanką życia bez słońca, nakładania filtrów nawet jeśli więkoszość dnia siedzę w domu. Mieszkam w miejscu, gdzie słońce jest prawdziwym lekarstwem, jestem przeszczęśliwa jeśli choć trochę "musną" mnie promienie słoneczne. Jesienią,zimą i wiosną, czyliw zasadzie przez więkoszość roku ( Kornwalio kocham Cię mimo wszystko!) prócz spacerów i radości z każdego najmniejszego promyka słońca wspomagam się samoopalaczami. Pianka Eco By Sonya zapewnia mi opaleniznę taką jak lubię, ba nawet lepszą, bo ja zazwyczaj opalam się na czerwono. 
Nie zgłaszam co do produktu żadnych zastrzeżeń. ( kupiułam tu, w Polsce możecie kupić między innymi u dystrybutora marki tu

poniedziałek, 25 lutego 2019

Matcha Hemp Hydrating Cleanser. Krave Beauty.

Matcha Hemp Hydrating Cleanser. Krave Beauty.


 
Droga do zdobycia tego produktu przeze mnie była długa. Krave Beauty to marka amerykańska, ale niestety nie prowadzi dystrybucji w Europie. Swoje punkty sprzedaży ma za to w Korei i tam, dokładnie na SweetCorea postanowiłam złożyć zamówienie. Nie było łatwo, oj nie było, ale jak widać znalazłam sposób :D
Nie jestem specjalną fanką produktów tworzonych przez influencerów. Wyjątek zrobiłam dla Caroline Hirons  i jej produktu do oczyszczania, blogerki Allie Redd założycielki Stratia i w tym przypadku. Założycielką Krave jest Liay Yoo, która na swoim kanale na You Tube mówi o problemach z trądzikiem (sama z nim walczyła). Jest to jakby nie patrzeć dobra rekomendacja dla produków jakie sama stworzyła. Sama walczę od wielu lat z trądzikiem, wierzę że produkty będą tym czego potrzebuje moja cera. 
Krave Beauty to tylko kilka produktów: żel oczyszczający, tonik z kwasami, krem z filtrem i serum wspierające odbudowę bariery skórnej. Podstawowe produkty i WYSTARCZAJĄCE aby cieszyć się zdrową, piekną i promienną cerą. Liay Yoo próbuje odwrócić trend, kiedy jak szalone nakładamy mnóstwo substancji aktywnych, złuszczamy nawet codziennie, wsłuchujemy się nie w potrzeby naszej cery a nielogiczne, nierozsądne slogany producentów. Nie jestem święta, ileż to razy mówiłam "mam oporną cerę, wiele zniesie... No nie zniesie, z biegem lat widzę, że jest bardziej uwrażliwiona, muszę się naprawdę starać aby była w dobrej kondycji. Czasami czuję się naprawdę bezradna, z jednej strony zmagam się z trądzikiem i chciałabym go zwalczyć a z drugiej muszę walczyć z wrażliwością. Nasz organizm w tym i cera to mądre urządzenie, z wieloma problemami jest sobie w stanie poradzić, nawilży ja kiedy potrzeba, wyreguluje sebum jeśli jest taka potrzeba. #pressreset, obserwuj, chroń i nie przesadzaj z pielęgnacją! a będzie dobrze, będzie...
Matcha Hemp Hydrating Cleanser, to delikatny, pełen antyoksydantów środek czyszczący, który pozbywa się ze skóry wszystkiego co jest zbędne ( bród, kurz, nadmiar sebum) a daje jej wszystko czego potrzebuje: nawilżenie, czystość, zdrowe Ph, brak podrażnień, dostarcza jej antyoksydantów. Brzmi pięknie prawda?
Zajrzyjmy do wnętrza, a konkretniej do składu. Na początek, herbata najwyższej jakości, Matcha. Japoński symbol długowieczności i młodości. Działa antyoksydacyjnie, przeciwznarszczkowo, antybakteryjnie, przeciwzapalnie, poprawia koloryt. Wszechstronne działanie. W celu zapewnienia cerze odpwiedniej ilości niezbędnych kwasów tłuszczowych w kosmetyku zastosowano Hemp Seeds, specjalna odmiana konopi ( uprawianej legalnie). Nasiona te mają niezwykłą , naturalną zdolność  do poprawy nawilżenia skóry,  wykazują też działanie antybakteryjne. Są w stanie stanie to zrobić, ponieważ w swojej budowie przypominają lipidy jakie ma nasza skóra. Olej konopny to kolejny wszechstronny, dobroczynny składnik wspaniale wpływający na wiele problemów skórnych
Oprócz tego w składzie łagodzący panthenol. Użyte składniki odpowiadają potrzebom wegan.
Produkt zapakowany jest  w prostą, miękką tubę. Bardzo podoba mi się niewyszukana grafika. 
Spodziewałam się raczej konsystencji typowo żelowej, tymczasem produkt to coś w rodzaju galaretki o brunatno-zielonym kolorze, wynikającym z użytych w nim składników. Produkt po aplikacji na buzi jest bardzo komfortowy, lekki poślizg umożliwia wykonanie przyjemnego masażu. W kontakcie z wodą przybiera postać białej emulsji,którą łatwo spłukać. 
Przyznam, że po dotychczasowych niezbyt pozytywnych doświadczeniach z produktami o formule galaretki, nie spodziewałam się tu wiele. Wiele szumu o nic, tym torem zaczęły biec moje myśli. Tym razem jednak muszę powiedzieć, że to była miłość od pierwszych użyć. Po każdym umyciu, niezależnie rano czy wieczorem moja buzia jest nie tylko czysta, ale i piekielnie miękka, gładka, nie ściągnięta, nie ma uczucia przesuszenia ( jak to ma miejsce w przypadku wielu środków na trądzik). Jest promienna i taka łał! To jest żel, który rzeczywiście przywraca równowagę skórze. W tym przypadku naprawdę nie ma konieczności używania toniku, w celu przywrócenia pH. Ponieważ używa się go z wodą, stopień nawilżenia tutaj będzie różny w zależności od Waszego typu cery. Jedno jest pewne, nie przesusza, nie powoduje dyskomfortu. Twarz jest gładka i czysta.
Jedynym minusem według mnie jest dość słaba wydajność/. ( kupiłam tu. 120ml/16,76 dolara. Wysyłka na cały świat, uzależniona od wagi. Za żel i tonik koszty wysyłki wyniosły mnie około 10dolarów)


