poniedziałek, 24 września 2018

Serum z witaminą C. C15 Super Booster. Paula's Choice.

Serum z witaminą C. C15 Super Booster. Paula's Choice.



Kosmetyki z udziałem witaminy C, to mój niezbędnik. Stosuję je cały rok ale myślę, że to właśnie teraz jesienią a potem zimą, kiedy cera robi się poszarzała, wygląda na zmęczoną i być może po lecie nabawiła się drobnych przebarwień, szczególnie doceniam jej właściwości. Regularnie stosowana, nie tylko pomoże w uporaniu się z powyższymi problemami ale i poprzez stymulowanie produkcji kolagenu zadba o dobry wygląd cery i w przyszłości. Dla mnie to witamina młodości!
Dzisiaj o produkcie absolutnie wyjątkowym, czyli C15 Super Booster Paula's Choise. Produkt kupiłam już w odświeżonym opakowaniu. Poprzednie było niestety przeźroczyste, co w przypadku kwasu askorbinowego wpływa wyjątkowo niedobrze na jego stabilność a w konsekwenscji skuteczność. Nowa szata to też usystematyzowanie i nadanie podobnego wyglądu wszystkim boosterom. W skrócie, składniki w tego typu produktach są mocno skoncentrowane, wodniste i lekkie. 2-3 krople należy wymieszać z ulubionym serum ( u mnie jest to najczęściej kwas hialuronowy) czy też kremem. 
Formuła tego serum stworzona została wyłącznie na bazie kwasu askorbinowego, najlepiej przebadanej i wykazujacej się najlepszą skutecznością formy witaminy C. Najbardziej skuteczna ale i chciałoby się powiedzieć najbardziej krucha forma. Kwas askorbinowy  charakteryzuje bowiem niska stabilność, zaszkodzić mu może wszystko. Dlatego tak istotne jest właściwe przechowywanie produktów z witaminą C, z dala od promieni słonecznych i w odpowiednio niskiej temeperaturze ( najlepiej w lodówce). Producenci powinni zadbać o odpowiednie opakowania. 
W celu zapewnienia wyższej stabilności w serum zastosowano kwas ferulowy. Poza potęguje on  działanie witaminy C ale i wykazuje silne działanie antyoksydacyjne.
Zatem, mamy kwas askorbinowy i kwas ferulowy.  Pełnią szczęścia w tym produkcie jest oczywiście jeszcze witamina E, jeśli chodzi o składniki antyoksydacyjne. Prócz tego mamy tu jeszcze kwas hialuronowy i panthenol. Wszystko to tworzy produkt absolutnie niepowtarzalny i wyjątkowy. 
Jako, że rolą antyoksydantów jest walka z wolnymi rodnikami, sensowne wydaje się używanie ich w porannej pielęgnacji. Tak, też robię w przypadku boostera Paula's Choice. Zawsze rano. Produkt ma naprawdę niezłego kopa, stosowanie dwa razy dziennie może skończyć się podrażnieniami.
A działanie...No cóż to najlepiej wydane (a raczej zainwestowane w piękno i lepszą przyszłość skóry :D) 38f. Booster przywraca blask, jędrność i nadaje świeżości zmęczonej skórze. Wspaniale ją ożywia, ujędrnia i pomaga likwidować przebarwienia ( u mnie na nosie). Zmniejsza widoczność naczynek, które mam na policzkach. 
Koktajl antyoksydantów dba o moją cerę aby młodość i dobry wygląd zachowała jak najdłużej. Mam nadzieję, że jest mi wdzięczna :).


poniedziałek, 17 września 2018

Multi-Molecural Hyaluronic Complex. Serum z kwasem hialuronowym. NIOD.

Multi-Molecural Hyaluronic Complex. Serum z kwasem hialuronowym.  NIOD.



Multi-Molecural Hyaluronic Complex2 zaprojektowany został  z myślą aby nawilżyć, i nawodnić skórę. Produkt ten ma też sprawić, że będzie ona pulchna, zdrowa, grubsza i bardziej elastyczna. Naprawdę jestem zadowolona z wszystkich produktów NIOD, pomyślałam więc że zagłębię się jeszcze bardziej w ich ofercie i spróbuję właśnie tego produktu. Tym bardziej, że mieści się on w ścisłej czołówce najlepiej się sprzedających produktów marki. 
Testuję drugą, udoskonaloną wersję tego serum. Jak wiecie mam sporo kosmetyków (przy okazji zapraszam na mój Instagram, tam dzieje się więcej klik ) i naprawdę uważam, że nie ma na rynku bardziej zaawansowanego, bogatego serum nawilżającego. Dostępny w dwóch pojemnościach ( 15ml i 30ml) mieści w sobie aż 15 różnych form kwasu hialuronowego ( w pierwszej wersji było ich 12) pochodzących z różnych źródeł ( tamandaryndowca, drożdży. grzybów). Jako jeden z niewielu na rynku zawiera czysty kwas hialuronowy, co przenosi pielęgnację w nowy wymiar. To wyjątkowo rzadkie połączenie nie tylko ze względów finansowych ale i formulacji. Formuła zawiera także związki roślinne i substancje, które wykazują działanie antyoksydacyjne i wzmacniające barierę ohronną skóry. 
Serum dedykowane jest każdemu typowi skóry, nie zawiera olei, siliknów, substancji mogących zapychać, czy powodować dyskomfort w przypadku cer szczególnie wrażliwych.
MMHC2 to leciutka, lejąca niemal jedwabista konsystencja. Z łatowścią się je aplikuje ( najlepiej na lekko zwilżoną skórę). Bardzo dobrze łączy się z moimi ukochanymi boosterami Paula's Choice. Czuć różnicę między tym serum a jego tańszym odpowiednikiem z The Ordinary. 
Uwielbiam to serum, bo jest lekkim ale skutecznym środkiem nawilżajacym, który nie zapycha mojej skóry. Produkt szybko wnika w skórę, momentalnie czuć jego absorbcję przez skórę. Nawadnia ją, nawilża, dodaje wigoru bez uczucia lepkości i tłustości. Do jednorazowej aplikacji nie potrzebuję dużo, dosłownie kilka kropel. 
 Dobre serum nawilżające powinno stać się jednym z podstawowych produktów pielęgnacyjnych na Waszej łazienkowej półce, bez względu na rodzaj cery jaki posiadacie. Nie namawiam od razu do zakupu takiej petardy, spokojnie możecie zacząć na przykład od produktu The Ordinary. Jeśli jednak możecie sobie pozwolić, zachęcam.
MMHC2 jest drogi ale skuteczny. Myślę, że jest to niesamowity produkt, w momencie kiedy starzenie się skóry zaczyna być faktem. Na pewno nie jest to botox w butelce, traktuję go jako nieinwazyjną broń w walce o to aby młody wygląd skóry zachować jak najdłużej. (Serum kupiłam na deciem. com, kosztuje odpowiednio 25 i 38 funtów). 

czwartek, 13 września 2018

Face Tan Water. Eco Tan-Eco by Sonya.

Face Tan Water. Eco Tan-Eco by Sonya.




Dzisiaj opowiem Wam o produkcie, który poprawia mi humor. Dosłownie! Bo kiedy patrzę w lustro i widzę, że moja cera wygląda jakby była lekko muśnięta słońcem, to od razu mi lepiej. Nie narażając jej na przedwczesne starzenie od kilkunastu miesięcy w uzyskaniu pięknego kolorytu pomaga mi produkt australijskiej marki Eco Tan-Eco By Sonya. Face Tan Water to produkt absolutnie wyjątkowy. Eco, Organic, Vegan Friendly! Marka może poszczycić się certyfikatem, który został jej przyznany jako pierwszemu i zarazem jedynemu producentowi naturalnych samoopalaczy.
Face Tan Water to coś więcej niż typowy samooplacz. Zawarte w nim składniki działają odżywczo, nawilżająco i antybakteryjnie. Tonik polecany jest cerom trądzikowym. Zawarty w nim tajemniczo brzmiący Radish Root Ferment Filtrate to nic innego jak działające antybakteryjnie peptydy. które powstają w procesie fermentacji rzodkwi.  Składnik też jest w 100% naturalnym kosnerwantem. Wkrótce napiszę Wam o jeszcze jednym produkcie z tym składnikiem jaki posiadam w swojej łazience.
Szklana butelka mieści w sobie 100ml produktu. Dozujemy go za pomocą kroplomierza. Z racji tego, że tonik ma doysć gęstą, niemalże żelową konsystencję trzeba trochę się namachać aby go wydobyć.
Zatem potrząsamy butelką w celu wymieszania formuły, nabieramy kilka kropli, równomiernie rozprowadzamy po całej twarzy i gotowe. Tonik jest tak odżywczy, że nie nakładam już więcej, traktuję go jako taką wisienkę na torcie, ostatni krok w pielęgnacji. Na efekt cery muśnietej słońcem, odświeżonej, po prostu lepiej wyglądającej nie trzeba długo czekać. Na mojej jasnej cerze jest on widoczny już po pierwszym uzyciu. Dla podtrzymania efektów używam go do trzech razy w tygodniu.
Tonik nie ma może zapachu typowego dla samoopalaczy, nie znaczy to jednak że go nie ma. Wynika on z użytych składników, jest znośny, ale nie mogę powiedzieć że jest wspaniałyy :D. Niemniej wybaczam, wybaczam mu to. To jedyny minusik jaki jestem w stanie mu wymysleć. Opalenizna jaką uzyskuję przy użyciu tej wody jest przede wszystkim naturalna.  Ale to nie wszystko produkt doskonale koi, nawilża a przy tym przyśpiesza gojenie drobnych niespodzianek. Umówmy się cięższych postaci trądziku nie wyleczy, ale drobnym problemom spokojnie podoła.
Zaczęłam drugą butelkę. Kto ze mną? :)


sobota, 8 września 2018

Recover Eye Cream. Pestle&Mortar.

Recover Eye Cream. Pestle&Mortar.



Nie jest tajemnicą, że bardzo lubię kosmetyki irlandzkiej marki Pestle&Mortar. Na blogu mogliście już poczytać o serum z kwasem hialuronowym, miałam też oczyszczające duo do twarzy.  Kiedy Sonia właścielka marki pokazała nowy produkt, czyli krem pod oczy, wiedziałam że kiedyś go kupię. Oczywiście pałam też pożądaniem do najnowszej wielofunkcyjnej mgiełki do twarzy (czy moja lista zakupowa kiedyś się kończy?). 
Produkty pod oczy charakteryzuje pewna specyfika. Skóra w tej okolicy to najwrażliwsza okolica twarzy, sąsiedztwo z oczami sprawia, że wymagają one dość dokładnych kosztownych badań także okulistycznych. Kremy pod oczy zawierają często mikroilości aktywnych składników. To często jest powodem frustracji wielu osób, które nie widzą efektów ze stosowania specyfików pod oczy. Nic nie szkodzi na przeszkodzie (pod warunkiem, że Wasze oczy nie są wyjątkowo wrażliwe) aby nakładać swoje ulubione serum także w te okolice. Witamina C, peptydy a nawet retinol sprawdzą się tu świetnie. 
Osobiście nie nakładam nic pod oczy na noc.  Uważam że ryzyko dostania się produktu do oczu podczas snu jest większe, objawia się to u mnie większą skłonnością do opuchnięć.
Mam prawie 38 lat i byłoby myślę grubą przesadą stwierdzenie faktu, że nie mam problemów z okolicą oczu. Widzę drobne linie zmarszczek, pogłębiającą się dolinę łez, niewyspanie, zmęczenie. 
Jestem naprawdę pozytywnie zaskoczona Recover Eye Cream. Powodów, że dobrze zainwestowałam kasę jest kilka. Marka tworzy naturalne produkty bez grama parabenów, glikoli,barwników, olei mineralnych i co niezwykle istotne zapachu (Resibo, perfumy. Serio?).
Kompozycja kremu to naprawdę madrze przemyślana kompozycja, która działa wielozadaniowo. Zastosowany tu tripeptyd (Palmitoyl Tripeptyde-5) nazywany kolagenem młodości, pięknie wpływa na produkcję kalogenu, którego poziom spada z wiekiem. Peptyd ten odpowiada za gładkość, jest skutecznym narzędziem przeciwstarzeniowym. Ekstarkt z mchu irlandzkiego, algi, koefina,  beta karoten, masło z avocado działają na polu odpowiedniego nawilżenia, jedrności, niwelowania obrzęków, drobnych zmarszczek i ochrony. Produkt zapakowano w pojemnik typu air less, dzięki czemu nie traci on tak szybko swoich cennych właściwości, jak miałoby to miejsce w przypadku produktu w słoiczku.
Nie mogę nie zwrócić uwagi na konsystencję, która przy tym bogactwie składników jest naprawdę lekka. Wciąż w pamięci mam te wszystkie naturalne kremy, jakie miałam które charakteryzowała gęsta konsystencja.  Masełkowa, jak się mawia, a w rzeczywstości tłusta, niemiłosiernie długo się wchałaniająca i przynajmniej u mnie często powodująca pojawienie się prosaków. Tutaj jest inaczej. Krem w dotyku jest aksamitny, daje lekki poślizg. To świetna baza makijaż, cięższe korektory zyskują na lekkości.
Używam tego kremu od ponad dwóch miesięcy, w tym czasie nie stosowowałm nic innego. Drobne linie zmarszczek są jakby mniej widoczne.  Okolice oczu są swietnie nawilżone, gładkie. Krem radzi sobie także z porannymi opuchnięciami, rozjaśnia, ujędrnia i sprawia że nałożony na niego korektor trzyma się cały dzień. To naprawdę dobry pokarm dla okolic oczu. Polecam ! ( 15ml/ około 150 zł. Kupiłam na lookfantastic)

środa, 25 lipca 2018

Rose Rain. Serum/Maska nawilżająca. Lush Botanicals.

Rose Rain. Serum/Maska nawilżająca. Lush Botanicals.