środa, 6 lutego 2019

Balance Mist/Pestle&Mortar.

Balance Mist/Pestle&Mortar.



Jak wiecie jestem fanką irlandzkiej marki Pestle&Mortar. Z wielkim entuzjazmem przyjełam wiadomość o wprowadzeniu do ofery mgiełki Balance. No właśnie, mgiełka, brzmi to i kojarzy się z czymś lekkim... Tymczasem dzisiejsze toniki i mgiełki to zdecydowanie coś więcej. Napakowane substancjami odżywczymi, antyoksydantami nawilżają, pobudzają, działają regenerująco i są przy tym lekkie. Jeśli macie problematyczną, trądzikową, przetłuszczającą się cerę i boicie się, że serum wam zaszkodzi spróbujcie koreańskiej metody pielęgnacji cery. Nazywa się to "7 skin method" i polega na siedmiokrotnej aplikacji toniku. Siedem cienkich warstw, niby nic- ale wierzcie mi to działa! Po delikatnym wklepaniu jednej wartswy, nakładamy kolejną i tak do końca... Co uzyskujemy? maksymalne nawilżenie, odżywienie przy jednoczesnym braku obciążenia! To co próbujecie? Koniecznie dajcie znać, jak poszło.
Balance Mist wykorzystuje magnez pozyskiwany z głębokich irlandzkich wód. Magnez aplikowany na skórę czy to w postaci mgiełki czy kąpieli z udziałem preparatu z jego zawartością jest dobrze przyswajalny. Pomijając układ pokarmowy może zostać dostarczony do komórek, które go potrzebują.
Zgodnie z filozfią marki produkt łączy w sobie naturę z osiągnięciami nowoczesnej myśli kosmetycznej aby zapewnić zdrową i szczęśliwą cerę. Równowaga  pomiędzy mieszanką aminokwasów, antyoksydantów, naturalnych ekstraków ziołowych i wspomnianym wyżej magnezem, tworzy naprawdę udany, zaawansowany produkt. W Pestle&Mortar nie ma lipy, czułych słówek, pięknych flakonów i obietnic z czapy. Te produkty mówią za siebie. 
Jedną z pierwszych, zauważalnych zalet produktu jest to, że rozpyla on mgiełkę idealną, która błyskawicznie się wchłania. To mój ulubiony poranny produkt, bo pięknie odświeża, odpręża, trochę powiedziałabym chłodzi . Przez dodatek wody morskiej czuję jak bym zażyła kąpieli w morzu.
Produkt zalecany jest każdemu typowi cery, ale to mieszane i problematyczne poczują szczególną satysfację z jego stosowania. Przy regularnym stosowaniu zapewnia idealny balans i równowagę. Nawilża ale i jednocześnie trzyma cerę w ryzach. Moja cera zdecydowanie mniej się przetłuszcza, jest gładka i miękka. 
Balance Mist to produkt idealny dla osób szukających szybkiej, skutecznej i wartościowej pielęgnacji w swoim zabieganym życiu.
Rzadko wracam do produktów kolejny raz. Tym razem tak było. Uwielbiam tę mgiełkę. (100ml/28f. Kupiłam na  Lookfantastic z rabatem 20%)

czwartek, 31 stycznia 2019

Mastic Must/ Maska NIOD.

Mastic Must/ Maska NIOD.



Wy wiecie, że ja kocham NIOD. To produkty  skierowane dla tych którzy chcą więcej i wiedzą więcej. Niewątpliwie oferta koncernu, nawet jeśli jej nie znacie, nie używacie, nie macie przekonania otworzyła nowy, piękny i "czysty" rozdział w sferze produktów pielęgnacyjnych oferowanych na rynku.  Cieszy fakt, że zaczęliśmy rozumieć, że wyznacznikiem dobrego produktu pielęgnacyjnego nie jest zapach, piękny flakon czy beznadziejnie natraczywa reklama. Tylko wysoce zaawansowane składniki i technologie warunkują wysoką skuteczność i działanie produków.
Nie ma zasadzie dnia, w którym w mojej rutynie pielęgnacyjnej nie byłoby produków NIOD. Moimi ulubieńcami bez wątpienia są: serum CAIS2 (czytaj recenzję), mgiełka (czytaj receznję) czy balsam oczyszczający (czytaj recenzję)
Dzisiaj przychodzę z recenzją maski zwężajacej pory i działającej przeciwbakteryjnie Mastic Must . Stosuje się ją rano. Powiedziałabym, że to taka maska bankietowa, kiedy chcemy dobrze wyglądać. Maska w przeciwnieństwie do kwasów działa szybko i bez podrażnień.
Bazą maski jest pozyskiwana w zrównoważony sposób a następnie precyzyjnie oczyszczona guma  mastyksowa. Źródłem mastyksu jest drzewo. Mastyks znany jest i ceniony od stuleci ze względu na niezwykłe właściwości antybakteryjne, przeciwzapalne, ściągające i antyspetyczne. Dalej w składzie znajdziemy saponiny, antybakteryjny miód, mój ulubiony bo działa regulująco niacinamid,  wzmacniajace barierę fosfolipidy a także probiotyki. Można powiedzieć, że jest tu wszystko czego trzeba problematycznym cerom.
Maska jest beżowym żelem troszkę podobnym do gumy. Pachnie, naturalnie...No właśnie, zapach jest dla mnie bardzo chemiczny, nie do przejścia.. Bywają dni, że od zapachu zaczyna boleć mnie głowa lub brzuch. Nie lubię perfumowanych kosmetyków, ale w tym przypadku nie pogardziłabym choć odrobinką dla zniwelowania tego nieprzyjemnego naturalnego aromatu. 
Maskę stosuję głównie na strefę T. Na brodzie mam trądzik, na nosie i czole trochę zaskórników.
Skóra po użyciu maski jest miękka, gładka, pory zwężone, to dobra baza pod makijaż. Czytałam, że długotrwałe stosowanie gumy  mastyskowej może niewelować pory. U mnie jednak nic takiego się nie stało. Ogólnie efekty na mojej trądzikowej cerze nie są jakoś spektakularne i długotrwałe. Nic tak szczególnego, żebym musiała wstawać wcześniej i nakładać maskę. Zabrzmi to dziwacznie, ale producent radzi, że aby poprawić działanie maski, po spłukaniu jej można osuszyć buzię suszarką przez 15sekund. Rzeczywiście efekt jest lepszy, ale jak dla mnie to za dużo zachodu. Tym bardziej, że mieszkam w angielskim domu w którym nie ma kontaktu. 
Reasumując Mastic Must nie jest moją ulubioną maską z oferty NIOD, bo służy jedynie  doraźnym celom, krókotrwałej poprawie wyglądu cery. Eksperymentuję z nią regularnie i nigdy nie ma efektu łał. 
Wypróbowałam wszystkie maski NIOD, klikając w wyszukiwarkę możecie przeczytać opinie. Moim faworytem i do niej wracam jest Myrrh Clay (czytaj recenzję).  (90ml/27f. Kupiłam na lookfantastic z rabatem 15%)

wtorek, 22 stycznia 2019

Perfect Canvas. Naturalne serum i baza w jednym. REN.