 Dzisiaj o produkcie dla każadego i o każdej porze roku. Mam ją od kilku miesięcy ale dopiero teraz kiedy jest gorące lato doceniam właściwości tej maski. Prócz tego, że wykazuje właściwości chłodzące (produkty Lush Botanicals należy przechowywać w lodówce) silnie nawadnia, dotlenia dodaje energii i wigoru. To mój must have jeśli chodzi o pielęgnację po dniu spędzonym na plaży. Najpierw dokładnie oczyszczam buzię z fitrów, piasku, nadmiaru sebum i innych nieczystości nagromadzonych w ciągu dnia, potem tonik delikatnie złuszczający REN (czytaj recenzję) a na koniec  gruba warstwa maski Rose Rain. Zostawiam to na minimum 30 minut, ściągam lub zmywam jej nadmiar, całość zamykam kilkoma psiknięciami mojej ulubionej nawilżającej mgiełki Hydrating Accelerator Josh Rosebrook (czytaj recenzję)
Rose Rain to produkt w formie żelu. Jak dla mnie konsystencja idealna, nie lubię olejowych, bogatych masek. We wnętrzu małej czarnej buteleczki same dobroci. Z racji tego, że ma być to produkt poprawiający nawilżenie, nie mogło w niej zabraknąć kwasu hialuronowego. Mamy tu różne jego cząsteczki ( co jak wiemy jest rozwiązaniem optymalnym w produktach z dodatkiem tego składnika, pozwalajacym na penetrację w różnych warstwach naskórka). W masce jest go aż 3%. W tym stężeniu wykazuje silne właściwości nie tylko nawilżające, ale i odmładzające, regenerujace i ujędrniające. Kwas hialuronowy, to ten bezpieczny składnik (wbrew nazwie, wcale kwasem nie jest a biopolimerem), który polecam każdemu typowi cery. 
Pewnie wydaje Wam się, że tak duża zawartość kwasu hialuronowego będzie przysparzać problemów, będzie się rolować i kleić. Nic z tych rzeczy. Formuła maseczki po wcześniejszych sugestiach klientów została poprawiona ( widzicie nie tylko DECIEM słucha zażaleń :D) i teraz nie ma jak najmniejszych problemów.
Rozpisałam się a jestem dopiero na jednym składniku maski, a Ci którzy znają produkty Lush Botanicals wiedzą ze tu zawsze na bogato. Muszę więc choć w skrócie skupić się na reszcie ( po szczegóły odsyłam na stronę).  Mamy tu aż trzy gatunki róży ( chyba nie muszę pisać, że spotka Was zapach który uzależnia), wspaniałe ekstrakty z wina, truskawki, jeżyn, figi, guarany i z zielonej kawy (mrau!). 
Maseczka to produkt wszechstronny, poniżej wypróbowane przeze mnie sposoby jej stosowania:
-jako maska
-serum
- nawilżająca baza pod oleje.
Najchętniej używam jej tak jak pisałam na początku posta, jako nawilżającej, liftingującej i odżywiającej maski. Wydaje mi się, że pozostawiona grubszą warstwą na dłuższy czas pokazuje prawdziwą moc. Dotlenia, uelastycznia, stymuluje krążenie w naczyniach krwionośnych. Różane esktrakty spłycają zmarszczki, guarana i kawa dodają energii, zalety można by wymieniać długo.
Rose Rain to mój ulubiony, naturalny produkt nawilżający. Dobra wiadomość jest taka, że świeżość zatrzymuje do sześciu miesięcy. Dobra wiadomość numer dwa-trwa na nią promocja -15%. Kto chętny? ( 30ml/215zł)*


*Recenzowany produkt otrzymałam do przetestowania.


poniedziałek, 16 lipca 2018

Gel myjący/Jan Barba.

Gel myjący/Jan Barba.



Nikogo myślę nie zdziwi fakt, gdy napiszę że nie mogłam się doczekać żelu myjącego Jan Barba. Uwielbiam produkty myjące, nie znaczy to jednak że wkładam do koszyka (najczęściej wirtualnego) co popadnie. Musi być deliktanie, naturalnie i z właściwym dla skóry pH (pamiętajcie, że za wysokie może w dłuższej perspektywie czasu zrobić Wam więcej krzywdy niż użyte kiepskie składniki).
Żel a właściwie Gel myjący spełnia te wszystkie moje oczekiwania. Dodatkowym bonusem jest to, że twórcy marki to sympatyczna para, żyjąca w zgodzie z naturą. Tworzą kosmetyki z pasją, miłością i zaangażowaniem. Prawdziwie rozczulił mnie własnoręcznie napisany mail od właścicielki po dokonanych zakupach. Przyzwyczajona do automatów, poczułam się jak bym robiła zakupy twarzą w twarz.
Wracając do Gelu (będę używać tej formy zgodnie z nazwą), to jest to delikatny produkt oparty na esktraktach roślinnych, jakich? to napiszę w dalszej części, saponinach, witaminie C i Witaminie B-5. Wszystko aby możliwie jak najdelikatniej ale i zachowując skuteczność oczyścić cerę z zanieczyszczeń, toksyn i sebum a także makijażu oraz dostarczyć jej blasku i świeżości. pH produktu jak zapewniła mnie właścicielka Jan Barba wynosi w okolicach 4,0. Idealnie! Gel dba również o właściwą ochronę skóry (nie podrażnia, nie odwadnia, nie daje możliwości dla rozwoju bakterii, które przyczyniają się do powstawania zmian trądzikowych).
Gel to natura przez duże N, wszystko za sprawą esktraktów: z rumianku, rumianu rzymskiego, lipy, lawendy, nagietka, korzenia żywokostu, mydłokrzewu czy ogórka. Drugie miejsce w składzie zajmuje prawdziwy skarbiec witamin, siarki, cynku, potasu, żelaza i wielu innych, czyli ekstrakt z korzenia rzodkwi. Cieszę, się że w produkcie użyto saponin pochodzących z orzechów piorących. O ich wspaniałych właściwościach przekonałam się przy okazji używania balsamu Sanskrit Saponins NIOD (czytaj recenzję)
Gel to produkt uniwersalny, delikatny, odpowiedni dla każdego typu cery. Przyglądając się składowi, widać tu składniki, które lubią cery trądzikowe i tłuste. To między innymi wspaniałe zioła czy saponiny.
Gel w konsystencji przypomina trochę galaretkę. Kompletnie się nie pieni.Kupiłam go z zamiarem stosowania podczas porannej toalety i tak go głównie testuję. Aczkolwiek można nim zrobić demakijaż, można umyć buzię w schemacie podwójnego oczyszczania. Aplikuję go na suchą buzię, wykonuję delikatny masaż a następnie zmywam letnią wodą. Kolejnym krokiem jest użycie toniku, też Jan Barba,o nim będzie kiedy indziej.
Gel zapewnia naprawdę delikatne mycie buzi, bez podrażnień, uczucia ściągnięcia. Delikatny nie oznacza nie skuteczny, wręcz przeciwnie, zmywa, domywa, wszystko jak należy. Nadaje skórze blask, świeżość, porcję nawilżenia i ukojenia.  Nie warto sięgać po "mocniejsze" produkty oczyszczające. To natura daje najlepsze rozwiązania, a Jan Barba tym produktem wycisnął z niej to co najlepsze, najcenniejsze. (100ml/69zł). 
 

wtorek, 10 lipca 2018

Olejek do demakijażu. Zielony Koktajl. Moja Farma Urody.

Olejek do demakijażu. Zielony Koktajl. Moja Farma Urody.