Perfect Canvas. Naturalne serum i baza w jednym. REN.




Gdybym miała zrobić podsumowanie ubiegłego roku, produkt ten znalazł by się w ścisłej czołówce. Dałabym mu drugie miejsce, pierwsze zostawiając Cooper Amino Isolate serum 2:1 NIOD (czytaj recenzję).
Perfect Canvas Serum, REN to produkt unikalny, mający cechy dobrego serum a także bazy pod makijaż. Ma pielęgnować i jednocześnie optycznie wygładzać, ujędrniać i matowić cerę, tak aby makijaż wyglądał nienagannie i trzymał się odpowiednio długo. Wszystko to, bez jakiejkolwiek obecności silikonów.
Podstawowym składnikiem produktu jest kompleks probiotyczny. Nowy "trend" i według niektórych przyszłość kosmetologii. Bo dlaczego by skórze nie dać więcej "dobrych" bakterii? Probiotyki i prebiotyki mogą być skuteczne w utrzymaniu prawidłowej równowagi skóry ( mikrobiomu).  Logicznie, ma to sens, sam temat stosowania probiotyków w kosmetyce pozostaje tematem badań. Jest ich wciąż za mało, nie do końca wiadomo też które szczepy będą najkorzystniejsze dla utrzymania równowagii cery. Z wypiekami na twarzy śledzę temat i probiotyki to jest droga, którę chcę iść w tym roku.
W serum REN zastosowano zastosowano szczep o nazwie Lactococcus Ferment Lysate, mający pozytywny wpływ na jakość i szybkość wzrostu naskórka, wspomaga i pomaga odbudować barierę skórną ( ulega ona uszkodzeniu wskutek na przykład zbyt agresywnego mycia twarzy lub podczas kuracji kwasami). Wspomaga nawilżenie, dzięki czemu cera jest gładka, miękka i ma zdrowy wygląd. Kolejnym działaniem probiotyków jest wzmacnianie mechanizmów obrony przed szkodliwymi bakteriami. 
To nie wszystko, serum zawiera także hialuroniany, które przekształcają się w skórze w kwas hialuronowy, zwiększają jej nawilżenie, poprawiają elastyczność.
Wspominałam na początku posta, że serum ma służyć jako baza pod makijaż. Za efekt upiększający, wygładzający, matujący i przedłużający trwałość makijażu odpowiada esktrakt z Agave Tequilana ( nie mylicie się, to także składnik znanego wszystkim alkoholu).  Daje on efekt krótkotrwałego liftingu, wypełnienia zmarszczek. Jest także prebiotykiem ( pijmy tequillę na zdrowie! :D).
Serum zapakowano w prostą, minimalistyczną buteleczkę z pipetką. W swojej konsytencji jest lekko żelowe, ale bardzo leciutkie, wręcz jedwabiste. Urzekł mnie jego naturalny zapach, który kojarzy mi się z zapachem kosmetyków dla dzieci. Bardzo przyjmne doznanie.
Należy je aplikować w ilości kilku kropel jako ostatni krok w pielęgnacji ( po kremie) i wmasować w skórę. Kocham, kocham to serum za efekt jaki pozostawia na skórze. Jest ona wygładzona, delikatnie napięta, miękka, pięknie zmatowiona. Wszystko w umiarze, naturalnie, w żadnym wypadku nie porównałabym tego do efektu jaki dają napakowane silikonami tradycyjne bazy a które to zawsze ale to zawsze powodują u mnie nasilenie trądziku. Tutaj jest wręcz przeciwnie, cera jest lepiej chroniona przed czynnikami zewnętrznymi i bakteriami. Serum nie zapycha, nie nasila trądziku, jest niewyczuwalne na skórze. Buzia jest naturalnie wypełniona i matowa większość dnia. Perfect Canvas to doskonała baza pod makijaż. Na codzień stosuję tylko minerały, serum REN doskonale przygotowuje cerę przed ich nałożeniem. Makijaż, który wykonuję rano trzyma się cały dzień. 
Perfect Canvas to taki opatrunek na podrażnioną skórę niewłaściwą pielęgnacją, potrzebującą regeneracji po kuracji kwasami czy retinolem. Błyskawicznie ją koi i łagodzi zaczerwienienia.
Zdarzyło mi się parę razy zapomnieć i nie nałożyć tego produktu. Wierzcie mi, brakowało mi go cały dzień. Teraz nigdy nie zapominam i nie zapomnę! ( 30ml/50 f. Kupiłam kiedy kosztowało 40f i dodatkowo skorzystałam z rabatu 20% na pierwsze zakupy.sklep)