Olejki Moja Farma Urody towarzyszą mi w rytuale demakijażu i oczyszczania (tak, pielęgnacja niezależnie czy wieczorna czy poranna to dla prawie jak święto, to są moje chwile. Uwielbiam!), towarzyszą mi od wielu miesięcy. Uwielbiam je z wielu powodów: za skład, świeżość, działanie, przyjemność stosowania no i oczywiście skuteczność. Ich składy to nie jest jakaś egzotyczna mieszanka olejków za grube pieniądze, bo zakupie których człowiek robi rozkminę, warto czy nie warto? Butelki Moja Farma Urody kryją to co wszyscy znamy. Zioła, warzywa, proste i znane od setek lat ze swych cennych właściwości nie tylko zdrowotnych ale i wykazujących wspaniałe działnie na na to co widoczne, urodę. 
Tak więc, kiedy w ofercie pojawił się olejek do demakijażu z pietruszką, jarmużem, zielonym jęczmieniem i pokrzywą prawie od razu pobiegłam na zakupy. Na szczęście firma nie utrudnia zakupu klientom zagranicznym, taka opcja jest możliwa, widoczna w opcjach dostawy na stronie i co jeszcze bardziej istotne jej koszt jest w rozsądnej cenie. No jakie to proste...:D
Olejek wchodzi w skład linii Zielony Koktajl, opartej na kilku innych produktach zawierających zielone składniki. Chciałabym wszystko... Jego skład to tylko kilka surowców a także jak zawsze emulgator oraz witamina E. Wszystkie oleje zawarte w produkcie tłoczone są metodą na zimno na tyle często, że w zasadzie każdy dostaje najbardziej świeży produkt jak to tylko możliwe. 
Mamy tu prawdziwą zieloną bombę witaminową poprawiającą mikrocyrkulację, działającą rozjaśniajaco, pobudzająco, poprawiającą koloryt cery (to dzięki jarmużowi, zawierajacemu karotenidy). Pokrzywa, moja ulubiona pokrzywa to przede wszystkim działanie przeciwzapalne, przeciwtrądzikowe, przyśpieszające gojenie niedoskonałości.
Olejek jest absolutnie cudowny, ma dosyć lekką, przyjemną kosnystencję zachęcającą do masażu. Nie ma tu żadnych dodatków zapachowych, tak więc nasz nos i zmysły przenoszą się na łąki, pola pełne ziół, radości i słońca. Kocham ten zapach, kojarzy mi się tak domowo. Żyjąc na emigracji, takie swojskie zapachy chyba odczuwam jeszcze mocniej i z prawdziwą nostalgią. 
Tym produktem zrobimy wszystko, zmyjemy makijaż oczu (bez szczypania), twarzy, podkład, brud, sebum pójdą w zapomnienie wraz ze spłukaniem buzi wodą. Olejek delikatnie się pieni, tworząc emulsję. Może być stosowany do drugiego mycia a także podczas porannej toalety.Sprawdziłam w każdej sytuacji i zawsze z tym samym rezultatem. Zabieram go na wyjazdy. Plastikowa, lekka butelka z pompką a także wielozadaniowość sprawiają, że nadaje się w tych sytuacjach idelanie.
Mogłabym pisać o tym produkcie bez końca, bo zawiera moje ulubione składniki a także wspaniale działa. Polecam i Wam spróbować, tym bardziej że cena jak na tę jakość, działanie nie jest wygórowana (42zł/150ml). Podoba mi się nienachalność marki, brak przesadnej reklamy. Prawda i szacunek do klienta, sprzedadzą się zawsze! Amen.

Jeżeli chcecie zachować świeżość olei jak najdłużej, zachęcam produkt trzymać w lodówce, jeśli nie macie takiej możliwości niech będzie to miejsce bez dostępu promieni słonecznych. 


Ściskam. Iwona


poniedziałek, 2 lipca 2018

Buffet+Cooper Peptides 1%. Serum miedziowe The Ordinary.

 Buffet+Cooper Peptides 1%. Serum miedziowe The Ordinary.


 Z wielką radością przyjęłam wiadomość o tym, że Deciem wprowadza do oferty nowe miedziowe serum. Grzecznie poczekałam jednak z zakupami do momentu aż skończę moje ulubione serum NIOD Cooper Amino Isolate Serum 2:1 (czytaj recenzję).  
Buffet+Cooper Peptides 1% to tak naprawdę udoskonalona wersja innego hitowego serum The Ordinary Buffet ( dla zainteresowanych tradycyjna wersja póki co nadal jest w sprzedaży). Lifting  polegał na dodaniu do niego peptydów miedziowych. Należy się przyzwyczaić do faktu iż Deciem nie stoi w miejscu, wciąż udoskonala swoje formuły. I tak też się stało z Cooper Amino Isolate serum 2:1, w którym stężenie miedzi podniesiono aż do 3% a wcześniejsze 1% mieści się teraz w nowym Buffet. Nowy Buffet jest bardziej przystępny cenowo, choć wśród produktów The Ordinary jest najdroższy (około 150zł za 30ml). Nie dziwię się wcale to produkt złożony, łączący w sobie cały wachlarz zaawansowanych technologii, tak aby mógł zająć się problemami starzenia się skóry na wielu płaszczyznach.
Formuła serum to aż cztery różne peptydy, aminokwasy, probiotyki, różne formy kwasu hialuronowego oraz oczywiście gwiazda, czyli tripeptyd miedziowy-1 (w skrócie GHK-Cu). Akurat ten rodzaj peptydu wygląda bardzo obiecująco na tle różnych badań. W niskim, nietokstycznym stężeniu stymuluje produkcję kalogenu, poprawia wiotkość skóry, ujędrnia, pobudza, mówiąc oględnie poprawia ogólny wygląd skóry (z rozszerzonymi porami czy zaskórnikami włącznie). 
Zarówno Buffet miedziowy jak i Cooper Amino Isolate Serum 2:1 to preparaty, które przynoszą zauważalne rezultaty ale tak naprawdę ich głównym zadaniem jest zabezpieczenie skóry na tzw. przyszłość. 
Buffet+Cooper Peptides 1% przychodzi do nas w typowej dla produków The Ordinary buteleczcce z zakraplaczem. Ma żelową lekko lepiącą się tuż po aplikacji teksturę, niebieski kolor i octowy zapach. Wchłania się szybko ale nie tak szybko jak miedziowe serum NIOD. 2-3 krople wystarczą na pokrycie twarzy i buzi. Wydajność, zdecydowanie na plus. Naprawdę bez wyrzutów sumienia serum można nakładać dwa razy dziennie nie zapominając o szyi. To zupełnie ineczej niż w przypadku serum NIOD, które nie jest ani tanie ani wydajne. Buteleczka The Ordinary wystarczy spokojnie na dwa miesiące codziennego użytkowania.Jeżeli plaujecie włączyć je do rutyny raz dziennie, dna sięgniecie po około czterech miesiącach.
Lubię ten produkt za cenę, za teksturę, formułę, wspaniałe składniki, korzyści jakie przynosi skórze. Uważam, że nie ma konkurencji wśród innych marek. O mocy peptytów przekonuję się na własnej skórze od wielu miesięcy. Nie tylko wygładzają powierzchnię skóry, rozluźniają ją, wygładzają zmarszczki ale i działają przeciwzapalnie i kojąco. Buffet+Cooper Peptides 1% to bardzo skuteczny kosmetyk, który dał mocy klasycznej wersji ale nie jest tak wspaniały jak nowa wersja NIOD Cooper Amino Isolate Serum 2:1..., który jest według mnie produktem absolutnie fanastycznym, przynoszącym spektakularne efekty i korzyści. Czuję lekki niedosyt, wiem że można osiągnąć więcej. 
Buffet to świetna opcja na początek, sprawdzenie czy peptydy pasują Waszej skórze. Potem polecam zainwestować w serum NIOD. Bo prewencja przeciwstarzeniowa to przecież inwestycja w przyszłość. Tej wersji się trzymam...
 

środa, 27 czerwca 2018

Big Sea Salt Shampoo. Lush.

Big Sea Salt Shampoo. Lush.


 Big Sea Salt Shampoo, to mój letni ulubieniec od wielu lat. Mieszkając w Polsce kupowałam go w jakiś chorych cenach na Allegro, teraz mam go na wyciągnięcie ręki. Kojarzy mi się z latem, dlatego lubię go szczególnie o tej porze roku. A że znowu go kupiłam, pomyślałam, że przydałaby się krótka recenzja.
Big to jeden z najlepiej sprzedających się produktów marki. Nazwa jest w pełni adekwatna do  właściwości produktu. Jego głównym celem dokładne oczyszczenie za pomocą soli morskiej, która stanowi aż 50% zawartości i nadanie włosom mega objętości. Druga połowa szamponu to naturalne składniki między innymi skóra cytrynowa, wodorosty a także olejek z neroli, wanilii, mandarynki i kwiatu pomarańczy, których zadaniem jest domknięcie łuski włosów, ndanie im blasku i poprawienie krążenia.
Mieszanka ta daje piorunujący letni, morski, orzeźwiający i uzależniający zapach. Można się zakochać!
Jak go używam? Odrobinę, dosłownie wielkości orzecha nakładam na zwilżone włosy. Nie przesadzajacie z ilością, szampon bardzo obficie się pieni (to poprzez zawartość SLS) i naprawdę trudno go spłukać, jeśli przesadzimy z ilością. Następnie postępuje jak w przypadku każdego szamponu, wykonuję masaż, dając czas miksturze na rozprawienie się z problemami. A następnie spłukuje. 
Big to jest genialny szampon dla każdego, ale szczególnie powinny się nim zaintersować osoby borykające się z problemem przetłuszczających się, cienkich włosów. To co on z nimi robi to jest ogień. Oczyszcza, pobudza krążenie, daje mega objętości i blasku. Pozostawia uczucie dobrze wykonanej roboty, czyli dokładnie oczyszczonej skóry głowy i włosów. Zmywa wszystko, włosy aż piszczą, nie są jednak przesuszone. Uwielbiam jak sa odbite od nasady, lekko sztywne, dzięki czemu pięknie poddają się stylizacji. Naprawdę wow!
Szampon absolutnie nie nadaje się do codziennego stosowania. Dla najlepszych efektów bez wysuszenia końcówek czy podrażnionej skóry głowy, najlepiej stosować go max 3 razy w tygodniu. Efekty kuszą, chciałoby się używać częściej, szczególnie latem ale nie warto ryzykować.  ( Szampon można kupić w trzech pojemnościach,  ceny zaczynają się od około 35zł).
 

sobota, 23 czerwca 2018

Non-Acid Acid Precursor 15%/ NIOD.

Non-Acid Acid Precursor 15%/ NIOD.


Twórcy  NAAP zahaczyli o ważny problem, dotyczący stosowania produktów złuszczających zawierających kwasy. Przez długi czas produkty tego typu dostępne były tylko w gabinetach kosmetycznych, dzisiaj wszystkie nawet te w wysokich stężeniach dostępne są dla każdego z nas. Zainteresowanie nimi w przemyśle kosmetycznym jest ogormne, marki to wykorzystują i poroponują mnóstwo opcji, formuł i stężeń. Osobiście nie uważam, aby stosowanie tego typu produktów ( czytaj wywoływanie ciągłęgo stanu zapalnego skóry) nawet dwa razy dziennie było sensowne. Śledzę na Instagramie wiele profili z rutyną pielęgnacyjną i tak niestety robi wiele dziewczyn. W dłuższym rozrachunku takie działanie o tym też mówi NIOD może przynieść więcej szkód niż pożytku a zależy nam na zachowaniu młodego wyglądu, bez nadwrażliowści (to jest jeden ze skutków ubocznych wieloletniego stosowania kuracji kwasowych) jak najdlużej. Oczywiście, każdy ma wybór i zrobi jak zechce ale to na producentach powinien spoczywać obowiązek informowania o takich rzeczach.
Kuracje kwasowe i retinol odstawiam na okres wiosenno-letni.  Nadal mam w poogotowiu lekki tonik REN (czytaj recenzję), ale zdecydowanie lepiej pasuje mi właśnie NAAP. To jest bardzo ciekawy produkt i myślę, że innowacyjny jeśli chodzi o rynek kosmetyczny. To niekwasowa alternatywa dla popularnych grup kwasów AHA czy BHA  a także retinolu, które są tak popularne w pielęgnacji cery.
Co zatem odpowiada za złuszczanie naskórka? NAAP to zawiesina probiotycznych bakterii a także dwie formy izolatów aminokwasowych  i oligopeptyd, który wykazuje zdolności złuszczające podobne do kwasów AHA.  W składzie znajdziemy także substancje poprawiające nawilżenie i zatrzymujące wodę. 
Produkt ma poprawić strukturę skóry, ujędrnić ją, nadać jej blasku i walczyć z niedoskonałościami bez tych nieprzyjemnych efeków ubocznych, jakie odczuwamy w przypadku tradycyjnych kwasów czyli zaczerwieniania, zwiększonej wrażliwości i wywoływania stanu zapalnego. Oględnie mówiąc złuszczamy bez podrażnień. 
Produkt to mleczna emulsja o dziwnym zapachu w buteleczce z pipetką. Niestety formuła kompletnie nie współgra z tego typu dozowaniem. Trzeba się naprawdę solidnie namęczyć aby wydobyć odpowiednią ilość. Na stronie od jakiegoś czasu można dokupić pompkę, co też uczynię przy najbliższej okazji.
Po tym przydługim ględzeniu czas na podsumowanie. Kocham ten produkt! Przyznam, że podchodziłam do niego z lekką rezerwą, bo ciężko mi było zaakceptować fakt, że może być coś lepszego dla mojej problematycznej lekko starzejącej się już cery. Ale to to ma sens. Efekty może nie przychodzą szybko, ale pamiętajmy, że lepiej małymi kroczkami do celu. Cera Wam się odwdzięczy za to delikatniejsze traktowanie. 
NIOD rekomenduje używanie tego produktu po CAIS a przed MMHC, jeśli Wasza rutyna opiera się na produktach marki. 
Przy regularnym stosowaniu ( robię to 2-3 razy w tygodniu) moja cera zyskała nowy blask, pozbyłam się ziemistego jej koloru, jest jędrniejsza, gładka i pobudzona. Wygląda młodziej i jest uspokojona. Produkt pięknie radzi sobie z zaskórnikami, przy czym pamiętajcie, że nie jest to produkt stricte przeciw trądzikowi. Drobne zmiany hormonalne, zaskórniki im da rade, z ostrym trądzikiem raczej nie wygra. Ani razu podczas stosowania NAAP cera mnie szczypała ani nie była podrażniona. Wręcz przeciwnie z każdym kolejnym tygodniem stosowania jest ona bardziej nawilżona, a plamy które miałam na nosie uległy znacznemu rozjaśnieniu.
Eksfoliacja jest ważnym etapem w pielegnacji cery, ale niech będzie ona delikatna i zrównoważona. Z taką myślą powstał NAAP. Jeśli mam możliwość skorzystania z produktu mniej inwazyjnego to czemu nie?
Pamiętajcie, że to jest produkt złuszczający, trochę inne zasady nim kierują ale to wciąż o to samo chodzi. Dlatego niezwykle ważna jest tu pamięć o odpowiedniej ochronie przeciwsłonecznej w dzień. ( 30ml/około 150zł)

piątek, 15 czerwca 2018

Flavanone Mud/NIOD.

Flavanone Mud/NIOD.



Flavanone Mud jak zawsze w przypadku produktów NIOD nie zawodzi jeśli chodzi o innowacje. Ten stosunkowo młody koncern pięknie dostosowywuje się do współczesnego podejścia do pielęgnacji skóry, oczywiście nie brakuje tu też pionierskich rozwiązań. Kocham, mam słabość do marki! Na szczęście ostatnio ktoś odciął dostęp do mediów społecznościowych właścicielowi Deciem, bo jego dziwne zachowanie wzbudzało  przerażenie/śmiech/politowanie/ ciekawość, co bierze, że się tak dobrze bawi :D
Wracając do maski, choć według pomysłodawców Flavanone Mud to coś więcej niż oferuje dziś rynek pod względem wpływu na skórę, z kilku powodów. Większość masek  oczyszczających działa powierzchownie, efekty stosowania są krótkotrwałe i rozczarowujące. Maski glinkowe nie radzą sobie dość dobrze z regulacją  sebum, zaskórnikami czy pryszczami ( problem tkwi w tym, że działają tylko na powierzchni skóry a problemy tkwią raczej głębiej). Aby osiągnąć zadowalające efekty sięgamy po agresywne glinki, kwasy, ostre peelingi, które zaburzają pH skóry, zmniejszają jej gęstość, potęgują stan zapalny, skóra się broni produkując większą ilość łoju. Zamknięte koło i pułapka, w kórej byłam nie raz.
No więc NIOD za pomocą odpowiednio dobranych składników stworzył produkt działający na trzech płaszczyznach:
- oczyszczanie: to jest faza najprostsza, najbardziej zbliżona do ogólnie dostępnych na rynku produktów. Zanieczyszczenia powierzchowne, nadmiar sebum i znaieczyszczeń zostają usunięte. W tym obszarze działać mają glinki: czarna, biała a także brazylijska. Wszystkie charakteryzuje  się wyjątkowymi składnikami, które prócz tego że oczyszczają nie naruszają bariery ochronnej skóry.
- ochrona: zastosowanie polisacharydów z alg, resweratrolu, czy bisabololu  pochodzącego z rumianku), pozwaliło stworzyć produkt, który zapewni doskonałą ochronę antyoksydacyjną a także obronę  przed czynnikami środowiskowymi.
-regulacja, czyli działanie oparte w skrócie na detoksyfikacji skóry bez naruszania jej warstwy ochronnej. Według producenta to najważniejsza faza maski, znajdująca odzwierciedlenie w nazwie. Formuła maski zawiera specjalnie wyselekcjonowany rodzaj flawonidów wyodrębniony ze skórki owoców cytrusowych. Największą zaletą tego związku jest oczyszczanie, poprawa gęstości skóry i ogólnego wyglądu długotrwale, bez powodowania stanu zapalnego ( jak w przypadku kuracji kwasami). 
Większość masek nakładać należy grubą warstwą, w przypadku Flavanone Mud wystarczy cienka warstwa. Opakowanie 50ml wystarczyć ma nawet na nawet 28 użyć. 
Nie będę się rozwodzić na temat sposobu aplikacji maski, które jest zwyczajnie beznadziejne. Maskę należy nakładać raz w tygodniu na oczyszczoną skórę i spłukać po 10 minutach. 
Początkowo nie wiedziałam o co cały ten szum.  Pamiętać trzeba o jednej istotnej rzeczy, że jest to maska, które może nie dawać pozytywnych rezultatów od razu. Jeśli Wasza cera potrzebuje porządnego kopa, proponuję używać ją przez 5 dni pod rząd a następnie dla podtrzymania efektów raz w tygodniu. Taka terapia szokowa, sprawdziła się u mnie świetnie. Maska genialnie oczyszcza, wygładza, zmniejsza skłonność do wyprysków. Oczywiście, natury nie oszukamy, z hormonami nie wygramy. W "te dni" przynajmniej moja cera żyje własnym życiem. Maska jednak pomaga walczyć z szybszym gojeniem się nieodskonałości. Pory, zaskórniki z tym wszystkim maska potrafi się uporać.
Jedyne co mi bardzo utrudnia pozytywny odbiór tego produktu  jest uczucie szczypania po jeo zmyciu. Producent przekonuje, że to zjawisko normalne i wynika z działania  zawartych w niej składników. Przepłukanie twarzy zimną wodą znacznie łagodzi to nieprzyjemne uczucie.
Reasumując FM to bardzo ciekawy produkt bez agresywnych glinek, kwasów, mechanicznych substancji a wykazujący podobne do nich działanie oczyszczające. Nie wysusza, nie podrażnia, nie wywołuje stanu zapalnego, który może przyczynić się w efekcie do szybszego starzenia się skóry. FM nie zdeklasował jednak maski Myrrh Clay, to jest mój faworyt jeśli chodzi o ofertę NIOD. 
Polecam spróbować ( 50ml/około 150zł. Kupiłam na lookfantastic z rabatem 15%)


środa, 13 czerwca 2018

Foundation Mist/Oribe.

Foundation Mist/Oribe.



Oribe, Foundation Mist, czyli produkt który z niczego robi coś. Przyznam, że podchodziałam do niego jak pies do jeża. Mgiełki kojarzą mi się ulotnie, lekko, a moje włosy potrzebują mocnego kopa, aby mogły wyglądać dobrze. 
Oribe nie zawiodło, po ich spreju tekstyryzującym, który jest moim absolutnie ukochanym produktem tego typu, co do tej mgiełki mam podobne odczucia. Marka zresztą przyzwyczaja klientów do wysokiej jakości produktów. 
Foundation mist to bezbarwna, bezalkoholowa formuła przeznaczona do stylizacji każdego typu włosów. Produkt ten daje też dużą dowolność w stosowaniu. Może być stosowany jako typowy środek do stylizacji na mokre włosy, może być lekką odżywką, odświeżającym sprejem a także środkiem chroniącym włosy przed wysoką temeperaturą suszarki, lokówki czy prostownicy.  Może być zatem stosowany zarówno na mokre jak i suche włosy. W składzie fajne składniki nawilżające, kondycjonujące, chroniące przed warunkami środowiskowymi, zmiękczające a także wpływające na objętość włosów. Mamy tu więc geranium, ekstrakty z rumianku, lawendy i zielonej herbaty, prowitaminę B5, a także składniki zapewniające długotrwałą ochronę przed słońcem i innymi warunkami atmosferycznymi.
To co sprawia, że produkty Oribe są wyjątkowe to na pewno szata graficzna a także zapachy, absolutnie luksusowe. Aplikując je na włosy mamy wrażenie, że jestem w pięknym salonie fryzjerskim a nie w swojej dużo za małej łazience.
Foundation Mist aplikujemy za pomocą wygodnego spreju, który rozpyla idealną mgiełkę. Produkt ten szczególnie teraz latem, kiedy moje włosy obciąża dosłownie wszystko zastępuje mi lekką odżywkę, ułatwiając jednocześnie stylizację. Myję włosy zawsze rano dobrym szamponem, potem spryskuję włosy Foundation Mist i układam na lokówko-suszarce. Włosy po użyciu tego produktu stają się miękkie (ale nie za miękkie), zniszczone końcówki idą w niepamięć, są błyszczące i cudownie nawilżone. Sprej całkiem dobrze radzi sobie z tym na czym szczególnie mi zależy, czyli objętością. Efekt, o dziwo nawet przy wysokich temeperaturach trzyma się cały dzień. Czy mówiłam, że sprej bosko pachnie?
Wydawać się może, że ten produkt to zbędna rzecz w kosmetyczce, sama tak myślałam na początku, dopóki nie wyjechałam na wakacje i zapomniałam go zabrać. Wierzcie, tęskniłam! ( 200ml, około 150zł. Space.nk i inne sklepy)

sobota, 9 czerwca 2018

Sok odświeżający. Juice in Motion/ Lush Botanicals.

Sok odświeżający. Juice in Motion/ Lush Botanicals.


 Lush Botanicals stworzyło produkt wyjątkowy. Sok odświeżający Juice in Motion to coś więcej niż tonik, dla mnie to bogata, odżywcza esencja. Świetne rozwiązanie dla osób, które lubią olejki ale nie przepadają za tym efektem tłustości jaki często zostawiają a także wydłużonym w porównaniu do innych produków czasem wchłaniania. 
Bazą produktu jest posiadający cudowne właściwości sok z aloesu. Przypomnę, że aloes  łagodzi, nawilża,  orzeźwia, przyśpiesza gojenie ran, działa także przeciwbakteryjnie. Oczywiście możemy podkręcić jego działanie w zależności od efektów jaki chcemy osiągnąć i łączyć w zasadzie dowolnie z różnymi innymi substancjami. W Juicy Motion prócz niego mamy oleje z pestek winogron, moreli a także arbuza. Na tym nie koniec, to nie w stylu marki. Lush Botanicals przyzwyczaja nas a właściwie naszą skórę do bogatych w składniki formuł. Nad dobrą jej kondycją czuwają ekstrakty: z guarany, pomarańczy, grejpfruta, słodkiego migdała czy winogron.
Całej imprezie charakteru dodaje zapach. Nie wiem co lepsze z rana, zapach kawy czy Juicy Motion wyjęty z lodówki? Spór bez rozstrzygnięcia, niech będzie że kocham te zapachy tak samo mocno. Ten w soku aloesowym jest prawdziwie cytrusowy. Pomarańcza, skórka cytrynowa, coś w ten deseń. A wszystko oddane niezwykle naturalnie.
No więc tak, jak się pewnie domyślacie Sok ten, ma postać dwufazowego płynu. Po wyjęciu z lodówki (pamiętamy, że to najlepszy domek dla produktów Lush Botanicals, prawda?) należy energicznie potrząsnąć buteleczką aby składniki mogły się ze sobą połączyć. 
 Stosuję ten płyn na kilka sposobów:
- przemywam nim buzię po oczyszczeniu, czyli jako tonik
- służy mi do zmywania makijażu (robię to najrzadziej, po prostu szkoda mi tak dobrego produktu do używania w takim celu. Ale na tym polu sprawdza się bardzo dobrze)
- płyn służy mi jako ostatni krok w pielęgnacji. I to jest ostatnio mój uluibiony sposób na Juicy Motion. Mamy lato, często, gęsto nie chce mi się nakładać wyszukanej, wieloetapowej pielęgnacji. Sok ten zastępuje mi lekkie serum. Wklepuję odrobinę na buzię, czekam aż się wchłonie i idę spać, a moja cera odpoczywa i się regeneruje.
Analizując listę składników można się spodziewać naprawdę fajnych efektów. Sok nawilża, łagodzi i odświeża. Zawarte w nim oleje mają tak pożądane przeze mnie działanie antyoksydacyjne. Jest świeżo, naturalnie, przyjemnie a przede wszystkim odżywczo.

Poczęstujecie się? ( 100ml/95zł do kupienia tu) *

Ściskam.
Iwona.

*Recenzowany produkt otrzymałam do przetestowania. Dziękuję.




środa, 6 czerwca 2018

Marine Hyaluronics. The Ordinary. Lekkie, nawilżające serum dla każdego typu cery.

Marine Hyaluronics. The Ordinary. Lekkie, nawilżające serum dla każdego typu cery.


Marine Hyaluronics to zaawanasowana technologicznie (jak zawsze u The Ordinary) alternatywa dla  serum z kwasem hialuronowym (Hyaluronics Acid +B5). W odpowiedzi na sugestie klientów koncern postanowił stworzyć lekką, nawilżającą formułę, bez pozostawiania lepkiego filmu.
Tak więc, jeśli wierzycie w moc kwasu hialuronowego ale przeszkadza Wam lepkość i film jaki tego typu produkty pozostawiają, to serum będzie idealne, tym bardziej że buteleczka o pojemności 30ml to niecałe 30zł.
Tym razem źródłem składników produktu okazały się  skarby oceanu. Wodorosty, glony warunkują życie morskie, filtrują wodę w celu odżywienia. Znakomicie sprawdzają się także w przypadku pielęgnacji skóry całego ciała, rozwiązując wiele dręczących ją problemów. Potrafią przyciagać i utrzymywać wilgoć w skórze na równi z kwasem hialuronowym, ale są przy tym lżejsze w fakturze co oczywiście przedkłada się na ostateczny ich odbiór.
Formuła Marine Hyaluronics zawiera hawajskie algi czerwone oraz niebiesko-zielone, kilka aminkowasów a także egozplisacharydy, czyli przyjazne bakterie wytwarzane przez algi w celu przetrwania. W kosmetyce bakterie te wykorzystuje się w celu poprawy nawilżenia a także prewencji przeciwzmarszczkowej.  Łączne stężenie składników aktywnych w tym roztworze wynosi 23%.
Serum ma rzeczywiście leciutką, wodnistą konsystencję ale łatwo ją rozprowadzić na buzi. Aby się wchłonęło to jest moment. Żadnego filmu, powłoki, tłustości, wspaniała formuła!
Nie trzeba myślę nikogo przekonywać, że każy rodzaj cery wymaga odpowiedniego nawilżenia. Co tu dużo mówić nawilżona cera wygląda po prostu dobrze no i młodziej. Jak wiecie lubię eksperymentować, stosować różne aktywne składniki. Gdybym miała jednak postawić na absolutne minimum byłby to preparat nawilżający oraz drugi z witaminą C.
Preparat z algami The Ordinary to jest naprawdę dobry produkt, świetnia nawilża, poprawia stan cer odwodnionych, buzia wygląda świeżo i promiennie. Myślę, że to idealna propozycja dla każdego bez względu na stan cery a także jej wiek. Ta lekka  formuła idealnie nadaje się do łączenia z ulubionym olejkiem, kilkoma kroplami produktu z Witaminą C, kwasem liponowym.
Wszystkie razem wzięte składniki serum działają na korzyść cery, zapewniając działanie nawilżające bez obciążania, który jest często bez znaczenia dla poprawy jej kondycji.
Marine Hyaluronics to moje ulubione letnie serum. ( kupiłam na stronie firmowej Deciem)

piątek, 1 czerwca 2018

Najlepszy olej do cery trądzikowej/ Moja Farma Urody.

Najlepszy olej do cery trądzikowej/ Moja Farma Urody.



 
Wiecie za co kocham Moją Farmę Urody? Za to, że w całym szaleństwie na oleje z egzotycznych roślin, których mało kto dotykał czy wąchał, oni wydobywają wszystko co najlepsze z tego co mamy pod nosem każdego dnia. Wiemy jak pachnie pokrzywa, jarmuż, pietruszka czy marchewka, jesteśmy więc w stanie wyobrazić sobie jak powinien wyglądać olej. Świeży, bo tłoczony na bieżąco jest w stanie oddać nam i naszej skórze to co najlepsze. Jakiś czas temu pisałam Wam o olejkach do demakijażu, szczerze je polecam (klik do recenzji). W mojej łazience rozgościła się nowa butelka z linii Zielony Koktajl, wkrótce o nim napiszę, bo warto!
Dzisiaj opowiem Wam o  oleju przeznaczonym dla cer trądzikowych. Jego bazą jest roślina o niezwykłych właściwościach. Pokrzywa to nie tylko chwast, to roślina znana od wieków. Szanowano ją za niezwykłe właściwości zdrowotne, działa na naprawdę wieleproblemów. Akurat mamy sezon, jako że mieszkam na organic farmie, korzystam z jej dobrodziejstw, dodając na przykład do koktajli. 
Jako skarbnica składników mineralnych, aminokwasów i witamin pokrzywa świetnie sprawdza się do pielęgnacji cery przede wszystkim tej dotkniętej trądzikiem, szarej, zmęczonej. Bogata w chlorofil niezwykle silnie regeneruje skórę, przyśpiesza gojenie, łagodzi i hamuje stany zapalne.
Pokrzywa jest tak wspaniałym składnikiem, że w zasadzie mogłaby w tym produkcie występować solo. Dodanie do niego jeszcze kilku składników sprawiło, że to jest serum petarda! Do pary z olejem z pokrzywy występuje także działajacy antybakteryjnie olej z krwawnika. Mamy tu także  siarkę, surowiec stosowany w leczeniu cer trądzikowych, reguluje pracę gruczołów łojowych, pomaga walczyć z niedoskonałościami, działa więc bakteriobójczo. Od dłuższego czasu szukałam produktu z dodatkiem siarki. 
W składzie produktu znaleźć można także moje ulubione witaminy C i E odpowiedzialne za poprawę kolorytu cery, dodanie jej blasku i energii.
Serum przychodzi do nas w buteleczce z pipetką, taka forma ułatwia dozowanie produktu po kroplece. Słuchajcie to widać, że mamy do czynienia ze świeżą, sporządzoną tuż przed naszymi zakupami recepturą. Kolor jak i zapach olejku są bardzo intensywne. Szczerze, to zaczynam krytycznym okiem patrzeć na niekóre dostępne oleje, oferowane przez różnych producentów. Jest spora różnica w jakości.
Olejek nakładam zazwyczaj na noc, na lekko zwilżoną skórę. Czasem mieszam go serum z kwasem hialuronowym. Najczęściej jest to jednak ostatni krok w mojej pielegnacji po wcześniejszym użyciu Non-Acid Acid Precursor NIOD. 
To jest olejek, który rzeczywiście działa na cerę trądzikową. Nie oblepia, nie daje uczucia wrażenia ciężkości, nie zapycha. Dzień po dniu pomaga w zwalczaniu niedosonałości. Prócz właściwości antybakteryjnych cudownie odżywia, ujędrnia i rozpromienia skórę. Rano wygląda to naprawdę dobrze.  Używam go niemal codziennie od kwietnia, uwielbiam. Moim zdaniem, to jest olejek, który leczy cerę trądzikową. Na stałe zagości w mojej kosmetyczce (47zł/30 ml, do kupienia na stronie producenta)

niedziela, 27 maja 2018

Copper Amino Isolate Serum 2:1/NIOD.

Copper Amino Isolate Serum 2:1/NIOD.

Nosiłam się z zamiarem zakupu tego produktu dość długo. Działam antystarzeniowo: retinol, witamina C to są pewniaki w tym temacie. Mogą jednak powodować podrażnienia, dość dużym problemem jest niska stabilność obu składników. Ideałów nie ma? A może...Peptydy miedzi, to ten magiczny składnik, który nie tylko zadziała przeciwstarzeniowo ale także rozwiąże inne nieszczęścia z jakimi boryka się Wasza skóra (stan zapalny, zaskórniki, nierówny koloryt, brak jędrności).  NIOD jakimś nowicjuszem w temacie nie jest, jednak jak zawsze podszedł do sprawy konkretnie. Wiemy co dostajemy, w jakim stężeniu i w porównaniu z selektywnymi produktami z miedzią w składzie, cena wygórowana nie jest, choć przynajmniej dla mnie wciąż wysoka ( 15ml/38f). Mało tego w odpowiedzi na zażalenia klientów i ich obserwacje, produkt przeszedł rekonstrukcję, między innymi jeśli chodzi o stężenie ( z 1 do 3%), stabilność a także łatwość aplikacji.
Tripeptyd miedziowy to niewielka cząsteczka o wielkiej mocy. Naturalnie występuje w ciele ludzkim. Jego poziom spada wraz z wiekiem, zaczyna się to około 30 roku życia. Tripeptyd miedziowy w kosmetykach stosowany jest w prewencji anti-aging. Ma silne właściwości antyoksydacyjne, przeciwzapalne, stymuluje produkcję kalogenu, wpływa na wyrównanie kolorytu. Co istotne uważa się, że wykazuje silniejsze działanie niż tak popularne witamina C czy retinol.
Czy pomoże pozbyć się zmarszczek? Zwolennicy mówią, że to przełom kosmetyce, przeciwnicy uważają zaś, że peptydy mają zbyt duże cząsteczki aby wniknąć w głąb skóry i efektywnie działać. Na to odpowiadają Ci pierwsi, że to bez znaczenia, bo nawet jeśli peptydy działają tuż przy powierzchni skóry przynoszą i tak spektakularne efekty. 
Tak czy siak, NIOD w opisie Copper Amino Isolate Serum 2:1 (CAIS) dyplomatycznie mówi, że to serum ma raczej za zadanie aktywować te funkcje w skórze, które odpowiedzialne są za produkcję kalogenu, gojenie ran, zaskórniki czy nierówny koloryt. 
CAIS2 można kupić w dwóch pojemnościach ( 15 i 30 ml). Przychodzi do nas w dwóch butelkach, jedna zawiera peptyd miedzi, druga to jego aktywator. Należy je połączyć, wstrząsnąć przez 30s i gotowe ( spokojnie, dacie radę, jak ja dałam...). Dzięki całemu temu zabiegowi mamy pewność, że nasze serum jest świeże. 
Serum należy stosować dwa razy dziennie. To najlżejsze serum jakie dane mi używać. Leciutkie jak woda (i o takiej konsystencji), o niebieskim kolorycie i octowym zapachu, wchłania się natychmiast. Trudno je rozprowadzić na twarzy. To  pierwsze zastrzeżenie jakie mam do tego produktu. Drugie to wydajność, która wynika zapewne z tej nietypowej konsystencji. Małe opakowanie 15ml, wystarcza mi na niecały miesiąc. Używam zawsze rano. Zasada jest taka, żeby CAIS stosować jako pierwszy produkt tuż po oczyszczeniu buzi. 
CAIS to jest produkt dla utrzymania skóry w jak najlepszej kondycji przez długie lata. Cera po jego użyciu jest miękka, gładka i nawilżona. Póki co nie mam zmarszczek, ale cierpię na nierówny koloryt cery i oczywiście trądzik. I serio, zauważyłam znaczną poprawę w jędrności, zyskała ona ładniejszy koloryt, znacznie redukuje zaskórniki. Ciężko opisać to uczucie i jeśli będzie się Wam wydawać, że to serum nic nie robi, spróbujcie je odstawić. Zaręczam, będziecie tęsknić! Cera wygląda dobrze, jest napięta i gładka. Nierówny koloryt, przebarwienia ulegają redukcji. Love, Love.
Zużyłam cztery małe opakowania tego produktu, teraz zrobiłam przerwę ale tylko po to aby kupić nowy Buffet The Ordinary, z peptydami miedziowymi właśnie. Podobno lepsza konsystencja i oczywiście lepsza cena, zobaczę czy dorówna CAIS.
I teraz tak, nie zamierzam namawiać każdej z Was na zakupu tego produktu. Zainteresować się nim powinny osoby po  30-tym roku życia, które borykają się z różnego rodzaju problemami skórnymi. Cery bezproblemowe i młode nie odczują efektów tu i teraz. Nie ma większego sensu stosować tego typu produktu, ze względu na wysoki poziom miedzi w organiźmie.